Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pora działania, rozpalono przy torze ogień.
Było już kwadrans po trzeciej, kiedy oczekujący usłyszeli daleki łoskot nadchodzącego pociągu, a wkrótce potem ujrzeli ostre światło lokomotywy. Old Firehand zamknął drzwi od pieca, aby ani jego, ani trzech pozostałych nie można było rozeznać. Może o sto kroków od ognia maszynista dał kontraparę, jakby ulegając niespodziewanemu przymusowi; odezwała się syrena, koła zazgrzytały; pociąg stanął. Trampi zawyli z radości i poczęli się cisnąć do tylnych wagonów. Jedynie kornel pamiętał o tem, co było pierwszej wagi. Przystąpiwszy do lokomotywy, rzucił okiem wgórę ponad jedną ze ścian ochronnych i zapytał:
— Czy wszystko w porządku, chłopcy?
— Well! — odpowiedział jeden z robotników, przyłożywszy maszyniście rewolwer do piersi. — Ci muszą siedzieć cicho. Popatrz, kornelu! Przy najmniejszem poruszeniu pociągniemy za kurki.
Old Firehand przycisnął się jakby przerażony do zbiornika z wodą; przed nim stał drugi robotnik z rewolwerem. — Kornel dał się zwieść.
— Pięknie! — zawołał. — Dobrze sprawiliście się i otrzymacie za to osobne wynagrodzenie. Pozostańcie tam jeszcze, aż się załatwimy, a potem, jak dam znak, zeskoczcie, aby ci poczciwi ludzie nie umarli ze strachu i mogli jechać dalej...
Odszedł od maszyny i znikł w ciemnościach; Old Firehand wychylił się, aby rzucić okiem na miejsce spotkania z trampami. Nie spostrzegł nikogo. Ale w wagonie roiło się od ludzi. Słychać było, jak spierają się przy kufrze.