Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Old Shatterhand powrócił. Dotarł szybko do przeciwnego brzegu lasu, skąd roztaczał się widok daleko na otwartą prerję. Oko jego nie spostrzegło nic podejrzanego, to też wrócił do towarzyszy z zapewnieniem, że nie należy się obawiać żadnej niespodzianki. Po godzinie pieczeń była już gotowa.
— Hm! — mruczał Hobble-Frank. — Jeść psią pieczeń! Gdyby komu kiedyś przyszło na myśl powiedzieć mi, że będę zajadał mięso najwierniejszego przyjaciela człowieka, to dałbym mu taką odpowiedź, żeby mu włosy na głowie stanęły. Ale jestem głodny i muszę go skosztować.
— To przecież nie pies, — przypominał mu Jemmy. — Słyszałeś przecież, że świstak otrzymał zupełnie fałszywie nazwę psa prerjowego ze względu na swój głos.
— To sprawy zupełnie nie zmienia; owszem, to ją właśnie pogarsza. Pieczeń ze świstaka! Ktoby pomyślał? No, zobaczymy!
Wziął sobie kawałek piersi pieczeniej i, ociągając się, spróbował; zaraz jednak rozjaśniła mu się twarz, a wsadziwszy większy kawałek do ust, oświadczył, żując:
— Rzeczywiście, wcale niezłe, na honor! Smakuje naprawdę jak królik, chociaż nie jest tak doskonałe, jak pieczeń z koźlęcia. Dzieci, myślę, że z tych dwu piesków niewiele pozostanie.
— Musimy schować coś na wieczór, — ostrzegał Davy. — Nie wiemy przecież, czy dziś jeszcze co upolujemy.
— Nie troszczę się o to, co będzie później. Jeśli tylko będę mógł rzucić się w objęcia Orfeusza, to niczego nad to nie żądam.