Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Old Firehand wyszedł więc na piętro, skąd czworokątne drzwi prowadziły na dach. Tam położył się i poczołgał ku krawędzi w to miejsce, gdzie było umieszczone odpowiednie okno.
Przez pewien czas leżał spokojnie, czekając, aż wreszcie usłyszał, że na dole otworzono drzwi. Do okna zbliżyły się czyjeś kroki, a blask światła padł przez nie na pole. Dach składał się z warstwy cienkich desek i przybitej do nich blachy cynkowej. Old Firehand słyszał pod sobą kroki pisarza, lecz i ten mógł łatwo usłyszeć jego poruszenia; należało zatem zachować wielką ostrożność.
Myśliwy natężył wzrok, chcąc przebić ciemności nocy, i udało mu się. W pobliżu smugi światła, padającego z okna, stała jakaś postać. Potem zabrzęczało okno, widocznie otwierane.
— Ośle! — odezwał się z gniewem cichy szept — Usuń przecież lampę; światło pada wprost na mnie!
— Tyś sam osioł! — odpowiedział pisarz. — Dlaczego przychodzisz już teraz? W domu jeszcze nie śpią. Przyjdź za godzinę!
— Dobrze! Ale powiedz przynajmniej, czy masz jakie wiadomości!
— I to jakie!
— Dobre?
— Nadzwyczajne! — O wiele, wiele lepsze, niż mogliśmy się spodziewać. Ale idź teraz, bo mógłby cię kto zobaczyć.
Okno zostało zamknięte, a postać zniknęła z pod domu. Teraz Old Firehand był zmuszony czekać jeszcze godzinę, i to bez ruchu, Czas mijał powoli, Wdole po