Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Naturalnie, że jadłem.
— Naprawdę? — zaśmiał się Old Shatterhand. — A przecież setki ludzi śmieje się z tego!
— Tak, ale głupców liczy się właśnie na setki. Mówię wam, my Sasi rozumiemy się na potrawach, jak nikt w Europie. Młode koźlę na rondlu, do tego mały ząbek czosnku i kilka listków majeranku, to przyrumienić dobrze i upiec tak, żeby chrupało, toż dopiero prawdziwie boska strawa dla wszystkich baronów i markiz Olimpu. Wiem o tem dobrze, bo około Wielkiej Nocy, kiedy już są młode kozy, u nas w Moritzburgu jedzą we wszystkie niedziele i święta tylko koźlinę.
— Bardzo pięknie. Ale powiedz mi, czy jadłeś już także „trusię“?
— Trusię? Co to takiego?
— Swojski zając, zając domowy, albo „karnikel“, jak mówią w Saksonji. Właściwie nazywa się królikiem.
— Karnikel? A la bonne heure! To również przedni przysmak. Za moich czasów w Moritzburgu zawsze w czasie uroczystości jadano króliki. Mięso mają tak delikatne, że wprost rozpływa się w ustach.
— Ale jest wielu ludzi, którzyby cię wykpili, gdybyś im to powiedział.
— Bo sami mają zajączka w głowie. Taki królik, co je tylko najlepsze i najdelikatniejsze części jarzynek, musi mieć wspaniałe mięso; to się rozumie chyba samo przez się. A może nie wierzycie?
— Owszem, wierzę; ale zato żądam, abyś mi nie wyśmiewał mojego pieska. Zobaczysz, że smaczny jak mięso królicze. Mówię ci, że... Stać, czy to nie jeźdźcy?
Wskazał ku południowemu zachodowi, gdzie ma-