Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To zupełnie niepotrzebne; o to ja się sam postaram. Wy macie tylko milczeć z szacunkiem, a cała wasza praca polega na tem, aby wydobyć ze skrzynki flaszeczkę, którą wam wskażę. Naturalnie musicie się na to zgodzić, że będę do was mówił „ty“. A więc naprzód! Ruszajmy!
Przewiesił skrzynkę przez ramię i ruszyli ku farmie. Po upływie może pół godziny ujrzeli ją zdaleka. Teraz skrzynkę musiał ponieść Heller, bo z pryncypałem, doktorem i magistrem, to nie licowało. —
Główny budynek farmy zbudowany był z drzewa; zboku i ztyłu otaczał go dobrze uprawny sad i ogród warzywny; budynki gospodarskie znajdowały się w pewnej odległości od mieszkania. Tam stały uwiązane trzy konie, co dowodziło, że przebywali obcy. Siedzieli oni w izbie i pili piwo, przyrządzone domowo przez samego farmera. Wkrótce spostrzegli szarlatana z jego służącym.
— Thunderstorm! — zawołał jeden z nich. — Czy widzę dobrze? Tego znam z pewnością! Jeśli się nie mylę, jest to Hartley, ów muzykant z harmonją.
— Znajomy twój? — zapytał drugi. — Czy miałeś co z nim wspólnego?
— Oczywista. Ten wyga robił świetne interesa i miał kieszenie pełne dolarów. Ja naturalnie robiłem interesy równie dobre, bo wypróżniałem mu je w nocy.
— Czy wie, że to ty byłeś?
— Hm, prawdopodobnie. Jak to do rze, że wczoraj przemalowałem moje rude włosy na czarne! Nie nazywajcie mnie czasem Brinkleyem czy też kornelem! Moszterdziej mógłby nam pomieszać rachuby! —