Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


domyślać, że uczciwość pisarza nie została bez wrażania na nim. — Wędrowali tak dalej z oczyma zwróconemi przed siebie, gdy nagle usłyszeli za sobą tętent koni. Obejrzawszy się, ujrzeli owych trzech, z którymi spotkali się na farmie.
— Woe to me![1] — wyrwało się Hartleyowi. — Zdaje się, że idzie tu o mnie. Te draby miały się przecież udać w góry. Dlaczegóż nie jadą na zachód? Nie dowierzam im; wyglądają prędzej na hultajów, niż na traperów.
Wkrótce miał się na swe nieszczęście przekonać, że przewidywania go nie omyliły. Jeźdźcy zatrzymali się przy nich, a kornel szyderczo spytał szarlatana:
— Master! Dlaczego zmieniliście kierunek? Teraz was farmer nie znajdzie.
— Nie znajdzie?
— Tak. Kiedyście odeszli, powiedziałem mu otwarcie, jak się sprawa ma z waszemi pięknemi tytułami; ruszył czem prędzej, aby was dopędzić i odebrać pieniądze.
— Głupstwo, sir!
— To nie głupstwo, lecz prawda. Udał się w stronę farmy, którą jak mówiliście, chcecie uszczęśliwić swoją osobą. Lecz myśmy byli mądrzejsi od niego. Umiemy odczytywać ślady i poszliśmy waszym tropem, aby przedłożyć wam pewną propozycję.
— Nie znam was i nie mam z wami nic wspólnego.

— Tem więcej my z wami, bo was znamy. Pozwalając oszukać tych poczciwych farmerów, staliśmy się waszymi wspólnikami; dlatego obyczajność wymaga, abyście wypłacili nam naszą część honorarjum. Was jest dwu, a nas trzech, stąd należą nam się trzy piąte za-

  1. Biada mi!