Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja także nie.
— Nie? Musieliście przecież studjować medycynę?
— Ani mi się śniło!
— Ale jeżeli jesteście magistrem, a nawet doktorem...!
— Jestem rzeczywiście! O tem wiem najlepiej, bo godność tą sam sobie nadałem.
— Wy — — wy sami?
— Oczywiście! Mówię z wami otwarcie, bo myślę, że przyjmiecie moją propozycję. Właściwie jestem krawcem; potem byłem fryzjerem, następnie nauczycielem tańców; później założyłem instytut wychowawczy dla młodych ladies; kiedy się to skończyło, chwyciłem za harmonję i zostałem wędrownym muzykantem. Od tego czasu odznaczyłem się chlubnie w dziesięciu, czy dwudziestu innych zawodach. Poznałem życie i ludzi, a szczytem tej znajomości jest doświadczenie, że tęgi człowiek nie powinien być głupcem. Ludzie chcą, by ich oszukiwano. Tak! Sprawia im to największą przyjemność, jeśli kto „A“ poda im za „B“; takiego darzą nadzwyczajnem uznaniem. Należy zwłaszcza schlebiać ich błędom, błędom i wadom, tak duchowym, jak fizycznym. Dlatego właśnie zostałem lekarzem. — Oto moja apteka!
Odemknął skrzynię i podniósł wieko; wnętrze jej miało imponujący wygląd: pięćdziesiąt przedziałów, wyłożonych aksamitem i ozdobionych złotemi linjami i arabeskami. W każdym przedziale znajdowała się flaszeczka z pięknie zabarwionym płynem, we wszystkich możliwych odcieniach i stopniach. —
— To jest wasza apteka? Skąd bierzecie lekarstwa?
— Sam je przyrządzam.
— Mam wrażenie, że nie rozumiecie się wcale na tem!