Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przedniego dnia i tylko przywódcom Knoxowi i Hiltonowi powiodło się ujść pociskom mściwych Indjan.
O tem rozmawiali, zbliżając się do lasu; przybywszy do niego, znaleźli ścieżkę indjańską, którą ruszyli. Do polanki dotarli właśnie w tej chwili, kiedy zakończył się pojedynek słowny między Jemmym i Hobble-Frankiem.
— A więc jesteśmy myśliwymi, zgoda? — szepnął Knox do Hiltona. — Pozwól tylko mnie mówić!
Old Shatterhand teraz ich dopiero zobaczył, a wziąwszy do rąk sztuciec, patrzył w poważnem oczekiwaniu na zbliżających się.
— Good day, messur! — powitał ich Knox. — Czy pozwolicie nam wypocząć nieco przy was?
— Każdy uczciwy człowiek jest nam miły, — odpowiedział Old Shatterhand, spojrzawszy badawczo najpierw na jeźdźców, a potem na konie.
— Mam nadzieję, że nie myślicie o nas inaczej! — odparł Hilton, wytrzymując napozór zupełnie spokojnie przenikliwe spojrzenie myśliwego.
— Ja sądzę o ludziach dopiero wtedy, gdy ich poznam.
— No, to pozwólcie, że damy wam do tego sposobność!
Zeskoczywczy z koni, usiedli przy ognisku; byli naturalnie głodni, bo rzucali dość tęskne spojrzenia na pieczeń. Dobroduszny Jemmy podsunął im kilka kawałków mięsa; oczywiście, nie czekali na powtórne zaprosiny. Teraz grzeczność zabraniała im stawiać jakiekolwiek pytania, dlatego minął dłuższy czas w milczeniu, aż się nasycili. —
Drugi ze wspomnianych oddziałów, zbliżający się z przeciwnej strony do lasu, stanowiła gromada około