Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Głupcze! Zatrzymuje się na całe pięć minut
— Do pioruna!
— A ja i ty staniemy na lokomotywie!
— Do wszystkich djabłów! Chyba bredzisz?
— Ani mi się śni! Pociąg ma objąć w Carlyle osobny urzędnik; ten człowiek przyjedzie na lokomotywie aż tutaj, a potem pojedzie nawet do Wallace, aby tam oddać ładunek.
— A tym nadzwyczajnym urzędnikiem masz być właśnie ty?
— Tak! A ty masz, a raczej możesz jechać ze mną. Inżynier pozwolił mi wyszukać sobie drugiego człowieka, któryby ze mną pojechał, a kiedy go zapytałem, kogoby mi proponował, odpowiedział, że mi nie stawia żadnych ograniczeń. Rozumie się więc samo przez się, że wybiorę ciebie.
— Czy tak prędkie i wielkie zaufanie nie wydaje ci się podejrzanem?
— Właściwie tak. Ale wszystko wskazuje na to, że potrzebuje on człowieka zaufanego, a nigdy takiego nie miał. Ów słynny list polecający pomógł mi naturalnie także dużo. A przytem to tak prędkie zaufanie nie wydaje mi się tak bardzo zastanawiającem, bo jest przytem pewne „ale“. To zlecenie nie jest tak całkiem bezpieczne.
— Ach! To uspakaja mię całkowicie! Czy może tor niedbale zbudowany?
— Nie, chociaż tor jest właściwie tylko tymczasowy, jak to widziałem z ksiąg i planów. Ale możesz się chyba domyśleć, że przy tak wielkiej a nowej linji niema dostatecznej liczby wypróbowanych urzędników. Są tu