Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


le trafiają znacznie, znacznie dalej, niż ty stoisz. Jakże łatwo mógłby który z karabinów wypalić!
— To się nie stanie, bo wojownicy Utahów są bohaterami, a nie mordercami. A gdybyście mnie zabili, to śmierć moja zostałaby drogo na was pomszczona.
— My nie boimy się zemsty!
— Onaby was dosięgła i pochłonęła, nie pytając o to, czy się boicie. — Spełniłem życzenie Wielkiego Wilka i pokazałem się; ale dlaczego on pozostaje jeszcze w ukryciu? Czy obawia się, czy też uważa mnie za mordercę, który chce go zabić?
— Wódz Utahów nie troszczy się o to. On wie, że Old Shatterhand chwyta tylko wtedy za broń, kiedy zostanie napadnięty. On się pokaże.
Wyszedł z poza drzewa, tak, że widać było całą jego wysoką postać.
— Czy Old Shatterhand jest teraz zadowolony? — zapytał.
— Nie! Chciałbym pomówić z tobą z mniejszej odległości, aby wygodniej poznać wasze życzenia. Chodź więc bliżej, aż do połowy drogi; ja zejdę ze skały i wyjdę naprzeciw ciebie. Potem usiądziemy, jak przystało wojownikom i wodzom, aby się naradzić.
— Czy nie przyjdziesz raczej do nas?
— Nie; jeden drugiego uczci przez to, że wyjedziemy naprzeciw siebie na jednakową odległość.
— To będę siedział na otwarłem miejscu wystawiony na strzały twoich ludzi.
— Daję ci słowo, że nic ci się nie stanie. Będą strzelać tylko wtedy, jeśli czerwoni wojownicy poślą mi kulę. Wtedy, byłbyś naturalnie zgubiony.