Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O, na tem się rozumiem! To przecie dziecinna igraszka! To, co tu widzicie, nie jest niczem więcej, jak odrobiną farby i wody zwanej aqua. Słowo to stanowi całą moją łacinę. Do tego sfabrykowałem sobie sam resztę wyrazów; muszą brzmieć możliwie pięknie. I tak widzicie tu napisy: Aqua salamandra, Aqua peloponnesia, Aqua chimborassolaria, Aqua invocabulataria i inne. Nie macie pojęcia, jakie choroby już tą wodą wyleczyłem; ale nie biorę wam za złe, że mi nie wierzycie, bo ja sam również w to nie wierzę. Rzecz najważniejsza — nie czekać na skutek, lecz brać honorarjum i wynosić się czem prędzej. Stany Zjednoczone są rozległe i zanim w dane miejsce powrócę, minie wiele, wiele lat, a tymczasem porosnę w pierze. Utrzymanie zaś nie kosztuje ani szeląga, bo gdzie tylko przyjdę, stawiają przede mną więcej, niż mogę pochłonąć, a kiedy odchodzę, wypychają mi jeszcze kieszenie. Indjan obawiać się nie mam potrzeby, bo jako człowiek obznajomiony z lekarstwami jestem dla nich świętym i nietykalnym. Podajcie rękę na zgodę! Chcecie zostać moim famulusem?
— Hm! — mruknął Heller, skrobiąc się za uchem. — Sprawa wydaje mi się niebezpieczna. To nieuczciwość!
— Nie bądźcie śmieszni! Wiara jest wszystkiem. Pacjenci wierzą w skuteczność moich leków i to ich uzdrawia. Czy to oszustwo? Spróbujcie przynajmniej jeden raz! Posililiście się teraz, a ponieważ farma, do której zdążam, leży na waszej drodze, więc nie stracicie nic na tem.
— No, spróbuję, chociażby z wdzięczności; ale nie mam zdolności przekonywania ludzi.