Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


domach i chatach płonęły światła, ale tu wgórze dookoła mieszkania inżyniera wszystko pogrążone było w głębokich ciemnościach. Wreszcie Old Firehand usłyszał, że otworzono okno; lampa już nie świeciła. To pisarz oczekiwał swego wspólnika. Niezadługo dało się słyszeć ciche skrzypnięcie podłogi, po której ktoś stąpał.
— Dugby! — szepnął pisarz z okna.
— Jestem, — odpowiedział wołany.
— Gdzie jesteś? Nie widzę.
— Tuż przy ścianie, prosto pod twojem oknem.
— Czy wszędzie w domu ciemno?
— Wszędzie. Obszedłem dom dwa razy dokoła. Nikt już nie czuwa. Czy masz mi co powiedzieć?
— Że nic nie będzie z tutejszą kasą. Tu mają pieniądze do wypłaty tylko za czternaście dni, a właśnie wczoraj był dzień wypłat. Musielibyśmy czekać całe dwa tygodnie, a to przecież niemożliwe. W kasie niema nawet trzystu dolarów; gra nie warta świeczki.
— I to nazwałeś przedtem znakomitą i wspaniałą wiadomością?
— Milcz! Z tutejszej kasy nie będzie wprawdzie nic, ale jutro w nocy będzie przechodził tędy pociąg z przeszło czterystoma tysiącami dolarów.
— Niedorzeczność!
— Nie! To prawda! Przekonałem się o tem na własne oczy. Pociąg przyjdzie z Kanzas City i odejdzie do Kit Karsen, gdzie pieniędzy mają użyć dla nowej linji. Czytałem list i depeszę o tem. Ten głupi inżynier ma do mnie zaufanie, jak do siebie samego.
— Co nam to pomoże! Pociąg przecież tylko przejedzie tędy!