Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pochowamy je, a mój brat niech odmówi nad nim modlitwę.
Ziemia była miękka, to też, choć mogli użyć tylko noży, bardzo prędko stanął grób gotowy; złożyli w nim zmarłego i zasypali go wyrzuconą ziemią. Jankes zdjął kapelusz i złożył dłonie do modlitwy. Apacz patrzył poważnie w zachodzące słońce, jakby oczy jego starały się tam na zachodzie dojrzeć Wieczne Ostępy. Chociaż poganin, modlił się z wszelką pewnością. —
— Niech biały brat dosiędzie mojego zwierzęcia — odezwał się, kiedy poszli do koni. — Ma chód spokojny, jednostajny i równy jak kanoe[1] na wodzie. Ja siądę na luźnego.
Dosiadłszy koni, ujechali szmat drogi na zachód, potem skręcili ku północy. Konie szły tak raźno i rzeźko, jakby dopiero wróciły z pastwiska. Słońce zapadało coraz niżej i niżej, aby wreszcie skryć się pod widnokręgiem; zmierzch bardzo szybko zgęstniał w ciemną noc, przejmując jankesa obawą.
— Czy aby nie zbłądzisz w tej ciemności?
— Winnetou nigdy nie zbłądzi, ani w dzień, ani w nocy. —
Tak, Winnetou był jak gwiazda, która zawsze znajduje się na właściwym miejscu, i znał wszystkie okolice swego kraju tak dokładnie, jak Europejczycy wnętrza swych domów. —
— Ale jest tyle przeszkód, których nie można zobaczyć!

— Oczy Winnetou widzą także w nocy. A czego on nie może zauważyć, to nie ujdzie baczności jego konia. Niech mój brat jedzie nie obok mnie, ale za mną, to

  1. Czółno indjańskie.