Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


je było uspokoić. Wywołało to zamieszanie, z którego skorzystał Old Firehand:
— Teraz zaczynamy! — zawołał. — Ale strzelajcie tylko do tych drabów, a nie do koni!
Ludzie jego znaleźli się na tyłach nieprzyjaciela; nagle huknęły strzały; kule trafiły w gromadę trampów, którzy ze strachu wrzasnęli.
— Uciekać! — ryknął wśród nich jakiś głos. — Jesteśmy otoczeni! Przerwać linię czerwonych!
Rozkazu tego posłuchano natychmiast. Trampi, porzuciwszy zabitych i ciężko rannych, rzucili się na Indjan, którzy chętnie zrobili im przejście, podniósłszy za nimi triumfalne wycie.
— Ale wyrywają! — śmiał się stary Blenter. — Ci więcej nie wrócą. Czy wiecie, kto był ten, co wzywał do ucieczki?
— Naturalnie! — odpowiedział Tom. — Głos ten znam dokładnie. To rudy kornel, którego widocznie djabli wzięli w obronę przed naszemi kulami. Czy pójdziemy za tymi hultajami, sir?
Old Firehand, do którego pytanie było skierowane, odpowiedział:
— Nie. Jesteśmy za słabi na to, aby podjąć z nimi walkę. Może zresztą domyślą się, iż pierwotnie nie znajdowaliśmy się tutaj, lecz, że przyszliśmy z farmy na pomoc czerwonym. W tym wypadku jest bardzo prawdopodobnem, że zawrócą, aby się wedrzeć do farmy w czasie naszej nieobecności. Musimy więc czemprędzej powracać.
— A co się stanie z rannymi trampami i z rozproszonemi końmi?