Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Siodłać szybko konie! Te draby zdążają na południe; spotkają się teraz z Wielkiem Słońcem i jego ludźmi.
Nie upłynęło pięć minut, gdy konie stały gotowe i wszyscy dosiedli ich z wyjątkiem kilku parobków, którzy mieli pozostać w farmie i w razie potrzeby otworzyć szybko bramę. Z Old Firehandem na czele, jeźdźcy, skręciwszy za najbliższym węgłem domu, skierowali się na południe.
Teraz nie widać już było trampów gołem okiem, ale Old Firehand wziął ze sobą lunetę, aby ich obserwować. Dzięki temu mógł oddział, niewidzialny dla trampów, jechać równolegle z nimi. Po kwadransie Firehand zatrzymał się, bo trampi również stanęli. Dotarli do granicy posiadłości sąsiada, gdzie zobaczyli nie tylko pasące się tam zwierzęta, ale również i zbrojnych obrońców.
Old Firehand badał kępy zarośli, rosnące na łące, szukając zasłony. Ukryty za niemi zbliżył się ze swymi ludźmi ku miejscu, gdzie przypuszczalnie miało nastąpić starcie. Potem jeźdźcy zeskoczyli z koni i skłonieni wpół przemknęli się dalej, aż do obszernej grupy krzaków, ku którym prawdopodobnie trampi w czasie walki musieli się zbliżyć. Z miejsca tego widać było nawet nieuzbrojonem okiem zarówno napastników, jak i obrońców.
Obecność Indjan zaskoczyła trampów. Ogarnęło ich zdumienie. Wkrótce jednak spostrzegli, że Indjanie uzbrojeni są niedostatecznie, bo nie mają broni palnej, i to ich uspokoiło. Przywódcy odbyli krótką naradę, a potem wydano rozkaz do napadu. Po sposobie przeprowadzenia tegoż można było zaraz poznać, że nie mają zamiaru zabawiać się długo walką na odległość, lecz