Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, o ile mnie nie obrazi.
— Pawiemy mu to.
Popędzili tak prędko, że widać było ich uciechę, iż mogli oddalić się z przed oblicza słynnego myśliwca. Firehand nie wrócił na dziedziniec, lecz ruszył z pod bramy w kierunku trampów, a doszedłszy do połowy odległości, usiadł na kamieniu, oczekując na rudego kornela; — przypuszczał, że ten nieomieszka przyjść.
Wkrótce okazało się, że nie myliły go przypuszczenia. Koło, utworzone przez trampów, otworzyło się i powoli zbliżył się do niego kornel, a wykonawszy ukłon, który mimo wielkiego wysiłku wypadł bardzo niezgrabnie, odezwał się:
— Good day, sir! Żądaliście rozmowy ze mną?
— Nic o tem nie wiem, — odpowiedział westman. — Powiedziałem tylko, że z nikim innym nie będę rozmawiał; najprzyjemniej jednak byłoby mi, gdybyście wy także nie pokazywali się.
— Master, używacie bardzo dumnego tonu!
— Mam do tego słuszne powody. Wam jednak nie radziłbym tego samego.
Spojrzeli sobie oko w oko; pierwszy spuścił oczy kornel i odpowiedział, z trudem hamując gniew:
— Stoimy wobec siebie zupełnie narówni!
— Trampi wobec uczciwego westmana, zwyciężony przed zwycięzcą... Czy to nazywacie równością?
— Jeszcze nie jestem pokonany. Tylko w naszych rękach leży odwrócić ten stosunek.
— Spróbujcie! — zaśmiał się wzgardliwie Old Firehand.
To rozgniewało trampa i odpowiedział:
— Wystarczyło nam tylko wykorzystać waszą nie-