Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


liczył przeszło dwustu ludzi. Niestety, rzeczywiście dobrze uzbrojonych było tylko niewielu. Większość nie miała nawet koni, a ci, którzy je posiadali, wzbraniali się wziąć je ze sobą; — woleli raczej sami odnieść ranę lub dać się zastrzelić, byle nie utracić zwierząt.
Old Firehand podzielił tych, niegdyś tak dumnych, a teraz znikczemniałych czerwonych na dwa oddziały: mniejszy miał pozostać na farmie, a reszta pod przewodnictwem wodza Osagów stanęła na granicy pastwisk sąsiada, na które spędzono trzody. Ludzie ci powinni byli odeprzeć ewentualnie napad trampów, gdyby ci próbowali tam wpaść. Aby ich zachęcić do baczności i odwagi, wyznaczono nagrodę za każdego zabitego trampa.
W murach farmy znajdowało się teraz pięćdziesięciu z górą Indjan, dwudziestu rafterów i czterech westmanów. Wobec wielkiej liczby trampów była to z pewnością garstka, ale jeden westman czy rafter mógł stanąć za wielu trampów, a osłony, jaką dawał dom i mur, również nie należało lekceważyć. Wielkiem szczęściem było to, że mistress Butler patrzyła niebezpieczeństwu w oczy z dostatecznym spokojem. Nie myślała przez narzekanie oziębiać otuchy obrońców, owszem, przyrzekła im odpowiednią nagrodę za wierność i odwagę. Było mianowicie około dwudziestu parobków, umiejących obchodzić się z bronią, i Old Firehand mógł teraz śmiało na nich liczyć. —

Kiedy poczyniono wszystkie przygotowania, powrócił słynny westman z damami i Anglikiem na górną terasę, i, trzymając w ręce olbrzymią lornetę lorda, badał pilnie tę część horyzontu, skąd powinni byli pojawić się trampi. Po długiem nadaremnem oczekiwaniu ujrzał