Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kanału. Ale co będzie z bronią? Czy nie możecie nam pożyczyć przynajmniej rewolweru lub noża?
— To zbyteczne, sir. Tego, co mamy, potrzebujemy sami; ale tu leży strażnik, którego broń wystarczy dla jednego z was. Dla drugiego postaram się o nią, bo podkradnę się do jakiego trampa, aby mu... Pst! Cicho! Właśnie ktoś nadchodzi. To pewnie jakiś dowódca chce się przekonać, czy jesteście dobrze strzeżeni. Pozwólcie mi działać!
Pod światło można było dojrzeć człowieka, obchodzącego stanowiska trampów dla przekonania się, czy wszystko jest w porządku. Nadszedł on powoli, a stanąwszy przed jeńcami, zapytał:
— Hej, Collins! Czy zaszło co nowego?
— Nie! — odpowiedział Droll, którego tamten uważał za strażnika.
— Well! Trzymaj oczy otwarte! Idzie o twoją głowę, gdybyś nie uważał. Zrozumiano?
— Yes! Moja głowa siedzi z pewnością lepiej na karku, niż twoja. Uważaj na siebie!
Droll użył umyślnie tych groźnych słów i wypowiedział je również umyślnie niezmienionym głosem; chciał, aby drab nachylił się ku niemu. Celu tego dopiął. Tramp zbliżył się o krok, pochylił głowę i zapytał:
— Co ci przyszło do głowy? Jak to myślisz? Czyj to głos? Czy ty nie jesteś Collinsem, którego ja...
Nie dokończył, bo Droll pochwycił go za kark obu rękami jak w kleszcze, przyciągnął zupełnie ku sobie i ścisnął mu gardło. Usłyszano krótkie kopanie nogami, a potem ucichło; Droll odezwał się szeptem: