Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Powiedziałeś prawdę; ale blade twarze napierają na nas ze wszystkich stron; oni nas zalewają swą liczbą, a czerwony mąż jest skazany na powolną i pełną męczarni śmierć z uduszenia. Czyż więc nie lepiej dla niego tak prowadzić walkę, aby prędzej umarł i prędzej został wytępiony? Przyszłość, którą mi ukazałeś, nie może mnie powstrzymać, lecz tylko umacnia w tem, aby używać topora wojnnego bez żadnej litości i względów. Nie zadawaj sobie trudu; pozostanie tak, jak powiedziałem. A może masz nadzieję, że nam umkniesz? — Czy wiesz ilu wojowników mam ze sobą? jest ich dwustu!
— Tylko? Może ci opowiadano, że większe gromady napróżno wysilały się, aby mię pojmać albo zatrzymać. Czy nie dowiedzałeś się jeszcze, jaką broń posiadam?
— Masz podobno karabin, z którego można strzelać bez przestanku; ale to jest niemożliwe; nie wierzę w to.
— Czy mam ci pokazać?
— Tak! Pokaż! — zawołał wódz zachwycony, że będzie mógł zobaczyć tę tajemniczą strzelbę, z którą łączyło się tyle podań.
— A więc przyniosę ją!
Powstawszy, podszedł do skały, aby przynieść sztuciec. W obecnem położeniu musiał przedewszystkiem starać się o to, aby przerazić i oszołomić Indjan mimo ich przewagi, a do tego celu najlepiej nadawała się jego strzelba, bo wiedział, jak wiele opowieści krążyło o niej wśród czerwonych. Uważali ją za broń czarodziejską, którą Wielki Manitou dał słynnemu myśliwemu, aby go uczynić niezwyciężonym. Jemmy podał sztuciec ze skały westmanowi, a ten, powróciwszy do wodza, wyciągnął go ku niemu i rzekł: