Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyjął z torby przy siodle jakąś zasuszoną roślinę, zwilżył ją i przyłożył do rany. Potem wystrugał z drzewa dwie deszczułki i przy ich pomocy zawiązał ramię tak kunsztownie, że lepiej nie sprawiłby się najwytrawniejszy lekarz.
— Mój brat może spokojnie ze mną jechać. Gorączka wcale nie przyjdzie, albo dopiero wtedy, gdy już dawno będziemy w Sheridanie.
— Czy nie powinniśmy przedtem starać się dowiedzieć, co robi trzeci z morderców?
— Nie, on szuka ciebie, a nie znalazłszy twych śladów, pójdzie za tamtymi. Może ma jeszcze innych wspólników, których zechce przedtem wyszukać, aby wraz z nimi udać się do Sheridanu. Ja przybywam z okolic zamieszkałych i dowiedziałem się, że w Kanzas zbiera się wiele tych bladych twarzy, które nazywają trampami. Możliwe, że mordercy należą do tych ludzi i że trampi knują coś przeciw Sheridanowi. Nie możemy tracić czasu; musimy jechać prędko, aby ostrzec tamtejszych białych. Winnetou wie, dokąd udają się mordercy i nie potrzebuje szukać ich tropów. Pojedziemy inną drogą.
— A kiedy przybędziemy do Sheridanu?
— Nie wiem, jak mój brat jeździ.
— No, mistrzem w jeździe konnej naturalnie nie jestem. Mało siedziałem na siodle, ale zrzucić się z niego nie dam.
— Więc nie będziemy się śpieszyć, zato nadrobimy to ciągłą jazdą. Będziemy jechać przez całą noc i rano staniemy na miejscu. Ci, za którymi pójdziemy, rozbiją na noc obóz, przybędą więc później niż my.
— A co się stanie ze zwłokami biednego Hellera?