Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakiem miejscem, gdziebym mógł przezimować bez narażenia na śmierć głodową. Sam jeden, zasypany śniegiem, to nie żart! Szczęściem dostałem się nad Srebrne Jezioro i zobaczyłem tam chatkę zbudowaną z kamienia, z której unosił się dym; byłem uratowany. Właścicielem chatki był właśnie ów stary Indjanin. Miał wnuka i prawnuka; nazywali, się „Wielki“ i „Mały Niedźwiedź“; ci...
— Ach! Nintropan-hauey i Nintropan-homosz? — zawołał Old Firehand.
— Tak; tak brzmiały te imiona w języku indjan. Czy znacie może tych dwu, sir?
— Tak. Lecz dalej, dalej!
— Obaj Niedźwiedzie udali się w góry Wahsacz, gdzie musieli pozostać aż do wiosny. Zima bowiem nastała za prędko i okazało się niesposób przedostać stamtąd poprzez zwały śniegu do Srebrnego Jeziora. — W chacie zastałem, oprócz starca owego Niemca, Engla. W trójkę przeżyliśmy całą zimę. Głodu nie cierpieliśmy, bo zwierzyny było wbród, ale zimno tak osłabiło starego, że kiedy nadeszły pierwsze ciepłe wiatry, musieliśmy go pogrzebać. Polubił nas, jak dzieci rodzone i, chcąc okazać swą wdzięczność, powierzył nam tajemnicę skarbu w Srebrnem Jeziorze. Posiadał kawałek bardzo starej skóry, na której znajdował się dokładny wizerunek miejsca, i pozwolił zrobić z niego kopję. Na szczęście Engel miał przy sobie papier, bez którego nie mogliśmy się obejść, bo stary nie chciał nam dać skóry, przechowując ją dla obu Niedźwiedzi. W wigilję śmierci zakopał ją, ale gdzie, tego nie wiem, bo musieliśmy uszanować jego wolę i nie mogliśmy jej szukać.