Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po złożeniu go w grobie, ruszyliśmy w drogę; Engel zaszył rysunek w swej bluzie.
— Nie czekaliście na powrót obu Niedźwiedzi? — zapytał Old Firehand.
— Nie.
— To było wielkim błędem!
— Możliwe; ale byliśmy całe miesiąca zagrzebani w śniegu i tęskniliśmy do ludzi. Wkrótce też dostaliśmy się między ludzi, ale jakich! Opadła nas gromada Indjan z plemienia Utah i doszczętnie obrabowała. Byliby nas z pewnością zabili, ale znali starego Indjanina, którego otaczali wielką czcią, a kiedy się dowiedzieli, żeśmy zajęli się nim i pogrzebali go, darowali nam życie, zwrócili przynajmniej odzież i kazali uciekać; broń naszą jednak zatrzymali; za tę okoliczność nie mogliśmy im być wdzięczni, bo bez broni zdani byliśmy na niebezpieczeństwa, a nawet na śmierć głodową. Na szczęście albo raczej na nieszczęście spotkaliśmy trzeciego dnia pewnego myśliwca, który dał nam trochę mięsa. Kiedy ten usłyszał, że idziemy do Pueblo, oświadczył, że tam także zamierza i pozwolił nam przyłączyć się do siebie.
— To był rudy Brinkley?
— Tak. Mianował się wprawdzie inaczej, ale później poznałem jego prawdziwe nazwisko. Pytał nas o wszystko, a my powiedzieliśmy prawdę, zamilczawszy tylko o skarbie i o rysunku, który Engel nosił przy sobie, bo rudy wcale nie wzbudzał w nas ufności. Nie wiem dlaczego, ale zawsze miałem wstręt do rudowłosych, chociaż jestem pewny, że wśród nich niema więcej łotrów niż wśród tych, którzy na swej głowie noszą skalpy innej maści. — Naturalnie, milczenie nic nam nie pomogło.