Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy chcemy im jeszcze raz wpaść w ręce? Należy się spodziewać, że żałują, iż nie unieszkodliwili nas, i gdybyśmy się z nimi znowu spotkali, mogliby próbować nadrobić to, czego zaniedbali. Pieniądze moje już mają, ale życia nie myślę oddawać im w ręce. Poszukajmy innej farmy!
— Kto wie, kiedy ją znajdziemy, — odrzekł Heller. — Czy wytrzymacie tak długą podróż?
— Myślę. Jestem człowiekiem tak silnym, że znajdziemy się pewnie na miejscu, zanim wystąpi gorączka z odniesionej rany. W każdym razie spodziewam się, że mię przedtem nie opuścicie?
— Z pewnością nie. Gdybyście w drodze ustali, to poszukam ludzi, aby was zabrali do siebie. Teraz jednak nie traćmy czasu. Dokąd się zwrócimy?
— Na północ, jak przedtem, tylko nieco więcej na prawo. Widnokrąg tam jest ciemny; widocznie więc znajdziemy las lub zarośla, a gdzie są drzewa, tam musi być woda, której koniecznie potrzebuję do ochłodzenia rany.
Heller wziął skrzynkę i opuścili miejsce wypadku. Przypuszczenie jankesa okazało się słusznem. Po pewnym czasie dotarli w okolicę, gdzie wśród zielonych zarośli płynęła woda; zmieniono opatrunek. Hartley wylawszy wszystkie barwione krople, napełnił flaszki czystą wodą, aby po drodze móc w razie potrzeby zmieniać opatrunek. —
Weszli teraz na prerję o tak niskiej trawie, że zaledwie znać było na niej ślady, a trzeba było oczu bardzo doświadczonego westmana, by osądzić, czy pochodzą od jednego czy dwu ludzi. Po dłuższym czasie