Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go rodzaju ludźmi; ucieczki szukał w grubijaństwie.
— Sir, słyszałem o was wiele i uważałem was za zupełnie innego człowieka. Mówicie jak nieprzytomny. Kto upiera się przy takiem twierdzeniu, jak wasze, musi być poprostu szaleńcem. Nasze konie i indyjska tresura! Możnaby umrzeć ze śmiechu, gdybym się nie musiał gniewać na to. — Widzę, że nie pasujemy do siebie i odjedziemy, aby uniknąć waszych fantazyj! — Do wszystkich djabłów! Co to?
Mówiąc o koniach, zwrócił oczy na nie i przytem spostrzegł coś, co przykuło do siebie całą jego uwagę. Podniosły one mianowicie nozdrza do góry, kręciły się na wszystkie strony, wciągały powietrze, a potem, rżąc radośnie, ruszyły ku skrajowi polanki.
— Tak! Co to? — zawołał również Jemmy. — Indjanie w pobliżu!
Niezawodnie oko Old Shatterhanda objęło jednem bystrem spojrzeniem grożące niebezpieczeństwo, to też odpowiedział:
— Jesteśmy otoczeni, naturalnie przez Utahów, których obecność zdradziły konie; teraz muszą rozpocząć napad.
— Co mamy robić? — zapytał Davy. — Czy będziemy się bronić?
— Najpierw pokażemy im, że nie mamy nic wspólnego z tymi rozbójnikami. To jest najważniejsze!
Uderzył Knoxa w skroń zwiniętą pięścią tak, że ten padł jak kłoda na ziemię; potem taki sam cios otrzymał Hilton.
— A teraz prędko na skałę! — zawołał Old Shatterhand. — Tam mamy osłonę, której tutaj brak. Potem zo-