Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że nawet jeszcze czemś o wiele gorszem.
— Oho! Czy myślicie, że zniesiemy spokojnie taką obelgę?
— Tak jest; tak myślę, bo cóż możecie innego uczynić?
— Czy znacie nas może?
— Nie. Nie byłoby to dla mnie wcale zaszczytem.
— Sir, stajecie się coraz bardziej bezwzględnym. Udowodnijcie, że jesteśmy kłamcami!
— Dlaczego nie! — odpowiedział Old Shatterhand obojętnie. — A więc zastawialiście sidła nad San Juan? Kiedyż to?
— Przed czterema dniami.
— Przychodzicie wprost stamtąd?
— Tak.
— Przyszliście więc z południa? To kłamstwo. Przybyliście tutaj tuż po nas, musielibyśmy więc widzieć was tam na otwartej prerji. Ku północy jednak las tworzy występ i za tym właśnie występem tkwiliście, kiedy ostatni raz rozglądałem się, zanim skręciliśmy na tę ścieżkę. Przyszliście z północy.
— Ależ, sir, powiedziałem prawdę. Nie mogliście nas widzieć.
— Ja? Ja nie widziałem was? Gdybym miał tak kiepskie oczy, tobym już sto razy zginął. Nie, tego mi nie wmówicie! A teraz dalej: gdzie macie siodła i uzdy?
— Skradzione nam!
— Człowiecze! Czy uważasz mnie za niedorostka? — zaśmiał się Old Shatterhand pogardliwie. — Pewnieście wsadzili siodła i uzdy razem z sidłami na bobry do wody, kiedy wam to wszystko skradziono? Jakiż myśliwy