Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wkońcu trzy postacie, które poruszały się w kierunku farmy, nie konno, lecz pieszo.
— Może to wywiadowcy, wysłani naprzód, — rzekł Old Firehand. — Zażądają pewnie, aby ich wpuszczono.
— O taką zuchwałość nie posądzam ich, — zauważył lord.
— Czemu nie? Wysyłają trzech drabów, których tu nikt nie zna. Ci zaś wejdą pod jakimkolwiek pozorem; któżby mógł im coś zarzucić? — Zejdźmy na piętro, aby nas nie widzieli. Będziemy ich obserwować jednak przez okno przy pomocy lornety. —
Konie znajdowały się poza domem tak, że nie można ich było dostrzec. Również wszyscy obrońcy musieli się ukryć, bo trzej trampi powinni byli nabrać przekonania, że dom jest bez dostatecznej obrony.
Trampi przeszli przez bród, zamknięty zasiekami, z trudem i pozornem ździwieniem; zbliżali się powoli, a Old Firehand dostrzegłszy, że jeden podniósł drugiego, aby ten mógł przez otwory strzelnicze spojrzeć w podwórze, szybko zszedł nadół. W tej chwili pociągnięto za dzwonek. Myśliwy podszedł ku bramie i zapytał, kto i dlaczego się dobija.
— Czy farmer w domu? — zapytał jakiś głos.
— Nie, wyjechał — odpowiedział westman.
— Chcieliśmy prosić o robotę. Czy nie potrzeba pastucha lub parobka?
— Nie!
— To prosimy przynajmniej o trochę pożywienia. Idziemy zdaleka i jesteśmy głodni. Proszę, wpuście nas!
Słowa te wypowiedział bardzo płaczliwym głosem. Na całym zachodzie nie znajdzie się farmera, któryby