Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeśli Old Shatterhand da słowo, to można mu ufać; jest ono równie święte dla niego, jak największa przysięga. A więc pójdę. Jak wielki biały myśliwy będzie uzbrojony?
— Odłożę wszystką moją broń i pozostawię ją tutaj; tobie jednak wolno robić, co ci się podoba.
— Wielki Wilk nie shańbi się, okazując mniej odwagi i zaufania. — Zejdź więc!
Wódz złożył broń w trawie tam, gdzie stał, i czekał potem na Old Shatterhanda.
— Odważacie się na zbyt wiele, — ostrzegał tegoż Jemmy. — Czy rzeczywiście jesteście przekonani, że możecie uczynić to bezpiecznie?
— Tak. Gdyby wódz przedtem odszedł na bok, aby się naradzić ze swymi ludźmi, albo dał im jaki rozkaz czy znak, to mógłbym naturalnie powziąć podejrzenie. Ponieważ jednak tego nie uczynił, mogę mieć śmiało do niego zaufanie.
— A my co mamy tymczasem robić?
— Nic. Skierujecie na wodza karabiny, ale tak, żeby tego nie spostrzeżono, i zastrzelicie go natychmiast gdyby się chciał na mnie rzucić.
Po tych słowach zeskoczył ze skały; potem obaj przeciwnicy ruszyli powoli ku sobie. Kiedy się zbliżyli, Old Shatterhand wyciągnął rękę do wodza:
— Jeszcze nigdy Wielkiego Wilka nie widziałem, ale słyszałem często, że jest w radzie najmędrszym, a w walce najdzielniejszym. Cieszę się, że widzę jego oblicze i że mogę pozdrowić go jako przyjaciela.
Indjanin odtrącił rękę białego, zmierzył badawczem spojrzeniem jego postać i twarz i odpowiedział, wskazu-