Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Naprzód! Ognia!
Z prawej strony zagrzechotały strzelby rafterów, którzy podkradli się tak blisko, że każdy z nich mógł wziąć innego człowieka na cel. Potem zabrzmiał na lewo przeraźliwy, ścinający krew w żyłach okrzyk wojenny Indjan, którzy wyrzuciwszy na trampów chmurę strzał, rzucili się na nich z tomahawkami.
— Teraz my! — rozkazał Droll. — Najpierw kulami w nich, potem kolbami.
Wówczas rozegrała się dzika scena, prawdziwie amerykańska. Trampi czuli się zupełnie bezpieczni tak, że ten nagły napad przejął ich największem przerażeniem. To też zrazu niezdolni do oporu zbili się w gromadę jak zające, nad któremi zawisły szpony orła; potem, kiedy napastnicy znaleźli się między nimi i zaczęli ich obrabiać kolbami, tomahawkami, rewolwerami i nożami, zniknęło ich chwilowe osłupienie i poczęli się bronić. Nie byli jednak w stanie policzyć przeciwników; stąd gromada ich w ciemnościach nocy, słabo tylko rozświecanych blaskiem ognia, wydawała się im dwa i trzy razy większą, niż była rzeczywiście. To zwiększyło ich obawę i ucieczka wydała im się jedynym środkiem ratunku.
— Precz, precz! Do koni! — krzyczał, a raczej ryczał jakiś głos.
— To kornel! — zawołał Droll. — Rzućcie się na niego; nie dajcie mu ujść!
Sam pośpieszył w stronę, skąd ten głos dochodził; inni poszli za nim, ale daremnie. Rudy kornel był na tyle przebiegły, że natychmiast skrył się w zaroślach. Czołgał się jak wąż od krzaka do krzaka, pozostając ustawicznie w cieniu, tak, że nie można go było doj-