Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


płaty. Widzicie, że postępujemy sprawiedliwie. Gdybyście się nie zgodzili, to...
Wskazał na towarzyszy, którzy tymczasem wymierzyli strzelby na Hartleya. Ten zrozumiał, że wszelkie wybiegi są daremne. Był szczerze przekonany, iż ma do czynienia z prawdziwymi opryszkami, i w głębi serca czuł się zadowolony, że tak tanio się wykupi. Dlatego wyciągnął z kieszeni trzy dolary i podał je kornelowi.
— Zdaje się, żeście się pomylili co do mnie; pewnie znajdujecie się w takiem położeniu, że ta część mojego uczciwie zasłużonego honorarjum, wam się przyda. Biorę wasze żądanie za żart i godzę się. Tu są trzy dolary, które według rachunku przypadają na was.
— Trzy dolary? Czyście oszaleli? — zaśmiał się kornel. — Czy myślicie, że dla takiej bagateli jeździlibyśmy za wami? Mówiłem nie tylko o dzisiejszym zarobku. Żądamy naszej części z tego, coście wogóle dotąd zarobili. Przypuszczam, że macie przy sobie dostateczną sumę.
— Sir, zupełnie przeciwnie! — zawołał Hartley przerażony.
— Zobaczymy! Ponieważ przeczycie, muszę was obszukać. Myślę, że zachowacie się przytem spokojnie, bo moi towarzysze nie noszą strzelb od parady. Życie nędznego grajka na harmonji nie jest warte dla nas ani grosza!
Zsiadłszy z konia, przystąpił do jankesa. Ten próbował wszelkich możliwych sposobów, aby odwrócić grożące mu nieszczęście, ale napróżno. Otwory strzelb patrzały na niego tak groźnie, że poddał się swemu losowi. Spodziewał się jednak, że kornel nic nie znajdzie.