Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


baczymy, co dalej czynić.
Wejście na olbrzymie kamienie nie było łatwe; ale w tego rodzaju położeniu podwajają się zdolności człowieka; dwie, trzy, pięć sekund i myśliwi znaleźli się na górze, gdzie, zniknąwszy poza występami i krawędziami, przykucnęli za krzakami. — Od czasu, gdy odezwało się rżenie koni indjańskich, aż do tej chwili minęła zaledwie minuta. Wódz chciał natychmiast dać znak do napadu, ale zaniechał tego, zobaczywszy, że jedna z bladych twarzy powaliła na ziemię dwie inne. Nie mógł sobie tego wytłumaczyć i zawahał się, a dzięki temu czwórka zyskała tyle czasu, by dostać się na skałę. Teraz siedzieli na górze, a kule i strzały nie mogły ich dosięgnąć; sami natomiast byli w stanie opanować całą wolną przestrzeń i wysyłać kule we wszystkich kierunkach.
— Co począć? — takie było pytanie, które sobie zadawał „Wielki Wilk“. Czerwony, jeśli musi, jest dzielny, śmiały, a nawet zuchwały; ale jeśli może osiągnąć swój cel przy pomocy chytrości bez niebezpieczeństwa, to nawet nie przyjdzie mu na myśl narażać życia. Wódz więc, gwizdnąwszy, zawołał do siebie poddowódców, aby się z nimi naradzić.
Wynik narady dał się wkrótce widzieć albo raczej słyszeć. Z kraju polany zabrzmiał donośny głos. Ponieważ plac wolny miał najwyżej pięćdziesiąt kroków szerokości, a odległość między skałą a miejscem, skąd głos dochodził, wynosiła zaledwie połowę tego, a więc dwadzieścia pięć kroków, można było przeto słyszeć wyraźnie każde słowo. Wódz, stojąc przy drzewie, wołał:
— Blade twarze są otoczone przez wielu czerwo-