Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
KAROL MAY


SKARB w SREBRNEM
JEZIORZE
CZĘŚĆ III
POWIEŚĆ z DZIKIEGO ZACHODU
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA





SPIS ROZDZIAŁÓW:
 
str.
 120



I
NA ŚMIERĆ I ŻYCIE.

Widać było, że czerwonym bardzo się śpieszy, jechali bowiem przeważnie kłusem, nie zwracając najmniejszej uwagi na obu skrępowanych jeńców, z których jeden był nawet niebezpiecznie ranny. Pod wieczór dotarto do pierwszych występów górskich. Odtąd jechano ciągle pod górę. Dopiero koło północy zdawało się, że docierają do celu, bo wódz wydał kilku swym ludziom rozkaz, aby pojechali przodem oznajmić o przybyciu wojowników. —
Koryto dość szerokiej rzeki, której brzegami teraz jechali, coraz bardziej się rozstępowało, aż wreszcie mimo jasnego światła księżyca, nie można już było więcej rozeznać jego krawędzi. Las początkowo po obu stronach sięgał prawie wody, następnie cofnął się również, aż wreszcie otwarła się przed nimi pokryta trawą sawanna, na której ujrzano wdali blask płonących ognisk.
— Uff! — dał się słyszeć głos wodza. — Tam leżą namioty mojego szczepu i tam rozstrzygnie się los bladych twarzy.
— Czy jeszcze dzisiaj? — starał się dowiedzieć Old Shatterhand.
— Nie. Moi wojownicy potrzebują wypoczynku, a wasza walka o życie będzie trwać długo i sprawi nam większą radość, jeśli się przedtem snem wzmocnicie.
— Wcale nieźle! — odezwał się Jemmy po niemiecku, aby go czerwoni nie zrozumieli. — Nasza walka o życie! Mówi zupełnie tak, jakbyśmy wogóle nie mogli ujść pala męczeńskiego. Co ty na to, stary Franku?
— Teraz jeszcze ani słowa, — odpowiedział mały Saksończyk. — Będę mówił dopiero potem, kiedy nadejdzie pora. Teraz powiem tylko tyle, że wcale nie mam wrażenia, żebym miał umrzeć. Czekajmy więc cierpliwie. Ale, gdyby brutalną przemocą przedwcześnie chciano mię wysłać do moich przodków, to będę bronił swej skóry i wiem z pewnością, że nad moim grobowcem będzie zawodzić wiele wdów i sierot po tych, których przedtem wyekspedjuję do Elizy.
— Do Elizjum, chciałeś pewnie powiedzieć? — zapytał grubas.
— Nie pleć banialuk! Mówimy teraz przecież po niemiecku, a Eliza to słowo czysto germańskie. Jestem dobrym chrześcijaninem i nie chcę mieć nic wspólnego ze staro-rzymskiem Elizjum. —
Nadeszła chwila powitania. Mieszkańcy wsi wyruszyli gromadnie na spotkanie powracających wojowników; naprzedzie szli mężczyźni i chłopcy, za nimi kobiety i dziewczęta, a wszyscy krzyczeli co sił w piersiach.
Old Shatterhand spodziewał się zwykłej wsi z namiotów, lecz ku swemu rozczarowaniu spostrzegł, że był w błędzie. Ilość ognisk wskazywała, że zgromadziło się tu o wiele, wiele więcej wojowników, niż mogły pomieścić namioty. Zebrali się bowiem mieszkańcy licznych wsi Utahów, aby uplanować zemstę na białych. —
Kiedy dostano się do obozu, ujrzał Old Shatterhand namioty ze skóry bawolej i baraki, wzniesione naprędce z gałęzi, tworzące obszerne koło, w którego środku zatrzymał się oddział. Tutaj odwiązano od koni obu jeńców i rzucono na ziemię. Straszne jęki rannego Knoxa zagłuszyło wycie czerwonych. Potem przyprowadzono do nich pozostałych białych; wojownicy utworzyli wielkie koło, a kobiety i dziewczęta wystąpiły naprzód, aby wśród wrzasku wykonać taniec dokoła pojmanych.
Była to jedna z największych obelg, jakie istniały, bo pozwolić kobietom na taniec dookoła jeńców, znaczyło odmówić im czci i odwagi. Ktoby to zniósł bez oporu, naraziłby się na pogardę. Old Shatterhand krzyknął kilka słów do swych towarzyszy, na co ci uklękli i złożyli karabiny do strzału, sam zaś wystrzelił z niedźwiedziówki, której huk zagłuszył wycie tłumu, i przyłożył potem sztuciec do policzka. Natychmiast nastało głębokie milczenie.
— Co to znaczy? — zawołał tak głośno, aby go wszyscy usłyszeli. — Wypaliłem z Wielkim Wilkiem fajkę narady i zgodziłem się na to, aby wojownicy Utahów rozmówili się ze sobą, czy mamy być traktowani jak wrogowie, czy jako przyjaciele. Ale nawet gdybyśmy byli jeńcami, nie ścierpiałbym tego, aby pozwolono kobietom i dziewczętom tańczyć dookoła nas, jakby około tchórzliwych kujotów. Jest nas czterech wojowników, a mężów Utahów można liczyć na setki; mimo to pytam, kto z was odważy się obrazić Old Shatterhanda? Niechaj wystąpi i walczy ze mną! Miejcie się na baczności! Widzieliście moją strzelbę i wiecie, jak ona niesie, Jeśliby tylko kobiety poważyły się rozpocząć taniec na nowo, przemówią nasze karabiny i miejsce to zarumieni się krwią wiarołomnych, którzy nie baczą na świętą fajkę narady.
Wrażenie wywołał wielkie. Odwaga, z jaką sławny myśliwy wypowiedział swe groźby wobec tak wielkiej liczby przeciwników, przypadła do smaku czerwonym. Kobiety i dziewczęta cofnęły się, nie czekając rozkazu, mężczyźni zaś poczęli półgłosem snuć uwagi; najwyraźniej słychać było „Old Shatterhand“, „strzelba śmierci“. Kilku czerwonych, ozdobionych piórami, zagadnęło Wielkiego Wilka; zaczem ów zbliżył się do myśliwych i odezwał w języku Utahów, którego użył także Old Shatterhand:
— Wódz Yamba-Utahów szanuje kalumet narady i pamięta, co przyrzekł. Jutro, skoro dzień nastanie, rozstrzygnie się los czterech bladych twarzy, a do tego czasu pozostaną oni w namiocie, który im teraz wskażę. Tamci dwaj jednak są mordercami i ich moja obietnica zupełnie nie dotyczy; umrą tak, jak żyli, — ociekając krwią. Howgh! Czy Old Shatterhand zgadza się na moje słowa?
— Tak! — odpowiedział zapytany. — Jednak żądam, aby nasze konie pozostały wpobliżu namiotu.
— I na to pozwolę, chociaż nie widzę powodu, dla którego Old Shatterhand wypowiada takie życzenie. Czy myśli może, że będzie mógł uciec? Ja mu powiadam, że jego namiot będzie otoczony kilkakrotnym pierścieniem wojowników tak, iż nawet mysz się nie wymknie.
— Przyrzekłem, że zaczekam na wynik waszej narady; nie potrzebujesz więc stawiać przy nas żadnych strażników. Jeśli mimo to chcesz tak zrobić, to nie mam nic przeciw temu. —
Wszyscy czterej poszli za wodzem; Indjanie, utworzywszy szpaler, przyglądali się im wzrokiem nieśmiałym i pełnym szacunku. — Białym wyznaczono jeden z największych namiotów. Po obu stronach wejścia tkwiło w ziemi kilka dzid, a trzy orle pióra, zdobiące ich ostrza, pozwalały przypuszczać, że jest to właściwie mieszkanie wodza.
Drzwi zastępowała rogoża, teraz podniesiona, w odległości zaledwie pięciu kroków płonęło ognisko, oświecając wnętrze wigwamu. Myśliwi weszli do środka, złożyli broń i usiedli. Wódz oddalił się, lecz już po chwili kilku czerwonych usadowiło się wokoło namiotu.
Wkrótce jakaś młoda kobieta postawiła przed białymi dwa naczynia. Stary garnek zawierał wodę, a w wielkim żelaznym rondlu leżało kilka kawałków mięsa.
— Oho! — uśmiechnął się Hobble-Frank. — To pewnie obiad dla nas. Garnczek z wodą, to pięknie! Te draby tumanią; z podziwu nad ich przyborami kuchennemi można ręce załamać. I mięso bawole, przynajmniej osiem funtów! Chyba go nie natarto trucizną na szczury?
— Trucizna na szczury! — śmiał się grubas. — Skądby Utahowie mieli taki smakołyk? Zresztą, to mięso z łosia, a nie bawole.
— Już znowu wiesz lepiej niż ja? Cokolwiekbym zrobił lub mówił, zaraz musisz się wtrącić. Dziś jednak nie będę się z tobą spierał, lecz rzucę ci tylko miażdżące spojrzenie, z którego możesz poznać, jak nieskończenie wyżej wznosi się moja osobistość ponad twoją pigmentową postać.
— Pigmejską postać! — poprawił Jemmy.
— Czy będziesz ty milczał, chociaż przez dwanaście sześć ósmych taktów!!! — Nie doprowadzaj mi żółci do wzburzenia, lecz okaż szacunek, do jakiego mogę słusznie mieć pretensje na podstawie niezwykłych kolei mojego życia! Tylko pod tym warunkiem mogę się zniżyć do takiej popularności, że zleję na tę pieczeń błogosławieństwo mego niekłamanego talentu kucharskiego.
— Upiecz ją! — skinął Old Shatterhand, aby odwrócić uwagę małego w inną stronę.
— Naturalnie, łatwo to powiedzieć; ale skąd wezmę cebuli i listków bobkowych? Zresztą nie wiem nawet, czy mogę zbliżyć się z rondlem do ognia.
— Spróbuj!
— Tak, spróbuj! Jeśli te draby nie ścierpią tego i wsadzą mi kulę w brzuch, będzie mi wtedy zupełnie obojętne, czy mięso to siedziało pod skórą łosia czy bawołu. — No, hopla, wychodzę!
Poniósł rondel z mięsem do ogniska i usiadł przy niem jako kucharz, nie spotkawszy się z żadnym oporem ze strony strażników. Reszta białych pozostała w namiocie i przyglądała się przez otwarte drzwi życiu Indjan. —
Księżyc zsyłał teraz na ziemię blask jasny jak w dzień, a światło jego padało na ciemny, pokryty lasem, trzon pobliskiej góry, po której wiła się wdół szeroka, połyskująca, srebrna wstęga, — rzeczka lub większy potok, rozlewający się w dość obszerną kotlinkę, wyglądającą prawie jak jezioro; odpływ jego tworzył bieg rzeki, której brzegiem przybyto do obozu. Wpobliżu nie było, jak się zdawało, ani krzaków ani drzew, a okolica jeziora była płaska i otwarta jak talerz. —
Przy ogniskach siedzieli Indjanie, przyglądając się kobietom, zajętym pieczeniem mięsa. Czasem podniósł się jeden lub drugi, i, przechodząc powoli przed namiotem, przypatrywał się białym. —
Po upływie godziny powrócił Hobble-Frank z dymiącym rondlem, usiadł obok towarzyszy i rzekł buńczucznie:
— Macie te wspaniałości! Jestem ciekawy, jak długo będziecie oblizywali palce. Wprawdzie brak korzeni, ale dzięki wrodzonemu talentowi łatwo sobie poradziłem.
— W jaki sposób? — zapytał Jemmy, przysuwając swój mały nosek do rondla. — Mięso nie tylko skwierczało, ale unosił się nad niem dym, a namiot w przeciągu kilku sekund napełnił się ostrą wonią spalenizny.
— W tak prosty sposób, że skutek jest prawdziwie cudowny, — odpowiedział mały. — Czytałem kiedyś, że węgle drzewne zastępują nie tylko sól, której nam brak, ale ją także odbierają mięsu, które ma dość niemiłą woń. Nasza pieczeń była cokolwiek przytęchła, dlatego chwyciłem się owego środka i posmarowałem ją popiołem z drzewa. Wprawdzie ogień zajrzał mi przytem do rondla, ale to właśnie, jak mi przeczucie kucharskie wskazuje, nada jej niezwykłego smaku.
— O biada! Pieczeń łosia w popiele drzewnymi Czyś oszalał?!
— Nie gadaj byle czego! Instynkt nigdy mnie nie zawodzi. Powinieneś wreszcie o tem wiedzieć. Popiół jest chemicznym wrogiem wszelkiej alchemistycznej nieczystości. Jedz więc tego łosia z należytą rozwagą; to ci zrobi bardzo dobrze, a twej twardej głowie da potrzebne siły cielesne i duchowe.
— Ależ, — odezwał się Jemmy wstrząsając głową. — przecież sam mówisz, że ogień dostał się do rondla. Mięso więc jest spalone.
— Nie śpiewaj, tylko jedz! — krzyknął Frank. — Bo może ci się otworzyć nieodpowiednie gardło i potrawa pójdzie do śledziony zamiast do żołądka.
— Tak, jedz! Ale kto to zgryzie? Czy to jest mięso?
Nabiwszy kawałek mięsa na nóż, podniósł je wgórę i podsunął małemu pod nos. Mięso było spalone i otoczone ciemną, tłustą warstwą popiołu.
— Naturalnie, że mięso. Cóżby to innego było? — odpowiedział Frank, niczem niezbity z tropu.
— Ale czarne jak chiński tusz!
— Ugryź-no tylko, a będzie ci cudownie smakować!
— Wierzę!! A ten popiół?
— Zeskrobie się i oczyści
— Pokaż mi to przedtem!
— Z elektryczną szybkością! — Wyjąwszy kawałek pieczeni, tarł ją tak długo o skórę namiotu, aż popiół przylepił się do niej.
— Tak należy sobie poczynać, — ciągnął potem dalej. — Tobie jednak brak zręczności w palcach i przytomności umysłu. A teraz zobaczysz, jaki ma delikatny smak taki koniuszczek, który obecnie odcinam, aby rozetrzeć na języku. Wtedy...
Nagle przerwał. Ukąsiwszy kawałek, rozwarł szeroko zęby, otworzył usta i w osłupieniu spoglądał na towarzyszy.
— No, — przypominał Jemmy, — gryź przecież!
— Gryź?! Jak?! Djabli wiedzą, co tak chrupie i trzeszczy, zupełnie jak — jak — jak, no, jak pieczone miotła. — Czy mógłby kto pomyśleć?!
— To było do przewidzenia. Jestem przekonany, że ten stary rondel miększy jest niż to mięso. — Teraz możesz sam zjeść wytwór swojego ducha!
— No, może się znajdzie chociaż kawałek, który jeszcze nie doszedł do tak wielkiej stałości charakteru. Poszukam!
Na szczęście znalazło się kilka kawałków, które jako tako dały się zjeść i wystarczyły na cztery osoby, ale Frank, bądź co bądź, zwiesił nos na kwintę. —
Rano mieli Knox i Hilton umrzeć przy palu męczeńskim; pozostałych białych czekał może podobny los. To dawało czerwonym sposobność urządzenia wielkiej uroczystości, do której musieli się przygotować; dlatego wkrótce udali się na spoczynek. Pogaszono ogniska z wyjątkiem dwóch, a mianowicie przed namiotem, w którym znajdował się Old Shatterhand ze swymi towarzyszami, i przed tym, w którym leżeli pod strażą Knox i Hilton. Dookoła pierwszego rozłożyli się czerwonoskórzy w trzech rzędach; przed wsią stały nadto liczne placówki.
Old Shatterhand nie chcąc, aby wzrok czerwonych przez całą noc był na nich skierowany, opuścił rogożę przy drzwiach, i teraz biali leżeli w ciemnościach, napróżno starając się zasnąć.
— Co będzie z nami jutro o tej porze? — pytał Davy. — Może nas czerwoni wyślą do wiecznych ostępów?
— A przynajmniej dwu lub trzech z nas, — odpowiedział Jemmy. — Jak sądzicie mr. Shatterhand?
— Nie wierzę wprawdzie, żeby nam tak bez niczego darowali życie i wolność, ale myślę, że każą nam o nie walczyć.
— Do wszystkich djabłów! Toby wypadło mniej więcej tak samo, jakgdyby nas wprost zamordowali, bo postawią wszak takie warunki, że będziemy musieli zginąć.
— Naturalnie. Nie powinniśmy jednak tracić odwagi. Biały wychował się w szkole czerwonoskórych i posiada tyleż chytrości i zręczności, co tamten, ale jest o wiele wytrwalszy. Duma wojenna nie pozwoli Utahom przeciwstawić nam zbyt wielkiej przewagi. Gdyby to jednak uczynili, postaramy się szyderstwem zmusić ich do cofnięcia takich rozporządzeń.
— Ale, odezwał się Hobble-Frank, który dotychczas milczał, — nadzieja, którą nam ukazujecie, w każdym razie nie może nas uszczęśliwić. Tak, wy wprawdzie z waszemi muskułami i siłą słonia możecie się śmiać; wy się przerąbiecie, przebijecie lub przepchacie, lecz my trzej nieszczęśliwi słabeusze zażywamy dziś po raz ostatni radości życia.
— Pewnie w postaci twojej pieczeni z łosia? — zapytał Jemmy.
— Już znowu naprzykrzasz się najserdeczniejszemu przyjacielowi i towarzyszowi broni na krótko przed ostatniem jego wniebowzięciem? Nie osłabiaj mi władz umysłowych! Muszę wszak wszystkie zmysły skierować na ratowanie skalpów naszych.
Położył się i zamknął oczy. Po drugiej stronie dało się słyszeć coś, co zabrzmiało jakby cichy, stłumiony śmiech, ale nie zważał na to. Tamci nie prowadzili dalej rozmowy; nastała głęboka cisza, przerywana czasem tylko trzaskaniem ognia. Sen obejmował powoli zmęczone powieki, które otwarły się dopiero wtedy, kiedy poza namiotem rozbrzmiały głośne okrzyki i podniesiono w drzwiach rogożę. Do środka wszedł jakiś czerwonoskóry:
— Niech białe twarze wstaną i pójdą za mną.
Wstali i wzięli broń. Ogień zagasł, a słońce podniosło się na wschodzie, rzucając jasne promienie na górę, tak, że spływająca z niej woda lśniła, jak płynne złoto, a powierzchnia jeziora błyszczała, jak gładka szyba metalu. Teraz wzrok sięgał dalej niż poprzedniego wieczora. Równina, na której zachodniej stronie leżało jezioro, miała około dwu mil angielskich długości, a była przez połowę tak szeroka i otoczona dookoła lasem. W południowej jej części rozbity był obóz, złożony z około stu namiotów i chat. Na brzegu jeziora pasły się konie; wierzchowce czterech myśliwych stały wpobliżu namiotu.
Między chatami i namiotami snuły się czerwone postacie w pełnym rynsztunku wojennym, naturalnie ze względu na uroczystość śmierci obu morderców. Kiedy czterej biali przechodzili przed nimi, rozstępowali się uprzejmie, mierząc ich wzrokiem, który można było nazwać raczej badawczym i pełnym zaciekawienia, niż nieprzyjaznym,
— Czego chcą te draby? — zapytał Frank. — Gapią się na nas, jakby oglądali konie na targu.
— Badają, jak jesteśmy zbudowani, — odpowiedział Old Shatterhand. — To znak, że słusznie przypuszczałem. Prawdopodobnie los nasz jest już znany. — Będziemy musieli walczyć o życie.
— Dobrze! Mojego tanio nie dostaną. Jemmy, boisz się? — Jego gniew na grubasa dawno już minął; w pytaniu zaś czuć było, że więcej myślał o nim, niż o sobie.
— Bać się nie boję, ale jestem zaniepokojony. Strachby nam tylko zaszkodził. —
Poza obozem wbito w ziemię dwa pale; wpobliżu ich stało pięciu wojowników ozdobionych piórami, między nimi zaś Wielki Wilk.
— Kazałem sprowadzić blade twarze, aby były świadkami, — rzekł, — jak czerwoni mężowie zwykli karać swych wrogów. Zaraz bowiem przyprowadzą morderców na śmierć przy palu.
— Wcale nie pragniemy na to patrzeć, — odpowiedział Old Shatterhand.
— Czy jesteście tchórzami, że mierzi was płynąca krew? Jeśli tak, to musielibyśmy z wami poczynać sobie jak z kujotami!
— Pshaw! Jesteśmy chrześcijanami; jeśli zachodzi konieczność, to zabijamy naszych wrogów szybko, ale ich nie męczymy.
— Teraz jesteście u nas i musicie się zastosować do naszych zwyczajów; jeśli nie zechcecie tego uczynić, to obrazicie nas i poniesiecie śmierć!
Old Shatterhand wiedział, że wódz mówi poważnie i że naraziłby się z towarzyszami na wielkie niebezpieczeństwo, gdyby odmówił asystowania przy wykonaniu wyroku; dlatego oświadczył:
— Pozostaniemy tutaj.
— Dobrze! Usiądźcie przy nas! Ponieważ się zgadzacie na nasze żądanie, wyznaczymy wam przeto śmierć zaszczytną.
Usiadł w trawie, obróciwszy się twarzą ku słupom. Inni wodzowie uczynili to samo, a biali musieli pójść za ich przykładem.
Wielki Wilk wydał głośny okrzyk, na który odpowiedziało wycie triumfalne. Był to znak, że straszne widowisko ma się rozpocząć.
Wojownicy utworzyli dookoła słupów półkole, w którego środku siedzieli wodzowie z białymi. Kobiety i dzieci usadowiły się łukiem naprzeciw mężczyzn, zamykając koło.
Teraz przyniesiono Knoxa i Hiltona tak silnie związanych, że nie mogli chodzić. Rzemienie wżarły się im głęboko w ciało. Obu przywiązano do pali w postawie stojącej i to mokremi pasami, które wysychając musiały się kurczyć, a przez to sprawiać ofiarom okrutnej sprawiedliwości najsroższe męczarnie.
Knox miał oczy zamknięte; gorączkował i właśnie teraz przestał bredzić; głowa zwisała mu bezwładnie na piersi; był nieprzytomny i nie wiedział, co się z nim działo; Hilton, jęcząc patrzył wokoło wzrokiem pełnym przerażenia. Kiedy ujrzał myśliwych, zawołał do nich:
— Ratujcie mnie, ratujcie, messurs! Przecież nie jesteście poganami. Czy przyszliście przypatrzeć się strasznej śmierci, jaką poniesiemy, i napawać naszemi mękami?
— Nie, — odpowiedział Old Shatterhand. — Znajdujemy się tu z musu i nie możemy, niestety, nic dla was uczynić.
— Możecie, możecie, gdybyście tylko chcieli. Czerwoni was posłuchają!
— Nie, wy sami jesteście winni swego losu. Kto ma odwagę grzeszyć, powinien ją mieć także na to, aby ponieść karę.
— Ja jestem niewinny. Nie zabiłem ani jednego Indjanina. To zrobił Knox.
— Nie kłamcie! To bezczelne tchórzostwo zwalać winę na drugiego i to nieprzytomnego. Lepiej żałujcie waszych zbrodni, abyście na tamtym świecie dostąpili przebaczenia!
— Ależ ja nie chcę umierać; ja nie mogę umrzeć. Pomocy, pomocy, pomocy!
Krzyczał tak głośno, że rozlegało się daleko po równinie, a przytem tak szarpał więzami, że mu krew tryskała z ciała. Wielki Wilk powstał i dał znak ręką, że chce mówić. Oczy wszystkich skierowały się na niego. Opowiedział lakonicznym a pełnym uniesienia stylem indjańskiego mówcy, co się stało i przedstawił zdradzieckie postępowanie bladych twarzy, z którymi żyli w pokoju, w słowach tak dobitnych, że wywarły na czerwonych głębokie wrażenie, iż poczęli brzękać i potrząsać bronią. Potem oświadczył, że obaj mordercy zostali skazani na śmierć przy palu męczeńskim i wykonanie wyroku nastąpi natychmiast. Kiedy skończył i usiadł, Hilton podniósł znów głos, aby Old Shatterhanda zmusić do wstawienia się za nim.
— No, dobrze, spróbuję, — odpowiedział myśliwy. — Jeśli nie będę mógł odwrócić od was śmierci, to może przynajmniej zdołam wyjednać tę ulgę, że będzie ona szybsza i łagodniejsza.
Odwrócił się ku wodzowi, ale jeszcze nie otworzył ust, kiedy Wielki Wilk porwał się gniewnie:
— Wiesz o tem, że mówię językiem bladych twarzy; zrozumiałem więc, co przyrzekłeś temu psu. Czyż nie uczyniłem dosyć, postawiwszy ci tak dogodne warunki? Czy chcesz się sprzeciwić naszemu wyrokowi i rozgniewać moich wojowników tak, że nie będę cię mógł przed nimi obronić? Milcz więc i nie mów ani słowa!
— Moja religja nakazuje mi wstawić się za nimi. — Było to jedyne usprawiedliwienie, na jakie mógł się biały powołać.
— Według jakiej religji mamy się kierować, według twojej, czy naszej? Czy wasza religja kazała tym psom napadać na nas wśród najgłębszego pokoju, rabować nasze konie i zabijać naszych wojowników? Nie! A więc wasza religja nie powinna też mieć żadnego wpływu na ukaranie sprawców.
Odwrócił się i dał znak ręką, na który wystąpiło naprzód tuzin wojowników. Potem odwrócił się znowu do Old Shatterhanda i oświadczył:
— Tu stoją krewni tych, którzy zostali pomordowani. Ci mają prawo rozpocząć męczarnie. Najpierw będzie się rzucać na skazanych nożami.
Jeśli u czerwonoskórych ma jaki wróg umrzeć przy palu męczeńskim, to starają się możliwie najbardziej przedłużyć jego męczarnie. Rany, jakie mu zadają, są początkowo bardzo lekkie, a potem stają się coraz cięższe. Zwykle rozpoczyna się od rzucania nożem. Wskazuje się pokolei rozmaite członki i miejsca na ciele, w które należy trafić. Miejsca te wybierają z tą myślą, aby nie wylać dużo krwi i aby męczony nie umarł przedwcześnie z jej upływu. —
— Prawy kciuk! — zawołał Wielki Wilk.
Jeńcom przywiązano ramiona w ten sposób, że dłonie zwisały swobodnie. Czerwoni wystąpili naprzód, podzielili się na dwa oddziały, pierwszy naprzeciw Hiltona, drugi naprzeciw Knoxa i uformowali się jeden za drugim. — Stojący naprzedzie wziął nóż w trzy palce prawej ręki, podniósł ją wgórę i wycelował; wyrzuciwszy, trafił we wskazany palec. — Hilton wydał okrzyk bólu. Knox został równocześnie trafiony, lecz jego omdlenie było tak głębokie, że się nie zbudził.
— Palec wskazujący! — rozkazał wódz.
W ten sposób wskazywał pokolei palce, w które mieli celować i w istocie trafiali z zadziwiającą dokładnością. — Hilton krzyczał bezustanku. Knox obudził się dopiero wtedy, kiedy wzięto na cel lewą jego rękę. Obejrzał się wokoło, jak nieprzytomny, zamknął szybko nabiegłe krwią oczy i zawył wprost nieludzkim głosem. Zobaczył bowiem, co się z nim stało; potem ogarnęła go znowu gorączka i wraz z śmiertelną trwogą wyrywała mu z ust dźwięki, których nikt nie mógł się spodziewać u człowieka.
Wśród nieustannego ryku obu ciągnęła się dalej egzekucja. Noże trafiały w dłoń, w rękę aż po łokieć, w muskuły, ramiona; tę samą kolej zachowano przy nogach. Trwało już około kwadransa, a był to lekki początek męczarni, które miały trwać godzinami. Old Shatterhand i trzej jego towarzysze odwrócili głowy, aby nie przyglądać się nadal tej scenie. Krzyków jednak musieli wysłuchać.
Indjanin ćwiczy się od najwcześniejszej młodości w znoszeniu cierpień fizycznych, dochodzi więc do tego, że może znieść największe męczarnie bez zmrużenia powieki. A może też i nerwy czerwonoskórego są mniej wrażliwe niż białego. Kiedy Indjanin zostanie schwytany i umiera przy palu męczeńskim, to przyjmuje zadawane mu męki z uśmiechem na ustach, śpiewa głośno pieśni śmiertelne, przerywając je tylko od czasu do czasu, aby szydzić i wyśmiewać swych dręczycieli. Ten zaś, kto żali się na swe cierpienia, spotyka się z ogólną pogardą. Zdarzało się, że biali, których skazano na męki, otrzymywali wolność tylko dlatego, że przez niegodne męża skargi okazali, że są tchórzami, których nie potrzeba się obawiać, a których zabicie byłoby dla każdego wojownika hańbą. —
To też można sobie wyobrazić, jakie wrażenie uczyniły jęki Knoxa i Hiltona. Czerwoni odwrócili się od nich, wydając okrzyki oburzenia i pogardy. Kiedy krewni zamordowanych mieli dość już tej zabawy i wezwano innych do wystąpienia, nie znalazł się ani jeden chętny; takich „psów, kujotów i ropuch“ nikt nie chciał się dotknąć. Jeden z wodzów powstał:
— Ci ludzie nie są warci, aby jaki odważny wojownik podniósł na nich rękę; pozostawmy ich kobietom; kto umiera z ręki kobiety, tego dusza przyjmuje w wiecznych ostępach postać kobiety i musi pracować po wieczne czasy. Powiedziałem! Howgh!
Wniosek ten, po krótkiej naradzie, przyjęto; przywołano żony i matki zamordowanych; otrzymały noże dla zadawania obu skazanym lekkich ran w tej kolei, jaką wskaże Wielki Wilk. —
Cywilizowanemu Europejczykowi trudno uwierzyć, by kobieta mogła się zniżyć do takiego okrucieństwa; ale w czerwonoskórych zemsta wypleniła wszelkie łagodne uczucia przy tak gromadnych mordach. To też kobiety, przeważnie stare, rozpoczęły swe dzieło i na nowo podniosły się tak przejmujące wycia i jęki obu białych, że nawet dla uszu czerwonych stały się nie do zniesienia. Wielki Wilk nakazał zaprzestać męczarni.
— Ci ludzie nawet na to nie zasłużyli, by po śmierci zostać kobietami, — rzekł. — Oni muszą umrzeć, ale do wiecznych ostępów powinni wejść jako kujoty, które się będzie bez ustanku szczuć i ścigać. Oddajmy ich psom. Powiedziałem! —
Rozpoczęła się narada, której wyniku Old Shatterhand oczekiwał ze zgrozą, przewidując go zgóry. Kilku czerwonych oddaliło się, aby sprowadzić psy. Wódz tymczasem zwrócił się do czterech białych.
— Psy Utahów są wytresowane przeciw białym twarzom i rzucają się na nich, kiedy się je poszczuje; wówczas jednak rozdzierają każdego białego, który znajdzie się wpobliżu. Każę was więc odprowadzić i strzec w namiocie, aż zwierzęta napowrót się przywiąże.
Tak się też stało. Zewnątrz panowała może przez dziesięć minut cisza, przerywana tylko czasem jękami Hiltona. Potem dało się słyszeć głośne, zażarte szczekanie, które przeszło w wycie, chciwe krwi; dwa głosy ludzkie wrzasnęły straszliwie w śmiertelnej trwodze, potem znowu ucichło.
— Słuchajcie! — odezwał się Jemmy. — Słyszę trzask kości; jestem pewien, że tych dwu rzucono psom na pożarcie. —
Kiedy wypuszczono ich z namiotu, aby poprowadzić znowu na miejsce sądu, woddali, w środku obozu, widać było czterech czy pięciu czerwonych, którzy mieli odprowadzić psy, trzymane na mocnych rzemieniach. Zwierzęta pewno zwietrzyły ślady białych, — bo jednego z psów trudno było odciągnąć; obejrzał się wtył, a zobaczywszy myśliwych, potężnem szarpnięciem wydarł się i rzucił na nich wśród ogólnego okrzyku przerażenia; pies był tak wielki i silny, że zdawało się niepodobieństwem, by człowiek mógł podjąć z nim walkę, a przecież żaden z Indjan nie chciał strzelać do tego cennego zwierzęcia. Davy przyłożył karabin do oka i wymierzył.
— Stój, nie strzelać! — krzyknął Old Shatterhand. — Czerwoni mogliby nam wziąć za złe zabicie tego wspaniałego psa, a przytem chcę im pokazać, co może pięść białego myśliwca!
Słowa te wymówił szybko; wogóle wszystko odbyło się znacznie prędzej, niż można opowiedzieć lub opisać, gdyż pies przebył całą tę przestrzeń prawdziwie tygrysiemi skokami. Old Shatterhand wyszedł naprzeciw niego, opuściwszy ręce wdół.
— Zginiesz! — zawołał na niego Wielki Wilk.
— Poczekasz trochę! — odparł myśliwy.
Teraz pies stanął przy nim i, rozwarłszy szeroko pysk, uzbrojony w potężne zęby, rzucił się na przeciwnika, warcząc dziko.
Myśliwy wparł źrenice w oczy zwierzęcia, a kiedy pies zebrał się do skoku i już zawisł w powietrzu, rzucił się naprzeciw niego, w mgnieniu oka rozłożywszy ramiona. Nastąpiło gwałtowne zderzenie się psa z człowiekiem. — Old Shatterhand zarzucił ręce na grzbiet zwierzęcia, mierzącego w jego gardło, tak, że pies nie mógł go ukąsić. Nastąpiło jeszcze silniejsze ściśnięcie i pies stracił oddech; — nogi drapiąc pazurami, zwisły bezwładnie. Szybkim ruchem lewej ręki myśliwy oderwał od siebie głowę bestji, — uderzenie prawą pięścią w pysk i odrzucił ją precz od siebie.
— Oto leży! — zawołał, zwracając się do wodza. — Każ go związać, aby nie narobił nieszczęścia, jak się obudzi.
— Uff, ugh, ugh, uff! — wydarło się z ust zdumionych Indjan, gdyż żaden z nich nie poważyłby się na to. Wielki Wilk wydał rozkaz usunięcia psa, podszedł ku Old Shattenhandowi i rzekł z widocznym podziwem:
— Mój biały brat jest bohaterem. Nogi żadnego czerwonego nie stałyby tak silnie, a żadnego innego człowieka pierś nie wytrzymałaby takiego zderzenia. — Dlaczego Old Shatterhand nie kazał strzelać?
— Bo nie chciałem was pozbawiać tego wspaniałego zwierzęcia.
Wódz patrząc na niego wzrokiem, w którym odbijało się zarówno zdumienie, jak i podziw, odprowadził go na stronę, gdzie czterej biali mieli usiąść poza kołem Indjan, by nie móc podsłuchać ich narad, a potem udał się na miejsce, które już przedtem zajmował.
Oczy białych zwróciły się naturalnie ku palom. Tam wisiały na rzemieniach, podartych na części przez psy, szczątki ciała i członki morderców; widok zaprawdę straszny.
Rozpoczęła się rozstrzygająca narada na sposób Indjan. Najpierw mówił dłuższy czas Wielki Wilk, potem inni wodzowie, jeden po drugim, potem Wilk i inni; zwykli wojownicy nie mogli przemawiać; stali wokoło, przysłuchując się z uszanowaniem. Indjanin jest oszczędny w mowie, ale na radzie mówi chętnie i gęsto, a bywają czerwoni, którzy osiągnęli wcale znaczną sławę jako mówcy.
Narada zabrała ze dwie godziny, czas bardzo długi dla tych, których los od niej zależał; powszechne, głośne „howgh“ oznajmiło koniec posiedzenia. Sprowadzono białych, którzy musieli wejść w środek koła i wysłuchać postanowienia, co do ich losu. Wielki Wilk, podniósłszy się, oświadczył:
— Blade twarze wiedzą, dlaczego wykopaliśmy topory wojenne. Przysięgliśmy zabić wszystkich białych, którzy wpadną w nasze ręce. Wy jesteście przyjaciółmi czerwonych mężów i dlatego niepodzielicie losu innych bladych, których schwytamy; te pójdą zaraz na pal męczeński, wam zaś wolno walczyć o swe życie.
Tu zrobił pauzę, z której Old Shatterhand skorzystawszy, zapytał:
— Z kim? Czy my czterej przeciw wam wszystkim? Dobrze, zgadzam się! Moja strzelba śmierci wyśle wielu z was do wiecznych ostępów!
Po tych słowach podniósł sztuciec. Wódz nie zdołał ukryć przestrachu; to też z szybkim gestem przeczenia odpowiedział:
— Old Shatterhand myli się; każdy z was dostanie przeciwnika, z którym będzie walczył, a zwycięzca ma prawo zabić pokonanego i otrzyma jego własność.
— Zgadzam się na to! Ale kto ma prawo wybrać nam przeciwnika, my czy wy?
— My. Ja ogłoszę wezwanie, na które wystąpią ochotnicy.
— A jaką bronią mamy walczyć?
— Jaką oznaczy ten z nas, który się zgłosi.
— To niesprawiedliwe!
— Nie, to słuszne! Okazaliśmy wam tyle względów, że nie możecie już więcej wymagać.
— Dobrze, ale żądam uczciwych warunków. Mówisz, że zwycięzca ma prawo zabić pokonanego. A co będzie, gdy zabiję którego z twoich wojowników; czy będą mógł potem swobodnie i bezpiecznie opuścić to miejsce?
— Tak. Ale ty nie zwyciężysz! Żaden z was nie zwycięży.
— Rozumiem! Zrobicie między waszymi wojownikami taki wybór i oznaczycie taki rodzaj walki, że będziemy musieli ulec? — Mylisz się! Łatwo może się stać inaczej, niż przypuszczasz. Żądam waszego słowa, że tego z nas, który wyjdzie z walki zwycięzcą, będziecie uważać za przyjaciela.
— Przyrzekam ci!
— Dobrze! Zapytaj swoich wojowników, który się zgłosi!
Wśród Indjan zapanowało niezwykłe ożywienie; snuli się, krzątali, pytając i krzycząc jedni przez drugich. Old Shatterhand odezwał się do towarzyszy:
— Niestety, nie mogłem struny zbytnio naciągać, aby nie pękła. Z danych nam warunków wcale nie jestem zadowolony.
— Musimy być z nich zadowoleni, bo lepszych nie dostaniemy, — rzekł długi Davy.
— Obawiam się o was. Co do mnie, to ciekaw jestem, czy wogóle znajdzie się jaki przeciwnik.
— Z całą pewnością! Sam Wielki Wilk! Ponieważ nikt inny się nie zgłosi, on musi ratować cześć swego szczepu. To olbrzymi drab, prawdziwy słoń!
— Ba! Nie boję go się. Ale wy? Wybiorą wam najniebezpieczniejszych przeciwników i dla każdego wyznaczą taki rodzaj walki, w jakim, ich zdaniem, nie posiadamy doświadczenia. Naprzykład ze mną mój przeciwnik nie wda się w walkę na pięści. Ale wszelkie troski i obawy naprzód są bezowocne. Zbierzmy siły i miejmy oczy otwarte!
— A rozum jasny, — dodał Hobble-Frank. — Co do mnie, to jestem tak spokojny, jak drogowskaz nad rowem przy drodze. Ci Utahowie poznają dziś Saksończyka z Moritzburgu. Będę walczył, że iskry pójdą aż do Grenlandji! —
Wśród Indjan nastał tymczasem znowu porządek; utworzyli powtórnie koło, a Wielki Wilk wyprowadził trzech czerwonych, których przedstawił jako zapaśników.
— To wyznacz teraz pary, — wezwał go Old Shatterhand.
Wódz popchnął pierwszego z wojowników ku długiemu Davy’emu i rzekł:
— To jest Pagu-angare[1], który będzie z tą bladą twarzą pływał o życie.
Wybór dla czerwonego wypadł dobrze; po długim i chudym jak szczapa Davym widać było, że nie łatwo utrzymuje się na powierzchni wody. Natomiast czerwony drab miał okrągłe biodra, szerokie i mięsiste piersi, muskularne ramiona i silne nogi. Oczywiście był najlepszym pływakiem swego szczepu; na to wskazywało zarówno jego imię, jak pogardliwe spojrzenie, którem obrzucił Davy’ego.
Naprzeciw małego, grubego Jemmy’ego wódz postawił olbrzyma o rozgarniętych barach, na których muskuły występowały jak nabrzmiałe:
— Tu jest Namboh-avaht[2] — odezwał się, — będzie walczył z tą grubą bladą twarzą. Zostaną oni związani plecami do siebie; każdy dostanie do ręki nóż, a który pierwszy przeciwnika rzuci pod siebie, ten może go zakłuć.
„Wielka Noga“ zupełnie słusznie nosił to imię; na ogromnych stopach stał tak pewnie, że Jemmy mógł na sam ich widok stracić otuchę.
Teraz powstał jeszcze trzeci drab, kościsty, wysoki prawie na cztery łokcie, szczupły, ale z piersią wysoko sklepioną, i o niezmiernie długich ramionach i nogach. Wódz przyprowadził go przed Hobble-Franka:
— A tu stoi To-ok-tey[3], który jest gotów biegać o życie z tą bladą twarzą — rzekł.
Biedny Hobble-Franku! Kiedy ten „Skaczący Jeleń“ robił swemi siedmio-milowemi nogami dwa kroki, musiał mały Frank zrobić ich dziesięć! Tak, czerwoni potrzykroć zapewniii sobie zwycięstwo!
— A kto będzie walczył ze mną? — zapytał Old Shatterhand.
— Ja, — odpowiedział Wielki Wilk dumnie, prostując się, jak kogut. — Myślałeś już, że się boimy, ja zaś ci pokażę, żeś się omylił!
— Bardzo mi przyjemnie, — odparł biały uprzejmie. — Dotychczas zawsze szukałem przeciwników między wodzami.
— Ulegniesz! Któż może powiedzieć o sobie, że zwyciężył Owuts-awahta!
— Walczmy nie słowami, lecz karabinem. — Old Shatterhand powiedział to z lekką ironją, wiedząc, że wódz się nie zgodzi na strzelbę. I rzeczywiście Wilk odpowiedział szybko:
— Nie chcę mieć nic do czynienia z twoją strzelbą śmierci. Między nami rozstrzygnie nóż i tomahawk!
— I z tego jestem zadowolony.
— To wkrótce będziesz trupem, a ja posiądę całą twoją własność, przedewszystkiem zaś konia!
— Wiem, że mój koń wzbudza w tobie chciwość, ale czarodziejska strzelba jest jeszcze cenniejsza. Co z nią poczniesz?
— Nie chcę jej i nikt inny również nie pożąda. Kto jej dotknie, ten rani swych najlepszych przyjaciół. Zakopiemy ją głęboko w ziemię; tam niechaj zardzewieje i zgnije.
— Więc ten, kto ją ma zakopywać, niech będzie bardzo ostrożny, inaczej ściągnie wielkie nieszczęście na szczep Utahów-Yamba. A teraz powiedz, kiedy i w jakim porządku odbędą się pojedynki?
— Najpierw będą pływać. Ale! Wiem, iż chrześcijanie przed śmiercią chętnie odprawiają swe tajemnicze obrzędy, dam wam przeto taki czas, jaki wy, blade twarze, nazywacie godziną. —
Czerwoni utworzyli dookoła białych koło zapewne tylko dlatego, aby widzieć dokładnie, jak blade twarze przerażą się z powodu przydzielenia im tak silnych przeciwników; nie ujrzawszy jednak nic takiego, rozeszli się znowu. Zdawało się, że teraz nikt nie dba o myśliwych, ale ci wiedzieli dobrze, że ich bardzo uważnie obserwują. Siedzieli we czwórkę, rozmawiając o możliwości ratunku. Niebezpieczeństwo groziło przedewszystkiem długiemu Davy’emu, który miał pierwszy walczyć; nie rozpaczał wprawdzie, ale miał minę bardzo poważną.
— Czerwona Ryba! — mruczał. — Ten hultaj otrzymał takie imię naturalnie z tego powodu, że jest znakomitym pływakiem.
— A ty? — zapytał Old Shatterhand. — Wprawdzie widziałem, jak pływałeś, ale tylko w kąpieli i przy przejściu przez rzekę. Jak tam z szybkością?
— Nie nazbyt dobrze.
— Oh, biada!
— Tak; oh, biada! Nie jestem winien, że moje ciało składa się tylko z ciężkich kości; a zdaje mi się, że mają one jeszcze znacznie większą wagę, niż jakiegokolwiek innego człowieka.
— A więc nic z szybkiego pływania. A czy jesteś wytrzymały?
— Wytrzymały? Ba! Tak długo, jak tylko chcecie, sir; ale co mi po sile! Będę musiał oddać i tak swój skalp.
— Tego jeszcze stwierdzić nie można. Czy pływałeś już kiedy na grzbiecie?
— Tak, zdaje się, że to idzie lżej.
— Naturalnie; przekonano się, że ludzie chudzi i niewyćwiczeni lepiej pływają nawznak. Połóż się więc na grzbiecie, trzymaj głowę na prawo wdół, a nogi wysoko; uderzaj regularnie i wydatnie nogami, a oddech wciągaj tylko wtedy, gdy będziesz miał ręce pod grzbietem.
— Well! Ale to nic nie pomoże, bo Czerwona Ryba weźmie mię z pewnością.
— Może jednak nie, jeśli mi się podstęp uda.
— Jaki?
— Ty musisz płynąć z prądem, a on przeciw niemu.
— Ach, czyby to można zrobić? Czy istnieje prąd?
— Tak przypuszczam. Jeśli go niema, to jesteś zgubiony.
— Nie wiemy jednak jeszcze, gdzie będziemy pływać?
— Naturalnie tam na jeziorze, które właściwie jest tylko stawem. Ma mniej więcej pięćset kroków długości, a trzysta szerokości, o ile stąd można widzieć. Z góry spływa woda wielkim spadkiem i to, jak się zdaje, ku lewemu brzegowi. To wywołuje prąd, który idzie obok tego brzegu przez trzy czwarte długości jeziora aż do jego wypływu. Pozwólcie mi działać! Jeśli tylko będzie w ludzkiej mocy, to doprowadzę do tego, że pobijesz przeciwnika dzięki temu prądowi.
— Tożby było gaudium, sir! A na wypadek, gdyby mi się powiodło, czy tego draba zakłuć?
— Czy masz taką ochotę?
— Onby mię w każdym razie nie oszczędzał, choćby tylko ze względu na moją chudobę.
— To prawda. Ale pomijając już to, że jesteśmy chrześcijanami, w naszym interesie powinniśmy kierować się łagodnością.
— Pięknie! Ale co zrobicie, jeśli on mnie zwycięży i trzaśnie nożem? Nie mogę się przecież bronić!
— W takim razie potrafię wymusić na nich, aby z kłuciem wstrzymali się, aż wszystkie pojedynki się skończą.
— Well! To jest pociechą nawet w najgorszym wypadku; teraz jestem spokojny. Ale, Jemmy, jak z tobą sprawa stoi?
— Nie lepiej, niż z tobą, — odparł grubas. — Mój przeciwnik nazywa się „Wielka Stopa“. Czy wiesz, co to znaczy?
— No?
— Stoi tak mocno na nogach, że nikt go nie przewróci. A ja, mniejszy o dwie głowy od niego, mam tego dokonać? Muskuły ma ten człowiek jak hipopotam. Cóż wobec nich znaczy mój tłuszcz?
— Tylko się nie trwożyć, kochany Jemmy, — pocieszał Old Shatterhand. — Ja jestem zupełnie w takiem samem położeniu. Wódz jest znacznie wyższy i szerszy ode mnie, ale z pewnością brak mu zręczności, więc mogę śmiało twierdzić, że mam przeto więcej siły w mięśniach, niż on.
— Tak, wasza siła jest fenomenalna. Ale ja wobec Wielkiej Stopy! Będę się bronił, dopóki tchu stanie, ale mimo to ulegnę mu wkońcu. Ach, gdyby i tu był taki prąd, gdyby był jaki podstęp!
— Jest i tutaj! — przerwał Hobble-Frank. — Gdybym ja miał do czynienia z tym Florjanem, to wcalebym się nie obawiał.
— Ty? Ty jesteś jeszcze słabszy, niż ja!
— Fizycznie tak, ale nie duchowo. A musi się zwyciężyć duchem. Rozumiesz mnie?
— Cóż mogę poradzić duchem przeciw muskułom tego człowieka?
— Widzisz, jakiś ty? Wszystko i zawsze wiesz lepiej ode mnie, ale jeśli idzie o życie i skalp, to siedzisz jak mucha w mleku. Machasz rękami i nogami i nie możesz się z niego wydostać.
— To wypal wreszcie, jeśli masz jaki dobry koncept!
— Koncept! Co znowu za gadanie! Ja nie potrzebuję konceptu, jestem i bez konceptu zawsze dowcipny. — Wmyśl się tylko dobrze w twoje położenie! Obaj staniecie tyłem do siebie i zwiążą was razem przez brzuch, zupełnie jak konstelację bliźniąt sjamskich na mlecznej drodze. Każdy dostanie do ręki nóż i zacznie się harcowanie. Kto drugiego weźmie pod siebie, ten zostanie zwycięzcą. Ale jak w tem położeniu można przeciwnika wziąć pod siebie, pytasz? Otóż w ten sposób, że się mu podrywa nogi, i ztyłu kopie mocno w łydki, lub też otacza jego nogę swoją i stara ją się poderwać. Mam słuszność, czy nie?
— Tak. Mów dalej!
— Tylko powoli! Wszystko musi się odbyć z namysłem, bo co nagle, to po djable. Jeśli eksperyment się uda, to przeciwnik upadnie na nos, a drugi powali się za nim, ale, niestety, plecami na jego plecy, przez co może sam bardzo łatwo stracić równowagę europejską. Właściwie powinni was tak związać, byście stali do siebie twarzami. Czy czerwoni z tem odwrotnem położeniem państwowem łączą jaki podstęp, tego nie mogę jeszcze teraz przewidzieć; ale to wiem dokładnie, że ich podstęp wyjdzie ci tylko na dobre.
— W jaki sposób? Mówże wreszcie! — napierał Jemmy.
— Dlaboga! Mówię przecież już od kwadransa! Słuchaj tylko! Czerwony kopnie cię ztyłu, aby ci podbić nogę i wytrącić z równowagi. To ci nic nie zaszkodzi, bo przy twych bezwstydnie grubych łydkach poczujesz jego kopnięcie dopiero po czternastu miesiącach. Teraz przeczekasz chwilę, aż zechce cię po raz drugi uderzyć i będziesz stał na jednej nodze. Wtedy całą siłą pochylisz się ku przodowi, podniesiesz go więc na swych plecach, rozetniesz szybko sznur czy rzemień, którym będziecie związani, i machniesz nim szybkim ruchem przez głowę na ziemię. Potem natychmiast na niego, chwycisz draba za gardło i przyłożysz mu nóż do piersi. Zrozumiałeś mię, ty stare rzeszoto?
Old Shatterhand podał małemu rękę i rzekł:
— Franku, jesteś niezłym chłopem. Te wskazówki są wyśmienite i muszą odnieść skutek.
Poczciwa twarz Franka jaśniała z zachwytu, kiedy ściskał podaną mu dłoń:
— Już dobrze, już dobrze, kochany mistrzu! Na coś tak zupełnie samodzielnego nie mógłbym się zdobyć. Ale to właśnie jest jeszcze jednym dowodem więcej, że ludzie niemądrzy uważają diament za cegłę. Dlatego myślę, że...
— Za krzemień, nie za cegłę, — przerwał mu Jemmy. — Nieba, cóżby to był za diament, któryby miał wielkość cegły!
— Milczże już raz, niepoprawny kłótniku! Ja moją przewagą umysłową ratuję ci życie, a ty z wdzięczności za to rzucasz we mnie cegłą. Jeśli wreszcie nie przestaniesz się ze mną wadzić, to może łatwo dojść do tego, że ci wypowiem moją przyjaźń, a wtedy zobaczysz, czy potrafisz beze mnie postąpić krok jeden. Myślę, że byłby teraz wreszcie czas nabrać już trochę rozumu.
— Słusznie, — odezwał się Jemmy pojednawczo. — Ale co ty poczniesz, kochany Franku?
— Kochany Franku! — powtórzył mały. — Jak pięknie i akustycznie to brzmi! Co pocznę? No, będę biegał, cóżby innego?
— O tem wiem dobrze, ale pozostaniesz wtyle. Musisz zrobić trzy kroki na jeden jego.
— Niestety, mój Boże!
— Idzie o to, jaką przestrzeń macie przebiec i czy wytrzymasz? Jak tam z oddechem?
— Wyśmienicie. Płuca mam jak bąk; mogę brzęczeć i mruczeć cały dzień i nie zbraknie mi oddechu. Biegać mogę; tego musiałem się nauczyć jako królewsko-saski pomocnik leśny.
— Ale z takim długonogim Indjaninem nie możesz się mierzyć!
— Hm! To jeszcze pytanie!
— Przecież nazywa się Skaczący Jeleń; a więc stawy w nogach są jego głównym przymiotem.
— Jak się nazywa, to mi obojętne, jeśli tylko dotrę do celu prędzej, niż on.
— Tego właśnie nie dokażesz. Porównaj twoje i jego nogi!
— Ach, tak, nogi! Myślisz więc, że idzie tylko o nogi?
— Naturalnie! A o cóż ma iść przy takim wyścigu, przy którym wchodzi w grę kwestja życia i śmierci?
— O nogi, tak, słusznie, ale po większej części jednak rozstrzyga głowa.
— Ta przecież nie będzie biegać!
— Właśnie, że będzie. A może mam pozwolić biec samym nogom, a z resztą ciała czekać, aż powrócą? Toby był niebezpieczny eksperyment; gdyby mię nie znalazły, to mógłbym tu siedzieć, ażby mi nowe wyrosły, a to ma się przydarzać tylko rakom. Nie, głowę muszę zabrać, bo ona ma spełnić główne zadanie.
— Nie pojmuję cię) — wtrącił Old Shatterhand, wielce zdumiony spokojem małego.
— Ja także nie, przynajmniej teraz jeszcze nie. W tej chwili wiem tylko tyle, że jedna dobra myśl jest lepsza niż sto kroków lub skoków, które mijają się z celem.
— A więc masz jaki plan?
— Jeszcze niezupełnie, ale myślę, że jeśli mogłem Jemmy’emu dać dobrą radę, to sam siebie nie opuszczę w niebezpieczeństwie. Teraz przecież jeszcze nie wiem, gdzie mamy się ścigać. Gdy to rozstrzygną, będę wiedział zapewne, gdzie i jak zarzucę wędkę na mego przeciwnika. Tylko się nie trwóżcie o mnie! Jakiś wewnętrzny tenor mówi mi, że dziś jeszcze nie odwrócę się plecami do tego świata. Stworzony jestem do wielkich czynów, a osobistości historyczne nigdy nie umierają przed spełnieniem swych zadań. —
W tej chwili nadszedł znowu Wielki Wilk z innymi wodzami i wezwał białych, aby się udali za nimi nad jezioro, gdzie roiło się już od ludzi różnego wieku i płci; tam miała nastąpić walka w pływaniu.
Kiedy doszli do brzegu, przekonał się Old Shatterhand, że przypuszczał trafnie, gdyż rzeczywiście był prąd. Jezioro miało kształt prawie elipsy. Wgórze, przy krótszym jego boku, wpadał doń potok górski i prąd parł z początku wzdłuż lewego dłuższego, a potem wzdłuż dolnego węższego brzegu ku wypływowi, który znajdował się na prawym brzegu i to wpobliżu miejsca, gdzie potok wpływał do jeziora. Tak więc prąd ciągnął się prawie przez trzy czwarte obwodu jeziora. Gdyby tylko Davy mógł z niego skorzystać, to byłby może ocalał.
Kobiety, dziewczęta i chłopcy rozsypali się daleko po brzegach, a wojownicy obsiedli dolny brzeg, bo tam miały się zacząć zapasy. Oczy wszystkich zwrócone były na obu współzawodników. Czerwona Ryba dumnym i pewnym spojrzeniem ogarniał jezioro. Davy również nie zdradzał niepokoju, ale często wzdychał, a grdyka jego wciąż to prężyła się, to kurczyła. Był bowiem w głębi duszy wzruszony. —
Wielki Wilk zwrócił się do Old Shatterhanda:
— Czy sądzisz, że powinniśmy rozpocząć?
— Tak, ale nie znamy jeszcze ostatecznych warunków, — odpowiedział zapytany.
— Zaraz je usłyszycie. Tu wprost przede mną wejdą obaj do wody, a gdy dam znak, klasnąwszy w ręce, odpłyną. Mają opłynąć raz dookoła jeziora, trzymając się, dokładnie na długość człowieka od brzegu. Kto odchyli się od tej linji, aby sobie skrócić drogę, ten będzie uznany za zwyciężonego; ten zaś, który pierwszy przyjdzie, przebije drugiego nożem.
— Dobrze! Ale w którą stronę mają płynąć? Na prawo czy na lewo?
— Na lewo, a potem powrócą z prawej strony.
— Czy mają płynąć obok siebie?
— Naturalnie!
— A wiec mój towarzysz po prawej, a Czerwona Ryba po lewej ręce?
— Nie, odwrotnie.
— Dlaczego?
— Bo ten, który będzie płynął po lewej ręce, będzie bliżej brzegu i będzie miał do odbycia dalszą drogę.
— To źle i niesprawiedliwie, aby obaj płynęli w tym samym kierunku. Ty nie lubisz oszustwa i zgodzisz się, że będzie słuszniej, jeśli pójdą w przeciwnych kierunkach. Jeden popłynie stąd wzdłuż prawego, drugi wzdłuż lewego brzegu; wgórze spotkają się, a potem powrócą wzdłuż przeciwnego brzegu.
— Masz słuszność — oświadczył wódz. — Ale który ma płynąć na prawo, a który na lewo?
— Aby i tu postąpić sprawiedliwie, niech rozstrzygnie los. Patrz, tu biorę dwa źdźbła, a obaj pływacy niech wybierają. Kto wyciągnie dłuższe, ten popłynie na lewo, który krótsze — na prawo.
— Dobrze! Niech tak będzie. Howgh!
Ostatnie słowo wypowiedział na szczęście Davy’ego; było to zapewnieniem, że postanowienia tego nie można już ani na jotę zmienić. Old Shatterhand zerwał dwa źdźbła, ale tak, że były zupełnie jednakowej długości, a przystąpiwszy najpierw do Czerwonej Ryby, kazał mu wybierać; potem drugie źdźbło dał Davy’emu, uszczknąwszy z niego jednak przedtem mały kawałeczek. Porównano źdźbła i Davy, który miał krótsze, musiał płynąć na prawo. Przeciwnik jego nie wydawał się bynajmniej tem zrażony; widocznie nie miał pojęcia w jak niewygodnem położeniu się znalazł. Tem weselej zajaśniała twarz Davy’ego, który, spojrzawszy na jezioro, szepnął do Old Shatterhanda:
— Nie wiem, jak doszedłem do tego małego źdźbła; ale ono mię uratuje, bo spodziewam się, że przyjdę pierwszy do celu. Prąd jest silny i przysporzy tamtemu dosyć roboty.
Zrzuciwszy odzież, wszedł do płytkiej w tem miejscu wody; Czerwona ryba uczynił to samo. Wódz klasnął w dłonie — jeden skok i obaj znaleźli się w głębinie; popłynęli w przeciwne strony: czerwony na lewo, a biały na prawo, obaj wzdłuż brzegu.
— Davy, trzymaj się mocno! — krzyknął Hobble-Frank do przyjaciela. —
Z początku nie można było zauważyć wielkiej różnicy między obu współzawodnikami; Indjanin zagarniał rękami wodę powoli, ale szeroko i silnie; czuł się w wodzie jak ryba; patrzył tylko przed siebie i nie oglądał się za białym, aby nie stracić choćby jednej sekundy. Davy płynął mniej spokojnie, mniej regularnie. Nie był bowiem doświadczonym pływakiem i musiał dopiero wpaść w odpowiednie tempo. Kiedy mu się to niezbyt powiodło, położył się na grzbiecie; teraz szło raźniej. Prąd tutaj był nieznaczny, ale mimo to pomagał mu tak wielce, że nie pozostawał wtyle za czerwonym i obaj znajdowali się już przy dłuższych brzegach jeziora.
Teraz jednak Indjanin począł rozumieć, jak ciężkie zadanie mu przypadło; miał przepłynąć wzdłuż całego brzegu jeziora wgórę, aż do ujścia potoku, a z każdym ruchem odczuwał, że prąd jest coraz to mocniejszy. Zrazu jeszcze dawał sobie radę, ale wnet poznać było, że musi wytężać siły; odbijał się zaś tak gwałtownie, że za każdem posunięciem wynurzał piersi z wody.
Po drugiej stronie Davy miał prąd coraz słabszy, który nadto szedł w pożądanym dla niego kierunku, i coraz łacniej zdobywał się na odpowiednie ruchy; pracował już regularniej i przezorniej, bo obserwując skutek każdego uderzenia, niebawem nauczył się unikać fałszywych ruchów. Dlatego też szybkość jego podwoiła się i wkrótce wyprzedził czerwonoskórego; na widok tego Indjanin jeszcze bardziej wytężył siły, zamiast zachować je dla pokonania późniejszych, a wymagających więcej trudu szkopułów. —
Davy zbliżał się do ujścia; prąd teraz coraz silniejszy omal nie pochwycił go i nie porwał z wyznaczonej linji poza jezioro. Davy walczył z wysiłkiem i pozostał znowu poza czerwonym. Była to chwila, od której wszystko zawisło.
Towarzysze stali na brzegu i przyglądali się mu z największem napięciem.
— Czerwonoskóry znowu go wyprzedza, — odezwał się Jemmy z obawą. — Przegra!
— Jeśli jeszcze posunie się tylko ze trzy łokcie dalej, to zmoże prąd i będzie uratowany, — odpowiedział Old Shatterhand.
— Tak, tak, — dodał Frank. — Widać, że to zrozumiał. Ależ pracuje rękami i nogami! Tak, dobrze! Idzie naprzód! Już przepłynął! Alleluja, wiwat, hurra!
Długiemu udało się zmóc opór prądu i wypłynąć na spokojną wodę; wkrótce pozostawił poza sobą prawy brzeg, podczas gdy czerwony jeszcze nie przebył lewego, i skręcił teraz wzdłuż krótszego ku ujściu potoku.
Widział to czerwonoskóry i pracował jak wściekły; ale każdy, nawet najmocniejszy ruch posuwał go naprzód zaledwie o łokieć, gdy tymczasem Davy płynął ze zdwojoną szybkością. Teraz dotarł do miejsca, gdzie wpływał potok, którego woda pochwyciła go i porwała ze sobą. Pozostała mu jeszcze tylko trzecia część drogi do przebycia, podczas gdy Indjanin nawet pierwszej nie ukończył. Obaj przepłynęli obok siebie.
— Hurra! — nie mógł się Davy wstrzymać od okrzyku, na który czerwonoskóry odpowiedział donośnym rykiem wściekłości.
Dla Davy’ego skończył się trud, a zaczęła rozrywka, bo wystarczyło mu tylko lekko poruszać ramionami, aby utrzymać się w przepisanym kierunku. Powoli jednak prąd stawał się słabszy i musiał znowu wziąć się do roboty, ale szło jak z płatka i czuł się, jakby całe swe życie przepływał. — Wreszcie dotarł do oznaczonego miejsca i wyszedł na brzeg, a kiedy się obrócił, ujrzał, że czerwonoskóry dosięgnął właśnie wypływu jeziora i znowu walczył z prądem.
Zabrzmiało krótkie, wstrząsające do szpiku wycie czerwonych, którzy w ten sposób stwierdzili, że Czerwona Ryba przegrał i płaci gardłem. Davy skoczył czem prędzej do swego ubrania, a potem do towarzyszy, aby ich przywitać, jakby się po raz drugi narodził.
— Ktoby to myślał! — odezwał się, potrząsając ręką Old Shatterhanda. — Zwyciężyłem najlepszego pływaka Utahów!
— Dzięki źdźbłu trawy! — odpowiedział z uśmiechem myśliwy.
— Jak dokazaliście tego?
. — O tem potem. Był to maleńki fortel, którego jednak nie można nazwać oszustwem, bo szło o uratowanie tobie życia, a czerwonoskórzy szkody nie ponieśli.
— Tak jest, — przytaknął Frank, niezmiernie uszczęśliwiony zwycięstwem przyjaciela. — Życie twoje wisiało już nie na włosku nawet, ale na trawce. To samo i z wyścigami; nogi same tu jeszcze nie wystarczą. Kto wie jakie źdźbło mnie przyniesie ratunek. Tak, w nogach musi się mieć także trochę siły, ale znacznie więcej w głowie. — Patrzcie! wynurza się nieszczęśliwa rybka!
Indjanin wyszedł na brzeg i usiadł, zwróciwszy twarz ku wodzie. Żaden z czerwonoskórych nie patrzył ku niemu, żaden się nie poruszył; czekali, aż Davy wymierzy zwyciężonemu cios śmiertelny.
Wtem nadeszła skwaw, prowadząc za ręce dwoje dzieci, i przystąpiła do niego; on przyciągnął ku sobie jedno z prawej, drugie z lewej strony, potem odsunął je lekko od siebie, podał kobiecie rękę i skinął na nią, aby się oddaliła. Następnie zwrócił oczy ku Davy’emu i zawołał:
— Nami wicz, ne pokai — twój nóż, zabij mnie!
Dzielnemu długoszowi prawie łzy stanęły w oczach.
Wziąwszy kobietę wraz z dziećmi, popchnął ją znowu ku niemu i odezwał się napół po angielsku, napół w języku Utahów, którym dobrze nie władał:
— No wicz, — not pokai!
Potem odwrócił się i przystąpił do towarzyszy. Widzieli to i słyszeli Utahowie, więc wódz zapytał:
— Czemu go nie zabijasz?
— Bo jestem chrześcijaninem. Daruję mu życie.
— Ale gdyby on zwyciężył, toby cię zakłuł!
— On nie zwyciężył, nie może więc tego uczynić. Niechaj żyje!
— Ale zabierzesz jego własność? Jego broń, konia, kobietę i dzieci?
— Ani mi to w głowie! Nie jestem rabusiem. Niech zatrzyma to, co jest jego.
— Uff, nie rozumiem cię! On postąpiłby mądrzej.
Spojrzenia, jakie na niego skierowali czerwonoskórzy, świadczyły najwymowniej, że uważano go bodaj za pomyleńca. Żaden z nich nie wyrzekłby się swego prawa, a oto Czerwonej Rybie włos z głowy nie spadał; ten ostatni także nie mógł pojąć, dlaczego biały go nie zakłuł i nie oskalpował. Wstyd go palił, iż został pokonany, uznał więc za najlepsze zniknąć z oczu zebranych.
A jednak i tu przemówiła czyjaś wdzięczność. Żona Czerwonej Ryby przystąpiła do długosza i podała mu rękę; podniosła również ku niemu ręce dzieci, mamrocząc półgłosem słów parę, których znaczenia Davy wprawdzie nie zrozumiał, ale mógł się z łatwością domyśleć.
Teraz zbliżył się do wodza Namboh-awaht, Wielka Stopa, i zapytał, czy może rozpocząć walkę z drugą bladą twarzą. Wielki Wilk skinął głową i wydał rozkaz, aby udano się na przeznaczone na ten cel miejsce. Leżało ono wpobliżu obu pali męczeńskich. Tam utworzyło się, jak zwykle, obszerne koło, w środek którego wódz wprowadził Wielką Stopę. Jemmy’emu towarzyszył Old Shatterhand, bacząc, by nie pogrążono grubasa jakim podstępem.
Obaj zapaśnicy obnażyli górną część ciała i stanęli plecami do siebie. Jemmy nie sięgał czerwonoskóremu nawet do ramienia. Wódz trzymał w ręce lasso, którem miał ich związać. Rzemień przechodził czerwonemu ponad biodrami, a białemu przez pierś; na szczęście jednak, końce lassa sięgały przypadkowo tylko tak daleko, że wódz musiał zrobić węzeł na piersiach grubasa.
— Teraz zamiast rozcinać rzemień, wystarczy pociągnąć za węzeł, — uprzedził go Old Shatterhand po niemiecku.
— Stój mocno, Jemmy, i nie daj się nakryć! — zawołał Hobble-Frank. — Wiesz przecie, że gdyby cię zakłuł, to zostałbym na zawsze wdowcem i sierotą, a tej przykrości chyba mi oszczędzisz. Pozwól się tylko kopnąć, a potem machnij nim dobrze ponad sobą!
Czerwonemu rzucano również z różnych stron zachęcające okrzyki, to też zawołał:
— Nie jestem Czerwoną Rybą, który pozwala się zwyciężać. W kilka chwil zduszę i zmiażdżę tę małą, grubą ropuchę, która mi wisi na plecach.
Jemmy nie otwierał ust; patrzył spokojnie i poważnie, ale naprawdę przedstawiał na grzbiecie czerwonoskórego śmieszny widok. Odwrócił przezornie twarz na bok, aby móc obserwować ruchy nóg Indjanina. Czekał. Nie obiecując sobie żadnej korzyści z rozpoczęcia walki, wolał raczej pozostawić to czerwonemu.
Ów przez dłuższy czas stał cicho i bez ruchu, chcąc powalić przeciwnika nagłem natarciem; ale to mu się nie powiodło. Kiedy zupełnie — jak sądził — niespodzianie wysunął nogę wtył, aby ją podstawić Jemmy’emu, ten wymierzył mu w drugą, silnie opartą, takie kopnięcie, że uderzony omal nie upadł. Teraz jednak nastąpił raz za razem. Czerwony był silniejszy, biały natomiast ostrożny i przezorniejszy. Indjanin powoli wpadał w wściekłość z powodu bezskutecznych usiłowań; ale szał jego i uderzenia, zadawane nogami, napotykały jedynie spokój przeciwnika. Walka przewlekała się i nie było widać przewagi po żadnej stronie. Jednak tem szybciej miał nadejść kres, mianowicie dzięki podstępowi czerwonego.
Dotychczasowy jego system walki zmierzał do tego, aby uśpić uwagę przeciwnika. Biały powinien był myśleć, że nie można już użyć innego sposobu ataku i ten ma ostatecznie rozstrzygnąć. Teraz jednak Indjanin chwycił za lasso, naciągnął je mocno tak, że zyskał przed sobą miejsce na wykonanie zwrotu, i obrócił się — chociaż niezupełnie.
Gdyby mu się zamiar udał, byłby się zwrócił przodem do białego i mógłby go poprostu przygnieść do ziemi; ale Jemmy nie wyrzekał się sprytu, ani baczności. Frank zrozumiał również natychmiast zdradziecki zamiar czerwonoskórego i zawołał szybko do grubasa:
— Zrzuć go z siebie! Obrócił się!
— Już wiem! — odpowiedział Jemmy.
W chwili, kiedy wymawiał te słowa, czerwony dopiero w połowie wykonał obrót, a więc nie miał pewnego oparcia; Jemmy pochylił się szybko, podrywając przeciwnika do góry, i pociągnął za pętlicę. Lasso puściło. Czerwony uderzył rękami w powietrze i wykonał ponad głową Jemmy’ego zupełnie prawidłowego koziołka na ziemię, przyczem wypadł mu nóż. Szybko jak piorun grubas uklęknął na nim, chwycił lewą ręką za gardło, a prawą przyłożył mu nóż do piersi.
Wielka Stopa żywił może zamiar, by nie poddawać się za żadną cenę, lecz bronić wszelkiemi środkami, jednak koziołek tak go oszołomił, oczy grubasa błyszczały tak groźnie obok jego twarzy, że pozostał bez ruchu. Wtedy Jemmy zwrócił oczy na wodza i zapytał:
— Czy przyznajesz, że przegrał?
— Nie! — odpowiedział zapytany, zbliżając się.
— Dlaczego nie? — wtrącił się natychmiast Old Shatterhand, przysunąwszy się do nich.
— Bo nie jest zwyciężony.
— Ja twierdzę wręcz przeciwnie: został pokonany.
— To nie prawda; lasso jest rozwiązane.
— Temu winien sam Wielka Stopa, bo obracając się, rozerwał rzemień.
— Tego nikt nie widział. Puść go! Nie został pokonany i walka musi się zacząć na nowo.
— Nie, Jemmy! Nie puszczaj go! — odpowiedział myśliwy. — Skoro ci nakażę, albo skoro on się poważy poruszyć, zakłuj go!
Wówczas wódz wyprostował się dumnie i zapytał:
— Kto tu ma rozkazywać, ty czy ja?
— Ty i ja, my obaj.
— Kto to mówi?
— Ja. Ty jesteś wodzem twoich, a ja jestem dowódcą moich ludzi. Ty i ja, my obaj, zawarliśmy umowę co do warunków walki. Kto nie trzyma się tych warunków, ten łamie umowę, jest kłamcą i oszustem.
— Ty...! ty ośmielasz się tak przemawiać do mnie wobec tylu czerwonych wojowników?!
— Mówię prawdę, a żądam wierności i uczciwości. Jeśli nie mam dalej mówić, dobrze, to niechaj przemówi moja strzelba śmierci!
Podniósł groźnie wgórę sztuciec, który dotąd trzymał wsparty kolbą o ziemię.
— Więc powiedz, czego żądasz? — zapytał wódz pokorniej.
— Czy przyznajesz, że ci dwaj mieli walczyć zwróceni do siebie plecami?
— Tak.
— Wielka Stopa jednak rozluźnił lasso i obrócił się. Czy to prawda? Musiałeś to widzieć!
— Tak, — przyznał wódz, ociągając się.
— Następnie miał umrzeć ten, którego przeciwnik przewróci pod siebie. Czy przypominasz sobie ten warunek?
— Znam go,
— Dobrze. Kto leży pod spodem?
— Wielka Stopa.
— A więc kto jest pokonany?
— On... — odpowiedzią wódz pod przymusem, gdyż Old Shatterhand trzymał sztuciec w ten sposób, że otwór lufy dotykał prawie jego piersi.
— Czy masz co do powiedzenia przeciw temu?
Przy tych słowach z oczu słynnego myśliwego padło na wodza tak potężne i zniewalające spojrzenie, że ten, zbity z tropu, dał oczekiwaną odpowiedź:
— Nie. Pokonany należy do zwycięzcy. Powiedz temu człowiekowi, że może go przebić.
— Tego nie mam potrzeby dopiero mu mówić, bo wie już o tem, lecz tego nie uczyni.
— Czy i on także chce darować mu życie?
— To rozstrzygniemy później; aż do tej chwili Wielka Stopa pozostanie związany tem samem lassem, od którego chciał się uwolnić.
— Na co go wiązać? On wam nie ucieknie.
— Czy ręczysz za to?
— Tak!
— To wystarczy. Niechaj idzie, dokąd chce, ale po ukończeniu dwu pozostałych jeszcze pojedynków ma powrócić do swego zwycięzcy. —
Teraz Jemmy powstał i wdział zpowrotem odzież. Wielka Stopa zerwał się i przedarł przez koło czerwonoskórych, którzy nie byli pewni, czy mają mu okazać pogardę, czy też nie.
Wódz naturalnie pienił się z gniewu, że już dwaj jego najlepsi wojownicy zostali pokonani i to przez przeciwników, których, jak się zdawało, znacznie przewyższali. Teraz wzrok jego padł na Hobble-Franka i usposobienie natychmiast mu się poprawiło. Czyż można było pomyśleć, aby ten mały człowieczek prześcignął Skaczącego Jelenia? Tym razem przynajmniej zwycięstwo czerwonych było pewne. Przywoławszy więc Jelenia, przedstawił go Old Shatterhandowi i rzekł:
— Ten wojownik posiada szybkość wiatru; jeszcze żaden biegacz nie prześcignął go; czy nie poradzisz twemu towarzyszowi, aby się raczej bez walki poddał?
— Nie!
— Umarłby prędzej, bez ściągnięcia na siebie hańby.
— A czyż to nie największa hańba poddawać się bez walki? Czyż nie uważałeś także Czerwonej Ryby za niezwyciężonego i czy Wielka Stopa nie mówił, że swego przeciwnika, tę ropuchę, zdusi i zmiażdży w kilku minutach? Czy jesteś pewny, że Skaczący Jeleń będzie szczęśliwszy niż ci, którzy tak dumnie sobie poczynali, a tak cicho i skromnie skończyli i umknęli stąd?
— Uff! — zawołał Skaczący Jeleń. — Ja biegam z jeleniem w zawody!
Old Shatterhand przypatrzył mu się teraz dokładniej; tak, miał budowę dobrego biegacza i nogi jego z pewnością mogły bez zmęczenia nakrywać wielkie połacie prerji. Widać jednak było, że objętość jego mózgu nie harmonizuje z długością nóg. Twarz miał prawdziwie małpią, lecz napróżno byłoby szukać na niej oznak przebiegłości, która cechuje ten ród zwierząt.
Hobble-Frank zbliżył się również, aby przyjrzeć się Jeleniowi.
— Co myślisz o nim? — zapytał Old Shatterhand.
— To istny „głupi Maciek“, który widząc tłuszcz, pływający na talerzu, nie może znaleźć rosołu. Co do nóg, to przewyższa mnie co najmniej trzykrotnie; ale co się tyczy głowy, to spodziewam się, że chyba mu nie ustępuję. Dowiedzmy się najpierw, na jakiej przestrzeni będziemy biegali, a może ja głową będę biegał lepiej i prędzej, niż on nogami.
Myśliwy zwrócił się więc znowu do wodza:
— Czy już jest postanowione, gdzie odbędzie się bieg?
— Tak. Chodź, to ci pokażę!
Old Shatterhand i Frank wyszli za Wielkim Wilkiem poza koło, utworzone przez Indjan; Skaczący Jeleń pozostał na miejscu. — Wódz wskazał ku południowi i rzekł:
— Czy widzisz to drzewo, które stoi w połowie drogi stąd do lasu?
— Tak.
— Do niego mają biec. Kto obejdzie je trzy razy i powróci pierwszy, ten będzie zwycięzcą.
Hobble-Frank zmierzył oczyma odległość, a także całą okolicę leżącą dalej na południe i odezwał się potem w języku angielskim, którym władał znacznie lepiej niż niemieckim:
— Ale spodziewam się, że obie strony zachowają się uczciwie!
— Czy chcesz przez to powiedzieć, że posądzasz nas o nieuczciwość?
— Tak.
— Czy mam cię zabić?
— Spróbuj! Kula mojego rewolweru jest szybsza, niż twoja ręka. Czy poprzednio Wielka Stopa nie obrócił się, chociaż było to zabronione? Czy na tem polega uczciwość?
— To nie było nieuczciwe, tylko chytre.
— Ach! A taka chytrość ma być dozwolona?
Wódz zamyślił się; gdyby powiedział: „tak“, byłoby to obroną zachowania się Wielkiej Stopy, a może dałoby w dodatku Skaczącemu Jeleniowi sposobność użycia również podstępu; biali dokazali znacznie więcej, niż się po nich spodziewano, a ten mały człowieczek mógł być także dobrym biegaczem; dlatego wydało się Wilkowi pożądanem pozostawić dla czerwonego furtkę ratunku.
— Chytrość nie jest oszustwem. Dlaczego miałbym jej wzbronić? — odpowiedział.
— Oświadczam, że się zgadzam na to i gotów jestem rozpocząć bieg. Z jakiego miejsca zaczynamy?
— Wbiję dzidę w ziemię w tem miejscu, skąd się bieg rozpocznie i gdzie się ma skończyć.
Oddalił się na krótko; biali pozostali sami.
— Czy przyszła ci jaka myśl do głowy? — zapytał Old Shatterhand.
— Tak. Czy widać to po mnie?
— Naturalnie; uśmiechasz się zadowolony.
— Bo też jest się z czego śmiać. Ten wódz chciał mi swoją chytrością zaszkodzić, a tymczasem wyświadczył nieocenioną przysługę, za którą gotów jestem go uściskać.
— Jakto?
— Zaraz się dowiecie. Jakie to jest drzewo, dokoła którego mamy trzy razy zatańczyć?
— Buk, jak się zdaje.
— Popatrzcie teraz dalej na lewo. Tam stoi również drzewo, ale prawie dwa razy tak daleko. Jak się ono nazywa?
— Świerk.
— Pięknie! Dokąd więc mamy biec?
— Do buku.
— A ja właśnie pobiegnę wprost do świerka.
— Czyś oszalał?
— Nie. Do buku pobiegnę głową, a nogami do świerka.
— Ależ w jakim celu?
— Przekonacie się potem i to ku niemałej radości. Jestem pewny, że się na sobie nie zawiodę. Kiedy patrzę na frontowy garnitur tego Skaczącego Jelenia, to wydaje mi się, że pomyłka jest niemożliwa.
— Bądź ostrożny, Franku! Tu idzie o życie!
— No, jeśli idzie tylko o życie, to nie potrzebuję się wcale natężać. Nawet gdybym został pokonany, to i tak pozostałbym przy życiu. Wielka Stopa ma umrzeć, a wodza rozciągniecie na ziemi; a za tych dwu możecie mnie wykupić. A więc o życie zupełnie się nie trwożę; idzie jednak o cześć. Czy potem w historji czwartej ćwierci dziewiętnastego stulecia ma się czytać, że ja, Hobble-Frank z Moritzburga, zostałem zwyciężony przez taki indjański pysk merynosa? Na to nie pozwolę.
— Ale objaśnij mi przynajmniej swój zamiar. Może będę mógł udzielić ci dobrej rady!
— Dziękuję uniżenie! Rady udzieliłem sobie już sam i chcę teraz również sam wykorzystać swój wynalazek. Powiedzcie mi tylko jedno: jak się nazywa świerk w języku Utahów?
— Ovomb.
— Ovomb? Szczególna nazwa! A jakby brzmiało zdanie: „do owego świerka?“
— Incz ovomb.
— To bardzo krótko; tylko dwa słowa. Nie zapomnę ich.
— A cóż to „incz ovomb“ ma do roboty z twoim planem?
— Będzie gwiazdą przewodnią dla mnie w czasie tego biegu. A teraz cicho: wódz nadchodzi!
Wielki Wilk powrócił; wetknął dzidę w miękką murawę i oświadczył, że bieg śmiertelny może się zacząć. Frank zrzucił odzież z wyjątkiem spodni. Skaczący Jeleń miał na sobie tylko fartuszek skórzany. Patrzył na przeciwnika wzrokiem, który miał oznaczać pogardę, był zaś jedynie wyrazem bezdennej głupoty.
— Franku, natęż się! — upominał Jemmy. — Pomyśl o tem, że Davy i ja zwyciężyliśmy!
— Nie szlochaj! — pocieszał mały. — Jeśli nie wiesz dotąd, czy mam nogi czy nie, to niebawem przekonasz się, jak będą latały. —
Wódz klasnął w dłonie. Wydawszy przeraźliwy okrzyk, zerwał się Skaczący Jeleń, a za nim mały Frank. Wszyscy mieszkańcy obozu zgromadzili się znowu, aby sekundować wyścigom. Już po kilku chwilach Jeleń wyprzedził znacznie przeciwnika, a z każdym krokiem zyskiwał na dystansie. Czerwoni radowali się. Jedynie szaleniec twierdziłby, że biały może jeszcze czerwonoskórego przynajmniej doścignąć.
Cudaczny był to widok, jak kusy człowieczek wywijał nóżkami. Prawie ich widać nie było, tak szybko się poruszały, a mimo to wydawało się, przynajmniej temu, kto śledził bacznie, że nie okazał całej swej hyżości i mógłby biec jeszcze szybciej, gdyby tylko zechciał.
Wtem wśród Indjan nastąpiło poruszenie; poczęli śmiać się i wydawać okrzyki szyderstwa lub radości. Powód był następujący:
Buk stał w kierunku prostym w pośrodku prerji, może o trzy tysiące stóp od obozu; na lewo od niego, ale przynajmniej o dwa tysiące stóp dalej, stał świerk. Teraz, kiedy obaj biegacze znaleźli się w odpowiedniej odległości, widać było dokładnie, że mały obrał za cel nie buk, ale świerk i biegł ku niemu, co tylko miał siły w nóżkach. Dlatego to Indjanie nie mogli powściągnąć wesołości.
— Twój towarzysz fałszywie mię zrozumiał, — zawołał wódz do Old Shatterhanda.
— Nie.
— Ale biegnie przecież do świerka!
— Oczywiście.
— To Skaczący Jeleń zwycięży go dwa razy prędzej!
— Nie.
— Nie? — zapytał Wielki Wilk zdumiony.
— To podstęp, a ty sam pozwoliłeś na to.
— Uff, uff, uff! tak jest! — wołali także i inni czerwonoskórzy, kiedy wódz objaśnił im słowa Old Shatterhanda. Śmiech zamilkł, a naprężenie wzrosło dziesięciokrotnie.
W krótkim czasie Jeleń dobiegł do buku, który musiał trzy razy okrążyć. Już przy pierwszem kółku obejrzawszy się, ujrzał swego współzawodnika biegnącego w zupełnie innym kierunku, chociaż zaledwie w odległości trzystu kroków. Stanął więc zupełnie oszołomiony i spoglądał na Moritzburczyka.
Nagle zobaczono w obozie, że mały wyciągnął rękę w stronę dalekiego jeszcze świerka, ale nie można było rozeznać jego słów, gdy wołał do czerwonego:
— Incz ovomb, incz ovomb — do owego świerka, do owego świerka!
Indjanin namyślał się, czy dobrze słyszał, ale sprawność jego mózgu nie sięgała dalej poza myśl, że źle zrozumiał wodza i nie buk, ale świerk jest celem wyścigów. Mały odbiegł już dalej, znacznie dalej; nie czas więc było na namysły i ociąganie się; szło przecież o życie! Czerwony porzucił buk i popędził szybko w stronę świerka. W kilka chwil potem przemknął obok przeciwnika i nie oglądając się, pognał do wrzekomego celu.
To wywołało wśród czerwonych ogromne poruszenie; wyli i wrzeszczeli, jakby na szali zwycięstwa leżało życie ich wszystkich. Tem większa radość wstąpiła w blade twarze; zwłaszcza gruby Jemmy gotów był wyskoczyć ze skóry, olśniony fortelem towarzysza.
Frank tymczasem, kiedy Skaczący Jeleń przebiegł koło niego, zawrócił ku bukowi; przybywszy do celu, obiegł pień trzy, cztery, pięć razy dookoła i, co tchu w piersiach, ruszył zpowrotem. Cztery piąte drogi powrotnej przemierzył ostrym kłusem, potem zatrzymał się, aby spojrzeć w stronę świerka. Tam stał Skaczący Jeleń, jakby do ziemi przyrósł. Nie rozumiał, co zaszło, nadmierna zaś tępota nie pozwalała mu się domyśleć, jak chwalebnie wywiedziono go w pole.
Hobble-Frank czuł się wysoce kontent i resztę drogi odbył kroczkiem nad podziw spokojnym. Indjanie przyjęli go posępnym wzrokiem, ale on, nic sobie z tego nie robiąc, przystąpił do wodza, klepnął go po ramieniu i zapytał:
— No, stare pudło, kto zwyciężył?
— Ten, który wypełnił warunki, — odpowiedział gniewnie czerwony.
— Tym jestem ja!
— Ty?
— Tak; czy nie byłem przy buku?
— Widziałem.
— A czy nie jestem pierwszy zpowrotem tutaj?
— Tak.
— Czy nie obszedłem drzewa pięć razy zamiast trzech?
— A dlaczego dwa razy więcej?
— Z czystej miłości do Skaczącego Jelenia. Obiegłszy raz dokoła, ruszył dalej, a ja odrobiłem za niego to, czego brakło, aby buk nie musiał się na niego uskarżać.
— Dlaczego porzucił go, aby się udać do świerka?
— Chciałem go o to zapytać, ale przebiegł tak szybko obok mnie, że nie miałem na to czasu; jak przyjdzie, to pewnie ci powie.
— Dlaczego i ty również biegłeś najpierw ku świerkowi?
— Bo byłem przekonany, że to jodła. Old Shatterhand nazwał to drzewo świerkiem, chciałem więc dowiedzieć się, kto miał słuszność.
— A dlaczego zawróciłeś, nie dobiegłszy do niego?
— Bo Skaczący Jeleń tam poszedł. Od niego mogę się również dobrze dowiedzieć, kto się pomylił, ja czy Old Shatterhand.
Odpowiadał zupełnie swobodnie i niefrasobliwie. W wodzu natomiast kipiało; słowa wyrywały mu się z sykiem, kiedy zapytał:
— Czy może oszukałeś Skaczącego Jelenia?
— Oszukałem? Czy mam cię grzmotnąć? — krzyknął mały.
— A może posłużyłeś się podstępem?
— Podstępem? Do czego miał on służyć?
— Aby Jelenia wysłać pod świerk.
— To byłby kiepski koncept i musiałbym się go wstydzić. Człowiek, który walczy o życie, nie da się tak daleko odwieść od celu. W przeciwnym razie dałby dowód ułomnego rozumu, a towarzysze jego upiekliby się ze wstydu, iż go tak nieszczególnie wypiastowali. Tylko półgłówek mógłby kazać takiemu człowiekowi walczyć z białym o życie. Nie mogę pojąć ciebie i twoich przypuszczeń, bo w ten sposób obrażasz własną cześć.
Wódz sięgnął do pasa i ścisnął kurczowo rękojeść noża. Najchętniej zmiażdżyłby za tę zuchwałość i chytrość małego, ale musiał stłumić gniew. —
Hobble-Frank przystąpił do swych towarzyszy, którzy winszowali mu cicho, ale tem serdeczniej i radośniej.
— Czy jesteś ze mnie zadowolony? — zapytał Jemmyego.
— Naturalnie! Postąpiłeś rzeczywiście chytrze. To wprost genjalny pomysł.
— Naprawdę? To zachowaj go wiernie w pamięci, pagina pięćdziesiąt siedem, część trzecia, i otwieraj tę stronę, ilekroć uroi ci się wątpić w mą wyższość. — Oto zbliża się Skaczący Jeleń, ale nie skacząc, tylko przemykając chyłkiem. Zdaje się, że ma nieczyste sumienie i szuka samotności, jakby czekała go chłosta. Popatrzcie tylko na jego twarz! I z tym Konfucjuszem ja musiałem się mierzyć! Tak, tak, nogi nic nie znaczą, nawet przy wyścigach, lecz przeważnie głowa!
Widać było, że Jeleń chce zniknąć, ale wódz zawołał go do siebie i huknął nań:
— Kto zwyciężył?
— Blada twarz, — brzmiała wylękniona odpowiedź.
— Dlaczego pobiegłeś do świerka?
— Biada twarz mię okłamała; powiedział, że celem jest świerk.
— I uwierzyłeś w to? Przecież sam wskazałem ci cel.
Old Shatterhand przetłumaczył Hobble-Frankowi, że został nazwany kłamcą. Na to kpiarz nie omieszkał zwrócić się do wodza:
— Ja miałem skłamać?! Ja powiedziałem Jeleniowi, że celem jest świerk?! To kłamstwo wierutne. Widziałem, jak stał przy buku i patrzył na mnie zdumiony; zdawało się, że zginie z trwogi i zaniepokojenia, co ja zamierzam. Poczułem więc litość dla tego nieszczęśliwego i zawołałem do niego: „Incz ovomb“! Powiedziałem mu więc, że chcę się dostać do świerka. Dlaczego on potem pobiegł w moje ślady, tego nie mogę odgadnąć; on sam nawet może tego nie wie. Powiedziałem. Howgh!
Indjański styl w ustach tego sowizdrzała wprawił wodza w nieopisany gniew.
— Tak, ty powiedziałeś i skończyłeś, — zawołał — ale ja jeszcze nie skończyłem i pomówię z tobą, kiedy przyjdzie na to czas. Słowa jednak muszę dotrzymać; życie, skalp i własność Skaczącego Jelenia należą do ciebie.
— Nie, nie! — bronił się Frank. — Ja nie chcę niczego. Zachowajcie go dla siebie; możecie go odpowiednio użyć, zwłaszcza przy wyścigach o życie.
Wśród czerwonych rozległ się cichy, gniewny pomruk, a wódz zgrzytnął zębami:
— Teraz możesz jeszcze pluć na nas zjadliwemi słowami; później jednak będziesz skowyczał o łaskę, że aż pod niebo będzie się rozlegać. Każdy członek twojego ciała musi umrzeć osobno, a dusza twoja będzie wychodzić z ciebie kawałkami tak, że konanie twoje trwać będzie przez wiele księżyców.
— Cóż możecie mi uczynić? Zwyciężyłem i jestem wolny.
— Jest tu jeden, który jeszcze nie zwyciężył, Old Shatterhand. Zaczekaj trochę, a będzie leżał przede mną w prochu, błagając o życie. Daruję mu wzamian za twoje, a wtedy będziesz moją własnością. — Chodźcie wszyscy za mną! Zbliża się walka ostatnia, największa i rozstrzygająca!
Czerwoni ruszyli za wodzem bezładną kupą, biali powoli za nimi.
— Czy może za wiele powiedziałem? — zapytał Hobble-Frank strapiony.
— Nie, — odpowiedział Old Shatterhand. — To bardzo dobrze, że ci dumni wojownicy musieli się raz ugiąć. Ale widać, iż Utahom nie można ufać. Jestem przekonany, że w żadnym wypadku nie pozwolą nam spokojnie odejść. Zdecydowali się na pojedynek, bo byli mocno przeświadczeni, że wszyscy padniemy, a ponieważ się zawiedli, wymyślą więc coś innego. Mam wrażenie, że chcą nas zatrzymać tutaj jako zakładników; ten plan musimy im pokrzyżować, gdyż ani przez chwilę nie bylibyśmy pewni życia. —
Tymczasem doszli do utworzonego przez namioty i chaty koła, w pośrodku którego poczyniono przygotowania do nadchodzącego, nadzwyczaj ciekawego pojedynku. Na kupie zgromadzonych tam kamieni, z których każdy ważył co najmniej centnar, wznosił się silny pal, do którego przymocowane były dwa lassa. Dookoła placu stali wszyscy mieszkańcy obozu, tak mężczyźni, jak i kobiety. Old Shatterhand wszedł w środek koła, gdzie czekał już wódz; ten zdawał się nie wątpić w zwycięstwo; wskazując na lassa rzekł:
— Czy widzisz te rzemienie? Jeden koniec lassa przymocowany jest do pala, a drugim obwiążą nas wpół ciała.
— Dlaczego?
— Byśmy się mogli poruszać tylko w tem ciasnem kole i żeby jeden przed drugim nie uciekł.
— Zgaduję właściwy powód. Przypisujesz mi więcej szybkości i zręczności, niż siły i chcesz temi więzami przeszkodzić w wykorzystaniu mej przewagi. Niech będzie! Mnie to obojętne! Jaką bronią będziemy walczyć?
— Każdy dostanie do lewej ręki nóż, a do prawej tomahawk. Będziemy walczyć, dopóki jeden z nas nie padnie trupem.
— Zgadzam się.
— Popatrz najpierw, jak jestem silny:
Podszedłszy kilka kroków, podniósł ciężki kamień i puścił go na ziemię. Posiadał ogromną siłę fizyczną i spodziewał się na pewno, że biały nie potrafi tego zrobić.
— Jesteś silnym człowiekiem, — rzekł Old Shatterhand, — i spodziewam się, że w tej walce będziesz polegał na sobie samym.
— Tak będzie. Ktoby mi miał pomagać?
— Twoi wojownicy. Jak się zdaje, uważają oni jednak za możliwe, że zostaniesz przeze mnie zwyciężony. Dlaczego uzbroili się, jakby mieli ruszyć do walki?
— Czy twoi towarzysze są bez broni?
— Nie. Ale oni odniosą wszystką naszą broń do namiotu. Czy mam wierzyć, że i ty jesteś odważny?
— Uff! — zawołał czerwonoskóry. — Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Moi wojownicy również odniosą wszystką broń do namiotów!
— Dobrze! Uczynimy tak. Ja zatrzymam tylko mój nóż.
Po tych słowach oddał swe strzelby Hobble-Frankowi, a Jemmy i Davy uczynili to, samo; przytem westman odezwał się do małego po niemiecku:
— Zaniesiesz to wszystko pozornie do namiotu, ale gdy cię nikt nie będzie obserwował, wysuniesz nazewnątrz pod tylną ścianę. Nie będziesz powracał; uwaga wszystkich jest zwrócona na walkę i na ciebie nikt nie będzie zważał. Wymkniesz się za namiot i przygotujesz do drogi nasze konie, które stoją.
Frank oddalił się. Na rozkaz wodza wszyscy Indjanie odłożyli również broń i oddali kobietom, aby zaniosły ją do namiotów. Wódz zrzucił wierzchnie odzienie, Old Shatterhand jednak nie poszedł za jego przykładem, gdyż ubieranie się spowodowałoby stratę czasu, która łatwo mogła się stać niebezpieczną. Kobiety powróciły bardzo szybko, aby nie stracić nic z widowiska. Oczy wszystkich zwrócone były do środka koła i nikt nie myślał o małym Saksończyku.
— Stało się według twej woli, — rzekł Wielki Wilk. — Czy zaczniemy?
— Zaraz. Jeszcze jedno pytanie. Co się stanie z moimi towarzyszami, gdybyś mię zabił?
— Będą naszymi jeńcami.
— Ale przecież wywalczyli sobie wolność i mogą pójść, dokąd zechcą.
— Tak; przedtem jednak muszą pozostać u nas jako zakładnicy.
— To się sprzeciwia umowie; jednak jestem zdania, że szkoda tracić słów na to. A co się stanie w tym wypadku, gdy ja ciebie zabiję?
— Wypadek taki nie nastąpi! — zawołał dumnie czerwonoskóry.
— Musimy jednak go rozpatrzyć.
— No, dobrze! Jeśli mię zwyciężysz, będziecie wolni.
— I nikt nas nie zatrzyma?
— Nikt!
— Więc możemy zacząć.
— Howgh! Dajmy się związać. Tu masz tomahawk.
Dwa topory wojenne zatrzymano i wódz, również uzbrojony w nóż, wręczył jeden z nieb Old Shatterhandowi. Obejrzawszy, myśliwy odrzucił go tak, że wielkim łukiem przeleciał wysoko poza koło.
— Co robisz? — zapytał wódz zdumiony.
— Odrzuciłem topór, ponieważ był do niczego. Twój, jak widzę, znakomitej jest roboty, tamten zaś przy pierwszem uderzeniu, rozleciałby się w ręce.
Mimo grubej warstwy farby, która zakrywała twarz wodza, widać było, jak pokryły ją szyderskie zmarszczki, kiedy odezwał się:
— Wolno ci tomahawk odrzucić, ale innego nie dostaniesz!
— To niepotrzebne. Będę walczył tylko moim nożem, na którym, jak wiem, mogę polegać.
— Uff! Jesteś szalony! Pierwsze uderzenie mojego tomahawka zabije cię. Ja mam topór i nóż, a ty nadto ustępujesz mi w sile!
Na to Old Shatterhand schylił się, chwycił kamień, który poprzednio podniósł Wielki Wilk, podciągnął go najpierw do wysokości pasa, a potem podźwignął ponad głowę, potrzymał przez chwilę, a wreszcie odrzucił tak, że padł w odległości dziewięciu, czy dziesięciu kroków.
— Zrób to samo! — zawołał do czerwonego.
— Uff, uff. uff! — zabrzmiało dokoła. Wódz zrazu nic nie odpowiedział; patrzył zdumiony, to na myśliwego, to znowu na kamień. Dopiero po chwili odezwał się:
— Czy myślisz, że mię przerazisz? Nie spodziewaj się tego! Zabiję cię i zabiorę skalp, choćby walka miała trwać do wieczora. — Przywiążcie nas!
Rozkaz był skierowany do dwu stojących wpogotowiu czerwonych; zawiązawszy wodzowi i Old Shatterhandowi lassa dookoła bioder, cofnęli się natychmiast. Tak przywiązani do pala, mogli się przeciwnicy poruszać tylko wewnątrz koła, którego promień miał długość pozostałej części lassa. Walczący stali tak, że oba lassa tworzyły linję prostą, a więc średnicę koła, a twarzami byli zwróceni każdy do pleców przeciwnika. Czerwony trzymał w prawej ręce tomahawk, a w lewej nóż, gdy tymczasem Old Shatterhand miał w dłoni tylko nóż.
Wielki Wilk wyobrażał sobie walkę zapewne w ten sposób, że jeden drugiego będzie pędził w koło i próbował zbliżyć do przeciwnika tak blisko, by zyskać możność zadania pewnego ciosu lub pchnięcia. Musiał sobie wprawdzie powiedzieć, że co do siły nie przewyższał swego przeciwnika, ale broń była nierówna i żywił niezłomne przekonanie, że zwycięży, zwłaszcza, że jego zdaniem biały trzymał nóż zupełnie fałszywie. Mianowicie Old Shatterhand trzymał nóż w ręce tak, że ostrze skierowane było nie wdół, ale wgórę, nie mógł więc wykonać ciosu z góry nadół. Czerwony śmiał się z tego w duchu i skierował bystro wzrok na swego przeciwnika, aby nie uszedł mu żaden ruch jego.
Biały również zwrócił bacznie oczy na niego, nie chcąc pierwszy atakować, lecz czekając napadu, bo pierwsze starcie powinno było rozstrzygnąć. Szło tylko o to, w jaki sposób Wielki Wilk użyje tomahawka; gdyby używał go, trzymając stale w ręce, to nie było się czego obawiać; gdyby jednak nim miotał, a więc w rzucie, to należało wytężyć całą baczność, na jaką tylko stać człowieka. —
Stali tak pięć, dziesięć minut i żaden nie poruszył się naprzód. Czerwoni poczęli już wydawać okrzyki zachęty, lub nawet przygany. Wielki Wilk wzywał swego przeciwnika wśród szyderstw, aby zaczynał, i obsypywał go obelgami. Old Shatterhand nie mówił nic; zamiast odpowiedzi usiadł, przybierając postawę tak spokojną i swobodną, jakby znajdował się w zupełnie bezpiecznem otoczeniu, ale muskuły i ścięgna trzymał wpogotowiu do podjęcia natychmiast szybkich i mocnych ruchów.
Wódz przyjął to za oznakę lekceważenia, gdy naprawdę Old Shatterhand jedynie tym podstępem wojennym, pragnął uśpić jego ostrożność; cel został w zupełności osiągnięty. Wódz osądził, że siedzącego wroga łacniej pokona i postanowił szybko wykorzystać tę sposobność. Wydawszy więc głośny okrzyk wojenny, skoczył ku Old Shatterhandowi, podnosząc tomahawk do ciosu śmiertelnego. Czerwonym wydawało się, że widzą cios i już otwarli usta, by wydać okrzyk radości, gdy nagle biały uskoczył wbok i bowie skierowany wgórę spełnił swe zadanie: cios wodza chybił; Old Shatterhand wymierzył szybko w lewe ramię Wilka, wytrącając nóż z jego ręki, a potem, prawie niewidocznym ruchem, uderzył swego przeciwnika twardą rękojeścią noża w okolicę serca z taką siłą, że czerwony padł na ziemię jak kłoda. Old Shatterhand podniósł nóż i zawołał:
— Kto jest zwycięzcą?
Nikt mu nie odpowiedział. Nawet ci, którzy przypuszczali do siebie myśl, że wódz ich może ulec, nie spodziewali się przecie, że tak prędko i w taki sposób.
— On sam powiedział, że skalp pokonanego należy do zwycięzcy, — ciągnął dalej Old Shatterhand. — Jego czupryna jest zatem moją własnością; ale ja jej nie chcę. Jestem chrześcijaninem i przyjacielem czerwonych mężów; daruję mu więc życie. Może złamałem wodzowi jakie żebro, ale żyje. Niechaj moi czerwoni bracia zbadają go, ja jednak idę do mojego calu.
Odwiązał lasso i odszedł; nikt mu nie przeszkodził; nikt również nie wstrzymywał Davy’ego i Jemmy’ego, którzy poszli za nim. Każdy chciał się jak najprędzej przekonać o stanie Wielkiego Wilka i wszyscy cisnęli się do środka koła. Z tego powodu myśliwi dotarli zupełnie niepostrzeżenie do namiotu, za którym leżała ich broń; stał tam również Hobble-Frank z końmi. Biali szybko wsiedli na nie i ruszyli, najpierw powoli, szukając osłony poza namiotami i chatami; kiedy jednak, zostali zauważeni przez straże, stojące poza obozem, i kiedy strażnicy, wydawszy okrzyk wojenny, strzelili do nich, dali koniom ostrogami, aby je zmusić do galopu; obejrzawszy się poza siebie, ujrzeli, że wołania i strzały wartowników zwróciły uwagę innych. Czerwoni wprost strumieniem wylewali się z poza namiotów, śląc za zbiegami szatańskie wycie, którego echo odbiło się od gór wielokrotnie. —

Myśliwi pędzili poprzez równinę wprost ku miejscu, gdzie potok spadał z gór do jeziora. Old Shatterhand znał okolicę dość dobrze i wiedział, że dolina tego potoku najprędzej nastręczy możność ucieczki. Był bowiem przekonany, że Utahowie ruszą natychmiast w pogoń; musiał więc zwrócić się w taką okolicę, gdzie trudno będzie rozpoznać ślady. —





II
HOBBLE - FRANK i CIOTKA DROLL.

Tego samego dnia brzegiem potoku, wzdłuż którego poprzedniego wieczoru jechali Utahowie ze swymi jeńcami, posuwał się wgórę oddział jeźdźców. Na czele Old Firehand z ciotką Droll, za nimi Humply-Bill i Gunstick-uncle z angielskim lordem; krótko mówiąc, byli to biali, którzy przeżyli opowiedzianą już przygodę w Eagle-tail, a potem ruszyli w góry, aby się dostać do Srebrnego Jeziora. W Denver przyłączył się do nich inżynier Butler ze swą córką; z farmy bowiem brata udał się tam wprost na spotkanie białych. Żona jego, nie czując się na siłach od czasu przygody z panterą, pozostała na farmie Butlera. Dziewczynka żadną miarą nie chciała się rozstać z ojcem; musiał więc wziąć ją ze sobą. Jechała w pewnego rodzaju lektyce, którą niosły dwa drobne, ale wytrwałe pony indjańskie.
Winnetou nie było widać, bo ruszył naprzód jako wywiadowca. Przypadkowo Old Firehand obrał drogę przez las i ową polanę, gdzie Old Shatterhand i jego towarzysze spotkali się z Utahami. Myśliwi rozpoznali ze śladów, że biali zostali pojmani przez Indjan, to też gotowi byli ruszyć natychmiast śladami, aby przyjść im z pomocą. Nie przeczuwali wcale, że Utahowie wykopali topory wojenne, przeto tak Winnetou, jak i Old Firehand, przekonani, że między nimi a owym szczepem panuje najgłębszy spokój, spodziewali się, że znajdą tam gościnne przyjęcie i będą mogli wstawić się za pojmanymi.
Nie wiedzieli wprawdzie, gdzie czerwoni rozbili obóz, ale znali jezioro, a ponieważ jego okolica nadawała się znakomicie na obozowisko, więc domyślali się, że tam znajdą Utahów. Mimo przyjaznego, jak się spodziewali, usposobienia ze strony czerwonych, byłoby wspak zwyczajom Zachodu pokazywać się im, nie zbadawszy pierwej położenia. Dlatego Winnetou wyjechał naprzód na zwiady i właśnie w chwili, kiedy oddział dotarł do miejsca, gdzie brzegi potoku się rozstępowały, Apacz, powracając galopem, skinął już zdaleka, aby się zatrzymano. Nie był to znak szczęśliwy i dlatego Old Firehand zawołał do niego:
— Mój brat chce nas ostrzec. Czy widział Utahów?
— Widziałem ich i obóz.
— I Winnetou nie mógł się im pokazać?
— Nie, gdyż wykopali topór wojenny.
— Po czem można było to poznać?
— Po barwach, któremi się pomalowali, a także i po tem, że się ich tak wielu zgromadziło. Czerwonych wojowników w takiej liczbie można widzieć tylko w czasie wojny i wielkich łowów. Ponieważ nie jest to pora wędrówek bawołów, może więc być jedynie topór wojenny, dookoła którego tak licznie się zebrali.
— Wielu ich jest?
— Tego Winnetou nie mógł dokładnie widzieć. Stało ich może trzystu nad jeziorem, a znajdowali się pewnie także i w namiotach.
— Nad jeziorem? Tak wielu? Czy tam się co stało? Może wielki połów ryb?
— Nie. Przy połowie ryb ludzie poruszają się naprzód, a ci stali spokojnie i patrzyli w wodę. Winnetou myśli, że to były wyścigi w wodzie o życie.
— Czy masz do tego jakie podstawy?
— Tak. Utahowie noszą barwy wojenne, uważają więc białych, znajdujących się u nich, za nieprzyjaciół. Ci mieli zostać zabici, ale człowiek czerwony nie pozwala swemu nieprzyjacielowi szybko umierać, tylko zamęcza go powoli na śmierć; często wyznacza mu walkę o życie z przeciwnikiem silniejszym od niego; naprzykład każą jeńcowi pływać, aby przedłużyć jego konanie i trwogę przed śmiercią.
— Jestem w zupełności tego samego zdania. Natrafiliśmy na ślady najpierw czterech, a potem jeszcze dwu białych, to znaczy jest ich sześciu. Nie wszyscy będą przecież pływać, lecz każdy w inny sposób będzie walczył o życie. Musimy im pośpieszyć na ratunek, bo inaczej zginą.
— Nie — zaprzeczył Apacz. — Między blademi twarzami znajduje się pewien mąż, który siebie i swoich towarzyszy nie pozwoli tak łatwo zabić.
— Kto to?
— Old Shatterhand.
— Co?! — zawołał myśliwy. — Old Shatterhand, z którym miałeś się spotkać w górach nad Srebrnem Jeziorem? Czyżby rzeczywiście już przybył?
— Old Shatterhand jest punktualny, jak słońce na niebie.
— Czy widziałeś go?
— Nie.
— Skąd wiesz tedy?
— Wiem o tem już od wczoraj.
— I nie powiedziałeś mi tego?
— Milczeć jest czasem lepiej, niż mówić. Gdybym był wczoraj powiedział, czyj karabin przemówił na polanie, nie czekalibyście spokojnie, lecz pędzili znacznie szybciej.
— Jego to strzelba przemówiła? Niech mi mój brat powie!
— Kiedyśmy przeszukiwali skraj lasu i trawę na polanie, znalazłem drzewko podziurawione od kul. Te kule pochodziły ze strzelby Old Shatterhanda; wiem to na pewno. Chciał nastraszyć czerwonych mężów i ci obawiają się teraz jego strzelby.
— Gdybyś mi był pokazał to drzewko! — Hm! Jeśli jest Old Shatterhand między tymi białymi, to rzeczywiście niema zbytniej obawy. Co mamy teraz przedsięwziąć?
— Moi przyjaciele pojadą za mną, jeden za drugim, aby Utahowie, gdyby natrafili na nasze ślady, nie mogli policzyć, ilu nas jest. Howgh!
Odwróciwszy konia, pojechał dalej, nie oglądając się, czy kto za nim podąża. —
Brzegi potoku rozstąpiły się w szereg wzgórz, okalających równinę dookoła jeziora. Równina ta była bezdrzewna, ale wzgórza stały pokryte gęstym lasem, sięgającym aż do środka doliny i okolonym przez wąski pas zarośli.
Szukając osłony poza temi krzakami i drzewami szedł Winnetou na prawo wzdłuż pagórków, które stanowiły północną granicę równiny, a dalej na zachodzie dotykały owej góry, skąd woda wpływała do jeziora.
Tak tedy biali objechali równinę od wschodu na zachód, aż wreszcie dotarli do potoku i w odległości kilkuset kroków od jeziora znaleźli się pod drzewami, z pomiędzy których mogli przyjrzeć się obozowi. Tam zsiedli z koni, spętali je i rozłożyli się na miękkim mchu. Miejsce było jakby stworzone na to, aby pokryjomu, a przytem jak najwygodniej obserwować obóz.
Niedaleko od niego stali Utahowie; potem ujrzano dwu ludzi, którzy oddzielili się od gromady i co sił popędzili na południe. Old Firehand, spojrzawszy przez dalekowidz, zawołał:
— To wyścigi między czerwonym a białym. Czerwony już daleko na przodzie i z pewnością zwycięży. Biały to jakiś maleńki człowieczek.
Oddał lornetę Apaczowi; ten, zaledwie skierował szkła na białego, wykrzyknął:
— Uff! Hobble-Frank! Mały bohater musi biegać dla ocalenia życia, a niepodobna, aby czerwonego prześcignął.
— Hobble-Frank? — zapytał Old Firehand. — Nie powinniśmy stać tu z założonemi rękami, lecz musimy coś przedsięwziąć!
— Teraz jeszcze nie, — oświadczył Apacz. — Nie grozi mu jeszcze żadne niebezpieczeństwo. Old Shatterhand jest przecież przy nim.
Drzewa rosły w ten sposób, że nie było widać całej przestrzeni, na której odbywał się wyścig. Obaj współzawodnicy zniknęli na prawo; oczekiwano naturalnie, że pierwszy pojawi się czerwony. Jakież jednak było zdumienie, kiedy zamiast niego ukazał się mały, idąc zupełnie swobodnie, jakby to szło o spacer.
— Frank pierwszy! — zawołał Old Firehand. — Jak to możliwe?
— Przy pomocy podstępu, — odpowiedział Winnetou. — Zwyciężył; wnet dowiemy się, jak tego dokazał. Słuchajcie, z jakim gniewem krzyczą Utahowie! Odchodzą; powracają do obozu. Patrzcie! Tam stoją cztery blade twarze; poznaje je.
— Ja też, — zawołał Droll. — To Old Shatterhand, długi Davy, gruby Jemmy i mały Hobble-Frank.
Imiona te wzbudziły ogólny podziw; kilku z jeźdźców znało tego lub owego z wymienionych, inni nasłuchali się o nich coniemiara, to też tu i owdzie padały spostrzeżenia i uwagi, aż Winnetou odezwał się do Old Firehanda:
— Nasi przyjaciele mają jeszcze broń, a więc nie jest z nimi najgorzej. Pozostańcie tutaj, a ja spróbuję zbadać, co się dzieje.
Trzymając dalekowidz w ręce, zniknął między drzewami. Minęło przeszło pół godziny, zanim wreszcie powrócił, oznajmiając:
— W pośrodku obozu odbywa się pojedynek. Utahowie stoją tak gęsto obok siebie, że nie mogłem ujrzeć walczących; widziałem jednak Hobble-Franka. Pokryjomu i ostrożnie wyprowadził konie poza namiot i zarzucił na nie koce; biali chcą się widać oddalić.
— Pokryjomu? A więc uciekają? — zapytał Old Firehand. — Stańmy tu na drodze i czekajmy na nich, albo nawet chodźmy naprzeciw nich.
— Ani jedno, ani drugie, — odparł Apacz, potrząsając głową. — Niech Old Firehand się zastanowi: co uczynią czerwoni, gdy biali umkną?
— Będą ich ścigać.
— Jeśli się ściga czterech lub sześciu ludzi, ilu wojowników potrzeba do tego?
— No, dwudziestu do trzydziestu
— Dobrze! Tych pokonamy bardzo łatwo. Jeśli jednak pokażemy się Utahom, to rzuci się za nami cały szczep i popłynie wiele krwi.
— Masz słuszność, Winnetou! Ale czerwoni poznają ze śladów, ilu nas jest.
— Będą patrzeć na trop, który jest przed nimi, a nie na ten, który za nimi.
— Ach, ty myślisz, że pójdziemy za nimi?... — Słuchaj! Cóżto?
Od strony obozu zabrzmiało straszliwe wycie, a zaraz potem ujrzano, jak wyjechało stamtąd galopem czterech ludzi. Byli to biali. Zwrócili się wgórę jeziora, mieli więc zamiar dotrzeć do potoku i wzdłuż niego jechać wgórę.
— Niech Old Firehand pójdzie ze mną, — rzekł Winnetou, — inni natomiast biali bracia muszą prędko udać się z końmi głębiej w las i tam czekać, aż powrócimy. Niechaj wezmą także i nasze konie.
Wziąwszy Old Firehanda za rękę, pociągnął go za sobą wzdłuż wysokiego brzegu rzeczki popod drzewami aż do miejsca, skąd widać było obóz bez narażenia się na odkrycie. Tam stanęli. —
Old Shatterhand z towarzyszami jechał dołem, podczas gdy Apacz i Firehand stali wgórze. Kiedy dotarli do owego miejsca, zabrzmiał nad nimi głos:
— Uff! Niech moi biali bracia zatrzymają się tutaj.
Tamci wstrzymali konie i spojrzeli wgórę, wołając równocześnie:
— Winnetou, Winnetou!
— Tak, to Winnetou, wódz Apaczów. A tu stoi drugi przyjaciel moich białych braci, — popchnął naprzód olbrzyma.
— Old Firehand! — zdziwił się Old Shatterhand. — Ty tutaj! Co za radość! Czy jesteście sami?
— Nie, będzie nas pewnie ze czterdziestu: myśliwych i rafterów. Znajdziesz wśród nas dobrych znajomych. Teraz nie czas na opowiadanie. — Dokąd zmierzasz?
— Nad Srebrne Jezioro.
— My też. Jedźcie dalej! Skoro tylko wasi prześladowcy miną nas, pójdziemy za nimi i weźmiemy ich w środek.
— Bardzo dobrze! — Co za szczęście, żeśmy was spotkali! Czy widzicie stąd obóz?
— Tak.
— To uważajcie, aby nas nie schwytano. Chcę wam opowiedzieć to, co najpotrzebniejsze.
Opowiedział zaszłe wypadki, jak mógł najkrócej, poczem Winnetou zabrał głos:
— Mój biały brat zna ów głęboki wąwóz, który blade twarze nazywają Night-canon. Stąd można się do niego dostać w przeciągu pięciu godzin; wąwóz rozszerza się w środku, tworząc okrągły plac, którego ściany zdają się sięgać nieba. Czy Old Shatterhand przypomina sobie to miejsce?
— Tak.
— Tam niechaj mój biały brat jedzie, a kiedy minie okrągły plac, niech się usadowi po przeciwnej stronie. Wąwóz jest tak wąski, że dwu jeźdźców zaledwie może się wyminąć, więc brat mój, dzięki swej czarodziejskiej strzelbie, sam jeden może zatrzymać kilka setek Utahów. Dostaną się tam, no, to nie będą mogli pójść ani naprzód, ani się cofnąć, bo my wnet będziemy na ich tyłach.
— Dobrze, pójdziemy za tą radą. Ale przedewszystkiem powiedzcie mi jeszcze jedno. Dlaczego jedziecie w tak wielkiej liczbie w góry, nad Srebrne Jezioro?
— Zaraz się dowiesz, — odpowiedział Old Firehand. — Tam wgórze znajduje się nadzwyczaj bogata mina srebrna, ale w okolicy tak suchej, że nie możnaby narazie jej wyzyskać, gdyby się nie udało sprowadzić tam wody. To też wpadłem na myśl, aby spuścić wody Srebrnego Jeziora. Jeśli się nam uda, to mina przyniesie miljony. Mam ze sobą inżyniera, który sprawę oceni ze strony technicznej, a w pomyślnym razie przeprowadzi ją.
Po twarzy Old Shatterhanda przebiegł lekki uśmiech, kiedy się odezwał:
— Mina? Kto ją odkrył?
— Ja sam byłem przy niej.
— Hm! Jeśli ci się uda sprowadzić wody jeziora do owej kopalni, to zrobisz podwójny interes. Na dnie jeziora leżą bogactwa, wobec których blednie twoja mina.
— Ach! czy masz na myśli skarb w Srebrnem Jeziorze? Co wiesz o nim?
— Więcej, niż myślisz. Dowiesz się o tem później.. Ale, ty sam również mówisz o tym skarbie. Od kogo dowiedziałeś się o nim?
— Od... no, i o tem później. Teraz uchodź! Widzę Indjan; nadjeżdżają z obozu.
— Ilu?
— Pięciu.
— Pshaw! Niema się czego bać. To straż przednia, której nie powinniśmy stracić z oczu; główny oddział pójdzie wnet po nich. A więc naprzód! Dowidzenia w „Kenjonie Nocy“!
Wspiął konia ostrogą i odjechał z trzema towarzyszami; Old Firehand i Winnetou przyczaili się, aby obserwować Utahów. Ci minęli ich z oczyma utkwionemi przed siebie w ziemię.
Wtedy dwójka powróciła do swego oddziału, który, cofnąwszy się w las, stał wpobliżu ujścia potoku. Już Old Firehand chciał oznajmić, o czem mówił z Old Shatterhandem, gdy wtem wzrok jego padł na kilka kobiet Utahów, zbliżających się ku brzegowi jeziora; niosły w rękach przybory, niezbędne do połowu ryb. Zwrócił więc na nie uwagę Winnetou:
— Gdyby podsłuchać te skwaw, to może dowiedzielibyśmy się czego o zamiarach wojowników.
— Winnetou spróbuje to uczynić, jeśli dość blisko podejdą, — odpowiedział Apacz.
Zbliżyły się dostatecznie. Nad ujściem potoku zasiadły na brzegu pod krzakami i, zarzuciwszy wędki, poczęły rozmawiać, nie zważając na to, że łowiąc ryby, powinny milczeć. Winnetou poczołgał się ku nim jak wąż i położył za krzakami, przy których siedziały. Zabawny był to widok — Winnetou, podsłuchujący kobiety!
— Jeśli te skwaw nie nauczą się milczeć, to nigdy nie złapią ani jednego pstrąga — rzekł, wróciwszy po kwadransie. — Powiedziały mi wszystko, co chciałem wiedzieć. Tych pięciu wojowników, którzy przejechali obok nas, ma wskazywać ślady Old Shatterhanda, a wkrótce pójdzie za nimi jeszcze pięćdziesięciu, których poprowadzi Wielki Wilk.
— To on nie raniony? — zapytał Firehand.
— Cios Old Shatterhanda zwichnął mu prawą rękę i pozbawił oddechu; oddech już powrócił, a ręka nie przeszkadza mu kierować osobiście pościgiem. Utahowie rozprószą się jeszcze dziś po całej okolicy dla polowania i przygotowania zapasów mięsa, gdyż jutro mają zwinąć obóz.
— Dokąd go przenoszą?
— Kobiety i dzieci pociągną w góry do starców; wojownicy zaś pójdą za Wielkim Wilkiem na miejsce zebrań wszystkich plemion Utahów.
— Gdzie ono leży?
— Tego skwaw, jak się zdaje, nie wiedzą. Więcej dowiedzieć się nie mogłem; dla naszego jednak planu i to wystarcza. —
Rozłożono się więc na czatach; po upływie może godziny Wielki Wilk z czerwonymi przejechał obok, nie rzuciwszy nawet okiem pod drzewa. Czerwoni, wszyscy bez wyjątku uzbrojeni w broń palną, wyglądali niezwykle marsowo. Wódz miał prawą rękę na temblaku; twarz pomalował jeszcze mocniej niż rano; z ramion opadał mu na grzbiet konia płaszcz wojenny ozdobiony piórami, ale na głowie brakło orlich piór, bo został zwyciężony i postanowił tę odznakę przywdziać dopiero wtedy, gdy pomści swą hańbę. —
W dziesięć minut później poszedł za Utahami Winnetou sam jeden; trochę później ruszyła reszta.
O ubitej drodze naturalnie nie było mowy; jechano ciągle wgórę wzdłuż rzeki, która w czasie wiosennych roztopów naderwała brzegi; wszędzie leżały oderwane kamienie i pnie, posuwano się więc naprzód bardzo powoli, zwłaszcza, że przez takie przeszkody trudno było przenosić lektykę młodej Ellen Butler.
Droga ku Kenjonowi Nocy prowadziła przez najwęższe miejsce Elk-mountains poprzez góry. — Tymczasem porzucono potok, aby ruszyć przez las dziewiczy. Grunt był zbutwiały i miękki, a ślady wciskały się głęboko. — Kilka razy zbliżano się tak do Apacza, że można go było dojrzeć; postawa jego okazywała zupełny spokój; wiedział, że Utahowie nie zwrócą tak prędko uwagi poza siebie.
Kiedy Old Firehand ruszył ze swymi ludźmi z nad jeziora, była godzina dziesiąta. Aż do pierwszej jechali prawie wyłącznie lasem, potem przez prerję, pokrytą zaroślami. Wreszcie dotarto znowu do lasu, ale nie na długo, bo już po kilku minutach dosięgnięto przeciwnego skraju. Tam zatrzymał się Apacz, czekając na towarzyszy.
Osobliwy widok ukazał się białym. Przebyli już obszar Elk-mountains; przed okiem ich rozciągała się Grand-river ze swemi kenjonami. Po stronie prawej, lewej i tam, gdzie jeźdźcy przystanęli, obniżały się ku sobie trzy ukośne, skaliste równiny. Pochyłość ich była tak stroma, powierzchnia tak gładka, że niepodobna było pozostać na siodle. Z obu stron, tam, gdzie owe olbrzymie tablice się stykały, płynęły wdół strumienie, nie dając jednak życia choćby nawet źdźbłu trawy. Wdole łączyły się oba potoki i znikały w szczelinie skalnej, która pozornie miała szerokość linji.
— To jest Night-canon, — objaśnił Old Firehand, wskazując na szczelinę. — Otrzymał tę nazwę dla głębokości swojej i ciasnoty, bo światło słoneczne nie może dosięgnąć jego dna. Ale, spójrzcie wdół!
Wskazał, gdzie woda niknęła w szczelinie. Tam posuwały się drobne postacie; byli to Utahowie. Pogrążali się właśnie w szczelinę skały, wyżłobioną prawie prostopadle w gigantycznej ścianie, ponad którą leżała szeroka równina, zamknięta omglonemi olbrzymami górskiemi, Book-mountains. Ciotka Droll, spojrzawszy w głębię, odezwał się do Czarnego Toma:
— Tu mamy zejść nadół, jeśli to potrzebne? Tego dokaże jedynie kominiarz! Wszak to istna ślizgawka.
— A jednak musimy zejść, — oświadczył Old Firehand. — Zsiądźcie z koni i weźcie je za cugle, ale krótko. Musimy naturalnie postępować zupełnie tak, jak na ślizgawce. Ponieważ niema ani sanek, ani hamulca, przeto należy spuszczać się zygzakiem.
Posłuchali tej rady; zejście zabrało znacznie więcej niż pół godziny. Wkońcu znaleźli się u wejścia kenjonu, który tu był tak wąski, że starczyło miejsca tylko na dwu jeźdźców obok siebie. Przodem jechał naturalnie znowu Winnetou; za nim Old Firehand, obok lord. Potem myśliwi, a wkońcu rafterzy, którzy wzięli między siebie inżyniera i jego córkę. Oddział od czasu opuszczenia Eagle-tail powiększył się przez to, że nadzorca Watson z kilku jeszcze robotnikami przystał do wyprawy.
Ponieważ stukot kopyt mógł ich zdradzić, Winnetou zsiadł z wierzchowca i w swych miękkich mokassynach ruszył przed towarzyszami, gdy tymczasem rafterzy poprowadzili jego konia.
Była to jazda jakby w podziemiu. Przed sobą I za sobą mieli wąską szczelinę, pod nogami twardą, pokrytą kamieniami skałę i ciemną, niesamowitą wodę, a na prawo i lewo prostopadłe ściany tak wysokie, że nie pozwalały widzieć nieba. Im głębiej się posuwano, tem powietrze stawało się zimniejsze i cięższe, a światło dzienne zasnuwało zmrokiem.
Kenjon był nieskończenie długi. Czasem rozszerzał się nieco, że starczało miejsca dla pięciu lub sześciu jeźdźców, to znowu ściany jego tak się schodziły, iż ludzie doznawali uczucia, że się poduszą. Nawet konie parskały bojaźliwie i wydzierały się szybko naprzód.
Minął kwadrans, i drugi; nagle — mimowoli wszyscy zatrzymali się, — rozległ się huk, jakby z dziesięciu armat.
— Na miły Bóg, co to było? — zapytał inżynier. — Czy to skały się walą?
— Wystrzał ze strzelby, — odpowiedział Old Firehand. — Nadszedł czas. Pozostanie tu jeden człowiek na trzy konie, a reszta naprzód! Zsiadać!
W okamgnieniu stanęło na ziemi przeszło trzydziestu ludzi gotowych iść za nim, a każdy miał strzelbę w ręce. Już po kilku krokach ujrzeli Winnetou, który, zwrócony do nich tyłem, trzymał strzelbę wymierzoną naprzód.
— Broń precz, inaczej przemówi moja czarodziejska strzelba, — rozległ się znienacka potężny głos, niewiadomo zgóry czy też z ziemi.
— Broń precz! — zagrzmiało również w języku Utahów.
Teraz padły krótko po sobie trzy strzały; słychać było że wyszły z jednej i tej samej lufy. Był to z pewnością sztuciec Henry’ego Old Shatterhanda, a jego trzask nabrał tu siły naprawdę strzału armatniego. Niebawem błysnęło także ze srebrnej rusznicy Winnetou. Trafieni krzyknęli. Posłyszano wycie, jakby zerwały się wszystkie moce piekieł.
Old Firehand dotarł do Apacza; mógł teraz widzieć, kogo ma przed sobą i co się dzieje. Szczelina rozszerzała się tu na krótkiej przestrzeni, tworząc pewnego rodzaju grotę skalną. Miała kształt okrąglaka, a była tak obszerna, że mogła pomieścić może stu jeźdźców. Wzdłuż lewej krawędzi biegła woda. Pomimo mroku widać było gromadę Utahów.
Pięciu wysłanych naprzód wojowników popełniło wielki błąd, zatrzymując się tu, aby czekać na swoich. Gdyby byli tego nie uczynili, to czterej biali, stojący po drugiej stronie, byliby zmuszeni przemówić do nich, a ci mogliby pewnie cofnąć się, aby ostrzec towarzyszy. Ponieważ jednak czekali, aż pozostali nadejdą, więc teraz wszyscy znaleźli się w pułapce. Po drugiej stronie stał Old Shatterhand ze sztućcem Henry’ego wzniesionym do strzału, a obok niego klęczał Hobble-Frank, aby Davy i Jemmy mogli strzelać ponad jego głową. Czerwoni nie opuścili broni na wezwanie Old Shatterhanda i dlatego padły strzały. Pięciu Utahów leżało martwych na ziemi; inni nie mogli zaś myśleć o obronie, gdyż mieli dość roboty z opanowaniem koni, spłoszonych potężnem echem strzałów.
— Odrzućcie broń, inaczej znowu będę strzelał! — zabrzmiał powtórnie głos Old Shatterhanda.
A z drugiej strony rozległo się wołanie:
— Tu stoją Old Firehand i Winnetou, wódz Apaczów. Poddajcie się, jeśli chcecie zachować życie!
Żaden z Utahów nie ośmielił się podnieść broni. Osłupiali patrzyli to naprzód, to wstecz, nie wiedząc, co mają począć. Wtem obok Winnetou i Old Firehanda prześlizgnął się Droll, pomknął ku wodzowi, a przyłożywszy mu lufę karabinu do piersi, zawołał:
— Odrzuć strzelbę, bo pociągnę za kurek?
Wielki Wilk utkwił osłupiały wzrok w tę grubą, cudaczną postać, jakby ujrzał przed sobą widmo; palce jego ręki otwarły się i strzelba wypadła.
— Tomahawk i nóż także!
Wódz sięgnął do pasa i uwolnił go z balastu.
— Odwiąż swe lasso!
I tego rozkazu posłuchał Wielki Wilk; Droll lassem związał nogi wodza pod brzuchem konia i odprowadził go na bok, wołając na Gunstick-uncle’a, który stał za Old Firehandem:
— Chodż-no, uncle, i zwiąż mu ręce!
Uncle przystąpił sztywnie, uroczyście i odrzekł:
— Trza mu do pasa ręce związać, aby już nie mógł więcej kąsać, — i skoczywszy poza Wielkiego Wilka na konia, wprowadził swoją zapowiedź w czyn. Zdawało się, że wódz nie zdaje sobie wogóle sprawy z tego, co się z nim dzieje; bezwolny był jak we śnie. Przykład jego podziałał na innych; poddali się swemu losowi; szybko rozbrojono ich i związano. Teraz szło przedewszystkiem o to, aby wyjść z kenjonu; dlatego skoro tylko uwinięto się z ostatnim czerwonoskórym i zebrano zdobytą broń, ruszono w dalszą drogę. Przodem jechali myśliwi, w środku czerwoni; pochód zamykali rafterzy.
Winnetou i Firehand wysunęli się z Old Shatterhandem naprzód, podawszy mu w milczeniu rękę; było to jedyne pozdrowienie możliwe narazie. Tuż przed jeńcami jechali ciotka Droll i Hobble-Frank. Jeden do drugiego nie mówił ni słowa. Po pewnym czasie Droll wyjął nogi ze strzemienia i stanął na grzbiecie konia, aby napowrót usiąść w siodle, lecz już okrakiem.
— Heavens! Co to ma znaczyć? — zapytał Frank. — Czy zachciewa się wam żartów, sir? A może byliście zajęci w cyrku jako clown?
— Nie, master, — odpowiedział grubas. — Siadłem okrakiem, bo inaczej mogłaby z nami pójść sprawa naopak. Pomyślcie tylko; za nami jedzie pięćdziesięciu czerwonych; może się więc łatwo zdarzyć coś takiego, o czem nie pomyśleliśmy. W tej pozycji będę ich miał na oku; w ręce mam rewolwer, aby dać im jaką pigułkę, jeśli to potrzebne.
— Hm! To nawet słuszne. Mój koń nie weźmie mi tego za złe, jeśli i ja się obrócę.
W kilka sekund później siedział również okrakiem, aby pilnować czerwonych. Teraz, rzecz naturalna, ci dwaj zabawni jeźdźcy musieli często ku sobie zerkać; nie dziw tedy, że spojrzenia ich stawały się coraz cieplejsze. Tak ujechali szmat drogi w milczeniu, aż wreszcie Hobble-Frank, nie mogąc dłużej utrzymać języka, zagadnął:
— Nie weźcie mi za złe, że zapytam was o nazwisko. Tak, jak teraz siedzicie obok mnie, widziałem was już nieraz!
— Gdzie?
— W wyobraźni.
— Do stu piorunów! Ktoby to pomyślał, że ja żyję w waszej wyobraźni! Jaki czynsz mam za to płacić i jak stoi sprawa z wypowiedzeniem mieszkania?
— Całkiem wedle waszej woli; ale dziś z wyobraźnią koniec, bo widzę was teraz osobiście. Jeśli jesteście tym, za kogo was uważam, to słyszałem o was wiele rzeczy zabawnych.
— No, a za kogo mię uważacie?
— Za ciotkę Droll.
— A gdzie słyszeliście o niej?
— W różnych miejscach, w których byłem z Old Shatterhandem i Winnetou: tam wgórze w Parku Narodowym, a także na Llano Estacado.
— Tak? Hm! A ja także o was słyszałem, mr. Hobble-Franku! Mówił o was Apacz i jeszcze dziś, kiedy leżeliśmy przed obozem Utahów, nazwał was małym bohaterem.
— Małym... bohaterem! — powtórzył Frank, a po twarzy jego przemknął uśmiech szczęścia. — Małym... bohaterem! Muszę sobie to zapisać! Dobrze odgadnęliście, kim jestem; a ja, czy zgadłem?
— Naturalnie. Ale jak wpadliście na to, że jestem ciotką Droll?
— Powiedziało mi to wasze ubranko, jak również zachowanie się. Słyszałem często, że ciotka Droll jest nadzwyczajnie śmiałą kobietą; widząc, jak poprzednio poczynaliście sobie z wodzem Utahów, pomyślałem zaraz: to jest ciotka, nikt inny!
— Sprawiacie mi wielki zaszczyt! Słyszałem, że jesteście Niemcem?
— Saksończykiem!
— Do pioruna! Skąd? Czy z królestwa? Z Altenburga? Koburg-Gotha? Meiningen-Hildburghausen?
— Z królestwa, z królestwa! Ale wy znacie te nazwy tak dokładnie; czy jesteście także Niemcem?
— Naturalnie! I to z Saksonji, z Sachsen-Altenburga.
— Dlaboga! — przerwał mały w swym rodzinnym dialekcie. — Saksończyk i to Altenburczyk? Czy to możliwe? Z miasta Altenburg czy z okolicy, hę?
— Nie ze stolicy, tylko z Langenleube.
— Langen... leube? — zapytał Frank, otwierając szeroko usta. — Langenleube-Niederhain?
— Tak! Czy znacie je?
— Co za pytanie! Mam tam krewnych, u których byłem dwa razy na czereśniach. Wiecie, tam dopieroż są czereśnie, w altenburskiem! Przez całych czternaście dni pieką placki, a jak skończą w jednej wsi, to zaczynają w drugiej.
— To prawda! — potwierdził Droll. — Ale, wy macie krewnych u nas? Jak się nazywają ci ludzie i skąd pochodzą?
— Nazywają się Droll, tak samo jak wy! To bardzo bliskie pokrewieństwo! Mój ojciec miał kuma, którego nieboszczka synowa wyszła powtórnie zamąż w Langenleube. Później umarła, ale jej pasierb ma szwagra i ten jest owym, o którym myślę. To był sprytny chłopak, który wszystko potrafił; raz był kelnerem, to znowu kościelnym, to sierżantem gwardji obywatelskiej, drużbą, wreszcie...
— Stój! — przerwał Droll, wyciągając rękę i chwytając go za ramię. — Czy miał dzieci?
— Bardzo dużo!
— Czy wiecie, jak im było na imię?
— Nie, już nie pamiętam. Tylko najstarszego przypominam sobie, bo lubiłem tego hultaja. Nazywał się Bastel, bo Sebastjan wymawiają często w altenburskiem „Bastel“. Zdaje mi się, że nazywano go również Melchjor; to nader popularne imię w Altenburgu.
— Słusznie, bardzo słusznie! To się zgadza, to się dokładnie zgadza! Sebastjan Melchjor Droll! Czy wiecie, co się z nim stało?
— Niestety, nie!
— To popatrzcie na mnie, a przekonacie się, na kogo wyrósł. — To ja!
— Wy... wy? — zapytał mały.
— Tak, ja! Ja byłem owym Bastelem i jeszcze teraz wiem zupełnie dokładnie, kto bawił u nas na czereśniach; to był kuzyn Frank z Moritzburga, który potem został pomocnikiem leśnym.
— Słusznie! — Kuzynie, a więc tu, wśród dziczy spotykamy się my, krewni. Chodź tu, kochany braciszku, muszę cię przycisnąć do serca!
Jeden sięgnął ku drugiemu; uścisk ten, ponieważ obaj siedzieli okrakiem, połączony był z pewnemi trudnościami, które jednak, choć z mozołem, przezwyciężyli. Nie troszcząc się o posępne spojrzenia jeńców z pomalowanemi twarzami, jechali obok siebie ręka w rękę, tyłem zwróceni ku znakomitym myśliwcom, i prawili o minionej młodości. Rozmowa ich długoby jeszcze się przeciągnęła, gdyby pochodu nie przerwano; dotarto mianowicie do wylotu szczeliny, zakończonej większym i szerszym kenjonem.
Słońce zapadło tak już głęboko, że promienie nie sięgały dna parowu, ale dość jeszcze było jasno, a powietrze czyste i świeże. Jeźdźcy odetchnęli swobodniej, wydostawszy się na otwarte miejsce. — Kenjon ten miał może dwieście kroków szerokości, a na dnie jego płynęła wątła, wąska rzeczka, którą łatwo można było przebyć w bród. Nad wodą rosła trawa, krzaki i kilka drzew.
Czerwonych zsadzono na ziemię, nie uwalniając ich z więzów. — Oddział Old Firehanda miał nieco żywności, to też najpierw się posilono; potem miano rozstrzygnąć los czerwonoskórych. Winnetou, Old Firehand i Shatterhand byli gotowi puścić ich wolno, inni jednak żądali surowej kary. Głos zabrał lord:
— Nie sądzę, aby byli godni kary za czyny swoje aż do końca pojedynków; lecz, że potem jednak zamiast zwrócić wam wolność, ścigali was z zamiarem mordu, to ten właśnie zamiar jest karygodny.
— Jak ich ukarać za ten zamiar? Chyba nie śmiercią!
— Nie!
— Aresztem, więzieniem, czy domem poprawy?
— Pshaw! Sprawcie im dobre cięgi!
— To najgorsze, co moglibyśmy popełnić, gdyż dla Indjanina niema większej obelgi nad uderzenie. Ścigaliby nas przez całą Amerykę.
— To nałóżcie na nich jaką grzywnę! Zabierzcie im konie i broń!
— To okrucieństwo. Pozbawieni wierzchowców zginęliby z głodu, lub wpadli w ręce nieprzyjaciół.
— Nie pojmuję was, sir! Właśnie wy nie powinniście okazywać im szczególnych względów, bo na was przedewszystkiem się targnęli.
— Właśnie, ponieważ oni targnęli się na mnie, Franka, Davy’ego i Jemmy’ego, my czterej powinniśmy rozstrzygać o ich losie.
— Postąpcie, jak uważacie! — lord odwrócił się z niechęcią. — Ale, — cofnął się — idziemy w zakład?
— O co?
— O to, że te hultaje źle się wam odpłacą, jeśli z nimi postąpicie pobłażliwie.
— Nie zakładam się. —
Coraz wyraźniej skłaniano się do wniosku Old Shatterhanda, który przemawiał za jaką taką zgodą z czerwonymi; niedość byłoby jednak układać się z samym wodzem; podwładni jego musieli również słyszeć, co powie i co przyobieca, może natenczas ze względu na dobrą sławę nie złamie przyrzeczeń. — Utworzono więc szerokie koło, złożone ze wszystkich białych i czerwonych. Dwaj rafterzy musieli stanąć wgórze i wdole kenjonu na straży, aby natychmiast donieść o zbliżaniu się wroga. Wódz usiadł przed Winnetou i Old Shatterhandem, nie patrząc na nich, czy to ze wstydu, czy z zapamiętałego gniewu.
— Jak Wielki Wilk wyobraża sobie swój los? — zapytał Old Shatterhand w języku Utahów.
Wódz zbył pytanie milczeniem.
— Wódz Utahów boi się i dlatego nie odpowiada.
Czerwony podniósł wzrok, wbił go z wściekłością w twarz myśliwego i rzekł:
— Blada twarz jest kłamcą, jeśli twierdzi, że ja się boję.
— Więc odpowiadaj! A nie powinieneś mówić o kłamstwie, bo sam skłamałeś.
— Nieprawda!
— Prawda! W obozie pytałem, czy będziemy wolni, jeśli odniosę zwycięstwo. Co na to odpowiedziałeś?
— Że będziecie mogli odejść.
— Czy to nie był fałsz?
— Nie, gdyż odeszliście.
— Ale wyście nas ścigali! Czy zaprzeczysz temu?
— Zaprzeczę. Chcieliśmy udać się na miejsce zgromadzeń Utahów, a nie ścigać was.
— A dlaczego wysłałeś pięciu wojowników naszemi śladami?
— Tego nie uczyniłem. Skoro topór wojenny wykopany, należy mieć się na baczności. Chcieliśmy pozwolić wam odejść i dotrzymać naszego słowa. Wy jednak napadliście na nas, odebraliście nam wszystką własność i zabiliście pięciu Utahów.
— Dlaczego twoi strażnicy strzelali do nas, kiedyśmy odjeżdżali?
— Nie wiedzieli o mojem przyrzeczeniu.
— Dlaczego wszyscy twoi ludzie wydali okrzyk wojenny? Ci znali twoje przyrzeczenie zupełnie dokładnie.
— Ten okrzyk odnosił się nie do was, lecz do strażników, aby zaniechali strzałów. Old Shatterhand białe tłumaczy na czarne.
— A ty czarne na białe. Ale, mam niezbity dowód twojej winy. Podkradliśmy się pod wasz obóz i podsłuchaliśmy twoich ludzi; wiemy więc, że chcieliście nas zabić. Jaką karę za to poniesiecie?
Czerwony nie odpowiedział.
— Nie utrąciliśmy wam ani jednego włoska, a wy chcieliście odebrać nam życie; — zasłużyliście więc na śmierć. My jednak jesteśmy chrześcijanami i przebaczamy. Otrzymacie wolność i broń, lecz zato musicie nam przyrzec, że żadnemu z nas, jak tu siedzimy, nigdy nie spadnie włos z głowy z waszego powodu.
— Czy to mówi twój język, czy twoje serce? — zapytał wódz, rzuciwszy na Old Shatterhanda niedowierzające, badawcze, ostra spojrzenie.
— Mój język nigdy nie ma innych słów, niż moje serce. Czy jesteś gotów dać nam takie przyrzeczenie?
— Tak..
— I jesteś gotów stwierdzić je fajką pokoju?
— Jestem gotów.
Odpowiadał szybko, bez namysłu, stąd należało się spodziewać, że przyrzeczenie bierze poważnie. Wyrazu jego twarzy nie można było spostrzec z powodu grubo nałożonej farby.
— Niech więc fajka pójdzie dokoła, — ciągnął Old Shatterhand. — Powtarzaj słowa, które ci podyktuję.
— Mów, a powtórzę!
Ta gotowość dawała dobre prognostyki, westman jednak nie mógł pominąć zastrzeżenia:
— Spodziewam się, że tym razem masz zamiary uczciwe. Byłem zawsze przyjacielem czerwonych mężów i uwzględniam to, że Utahowie zostali zaczepieni; w innym wypadku nie uszłoby wam tak gładko.
Wódz patrzył w ziemię, nie podnosząc oczu na mówiącego. Myśliwy zdjął swój kalumet ze szyi, napełnił go, i, zapaliwszy, rozwiązał wodzowi więzy. Wielki Wilk musiał się podnieść, wypuścić dym w sześciu kierunkach, powtarzając:
— Ja, Wielki Wilk, wódz Yamba-Utahów, mówię za siebie i za moich wojowników. Mówię do bladych twarzy, których widzę przed sobą, do Old Firehanda, i Old Shatterhanda i wszystkich innych, a także do Winnetou, słynnego wodza Apaczów. Wszyscy ci wojownicy i biali mężowie są naszymi przyjaciółmi i braćmi. Nie może im nigdy z naszej strony stać się krzywda, a my raczej umrzemy, niżbyśmy mieli powiedzieć, że uważają nas za swych wrogów. To jest moja przysięga. Powiedziałem. Howgh!
Kiedy usiadł, uwolniono także innych z więzów i fajka przeszła z ust do ust. Nawet mała Ellen Butler musiała zrobić sześć pociągnięć. Następnie czerwoni odzyskali broń. Mimo ich przysięgi, biali nie rezygnowali z ostrożności i każdy trzymał rewolwer wpogotowiu. Wilk, przyprowadziwszy konia, odezwał się do Old Shatterhanda:
— Powrócimy teraz do naszego obozu.
— Ach! Szliście przecież na miejsce zgromadzeń Utahów! — Więc jednak przyznajesz, że jazdę tę podjęliście tylko ze względu na nas.
— Nie. Wy zabraliście nam tyle czasu, że przyszlibyśmy tam za późno. Powracamy zatem,
— Przez szczelinę w skale?
— Tak. — Bywaj zdrów!
Podawszy mu rękę, wsiadł na konia, aby wjechać w szczelinę. Utahowie poszli za nim, a każdy z nich żegnał się po przyjacielsku.
— Ten łajdak jest jednak tylko łajdakiem, — odezwał się stary Blenter. — Gdyby nie miał na twarzy warstwy farby, grubej na palec, to możnaby na niej wyczytać fałsz. Kula w łeb byłaby najlepszym środkiem.
Winnetou, słysząc te słowa, odrzekł:
— Mój brat może ma słuszność, jednakże lepiej jest czynić dobrze, niż źle. Przez noc pozostaniemy tutaj, więc ja pójdę teraz za Utahami i postaram się ich podsłuchać.
Po tych słowach zniknął w szczelinie. —
Dzień zbliżał się do kresu, zwłaszcza, że tu w kenjonie wcześniej nastawała ciemność. Kilku z czeredy poszło poszukać drzewa na ognisko; Old Firehand pojechał na południe do kenjonu, Old Shatterhand na północ, aby zbadać okolicę. Musieli być ostrożni. Obaj, ujechawszy znaczną przestrzeń i nie zauważywszy nic podejrzanego, zawrócili, aby wraz z pozostałymi posilić się skąpą wieczerzą.
Po dłuższym czasie powrócił Winnetou. Mimo głębokich ciemności, panujących w szczelinie, trafił do obozu. Opowiedział, że Utahowie zabrali trupy swoich, leżące jeszcze w kenjonie, i rzeczywiście ruszyli obraną drogą. Poszedł za nimi aż do drugiego wylotu szczeliny i widział dokładnie, jak wspinali się po stromym stoku skały; potem zniknęli w lesie.
Mimo to ustawiono straż głęboko w szczelinie, aby uniemożliwić z tej strony wszelki niespodziany napad. Dwaj inni strażnicy stanęli w głównym kenjonie o sto kroków wgórę i wdół obozu; w ten sposób zapewniono sobie zupełne bezpieczeństwo. — Naturalnie było nadzwyczaj wiele do opowiadania i dawno już północ minęła, kiedy ułożono się na spoczynek. Old Firehand obszedł straże, aby dojrzeć, czy czuwają bacznie, i wyznaczył kolej, w jakiej miano się zmieniać. — Zgaszono ogień; w kenjonie zapanowała cisza. —
Winnetou widział dobrze: Utahowie zniknęli w lesie, ale — nie przejechali go, tylko się zatrzymali. Transport zwłok nie sprawiał im trudności, bo oprócz swoich wierzchowców mieli w zapasie konie zabitych. Teraz wódz nakazał zmarłych zdjąć z koni, powrócił na brzeg lasu, spojrzał wdół ku szczelinie i rzekł:
— Z pewnością nas obserwują; te białe psy zechcą zobaczyć, czy rzeczywiście wracamy do obozu.
— Nie uczynimy tego? — zdziwił się jeden z poddowódców.
— Czy masz tak mało mózgu w głowie, jak szakal prerjowy? — skoczył na niego Wielki Wilk. — Idzie wszak o zemstę na tych białych ropuchach!
— Ależ oni są teraz naszymi przyjaciółmi i braćmi! Paliliśmy z nimi fajkę pokoju!
— Do kogo należała fajka?
— Do Old Shatterhanda.
— Tak, przysięga obowiązuje więc jego, a nie nas. Dlaczego był taki głupi, że nie posługiwał się moją fajką? Czy tego nie rozumiesz?
— Wielki Wilk ma zawsze słuszność, — zgodził się tamten z sofistyką wodza; — lecz jak ich napadniemy? Nas jest mało, a w dodatku nie możemy powracać przez szczelinę, bo będą jej strzec pilnie.
— To obierzemy inną drogę i sprowadzimy tylu wojowników, ilu zapragniemy. Czy nie obozuje ich dosyć w P’a-mow[4]. A czy tam dalej wgórze nie prowadzi wpoprzek kenjonu droga, której, jak się zdaje, blade twarze nie znają? Trupy i konie pozostaną tutaj; przy nich dwóch strażników. Z pozostałymi pojedziemy na północ.
Postanowienie szybko wykonano. Bór był wprawdzie wąski, ale tworzył pas, długości godziny jazdy, wzdłuż którego Utahowie gnali galopem, aż wzgórze poczęło powoli spadać w wąwóz poprzeczny. Tym wąwozem Wielki Wilk dotarł do kenjonu głównego, w którym znajdowali się biali; wąwóz uchodził do niego w odległości trzech mil angielskich wgórę od obozu. Naprzeciw niego boczny kenjon wcinał się w główny. Tam zwrócił się Wielki Wilk ze swymi ludźmi; widać było, że zna drogę bardzo dokładnie, bo mimo ciemności nie zbłądził ani razu.
Kenjon, przez który teraz jechali, nie miał wody, a wznosił się pod górę. Wkrótce czerwoni dotarli do obszernej równiny skalnej, w którą głęboko wcinała się rozgałęziona sieć kenjonów. Księżyc świecił jasno. W galopie przebyli równinę; wpół godziny potem okolica obniżyła się powoli w rodzaj szerokiego, łagodnego klinu. Na prawo i lewo skały jakby ściany ochronne rosły w miarę jak dno opadało, a na przodzie wynurzały się wierzchołki drzew, pod któremi płonęła armja ognisk. Był to las, prawdziwy las, na równinie, wymiecionej do czysta przez burze i spalonej na kamień przez słońce. Zawdzięczał swe istnienie jedynie tylko owej wklęsłości w ziemi. Górą wyły burze, nie dotykając go, a częste-gęste opady utworzyły coś nakształt jeziora, którego wody rozwilgniły grunt, pleniąc urodzaj korzeni. To był P’a-mow, Las wody, do którego zmierzał Wielki Wilk.
Nawet bez drogowskazu księżyca łatwo było trafić, tak liczne płonęły ognie. Panował tu ożywiony ruch obozu wojennego. Ani namiotu, ani chaty. Liczni czerwoni leżeli przy ogniach na kocach, albo na gołej ziemi; pomiędzy nimi pasły się konie. W miejscu tem miały się zebrać gromady wszystkich szczepów Utahów na wyprawę wojenną. —
Wielki Wilk zsiadł z konia przy pierwszem ognisku, skinął na swych ludzi, aby zaczekali, poczem zawołał na jednego z siedzących przy ogniu: „Nanap-neaw“, „Stary Wódz“. Był to naczelnik wszystkich szczepów Utahów. Wezwany poprowadził Wielkiego Wilka ku jezioru, gdzie zdala od innych płonęło wielkie ognisko. Siedziało tam czterech Indjan, wszyscy przystrojeni orlemi piórami. Jeden z nich zwracał zwłaszcza na siebie uwagę. Twarz jego, niepomalowaną, przecinały niezliczone, głębokie bruzdy. Białe jak śnieg włosy spływały mu nisko na kark. Człowiek ten mijał z pewnością osiemdziesiąty krzyżyk, a jednak siedział tak prosto, dumnie i krzepko, jakby miał pięćdziesiąt lat niespełna. Zwrócił baczne spojrzenie na nadchodzącego, nie wypowiadając nawet pozdrowienia; inni również milczeli. Wielki Wilk usiadł i patrzył przed siebie. Tak minęła długa chwila; w końcu z ust starca padły słowa:
— Drzewo zrzuca liście jesienią; jeśli jednak drzewo traci liście przedtem, to nic nie jest warte i należy je ściąć. Przed trzema dniami miało jeszcze ozdobę, gdzie się dziś podziała?
Pytanie to odnosiło się do braku piór orlich na głowie Wielkiego Wilka; słowa zawierały wyrzut druzgocący dla każdego dzielnego wojownika.
— Jutro ozdoba znowu zabłyśnie na mej głowie, a u pasa będą wisieć skalpy dziesięciu, a nawet dwudziestu bladych twarzy! — odparł wódz.
— Czy Wielki Wilk został zwyciężony przez blade twarze, że nie może nosić oznak swego męstwa i godności?
— Przez jedyną tylko bladą twarz, ale przez taką, której pięść jest cięższa niż dłonie wszystkich innych.
— Uff! Tym mógł być tylko Old Shatterhand!
— To on. Jest wpobliżu, a z nim jeszcze wielu innych: Old Firehand, Winnetou, długi i gruby westman i oddział, który liczy pięć razy po dziesięć głów. Przyszedłem od was, aby przynieść wam ich skalpy.
— Uff! — Sędziwe oblicze Nanap-neawa przybrało wyraz takiego natężenia, że znikła prawie ostatnia jego zmarszczka. — Uff! Niech Wielki Wilk opowiada!
Wielki Wilk usiłował siebie i własne czyny przedstawić w dobrem świetle. Indjanie siedzieli bez ruchu, słuchając z największą uwagą. Wódz zakończył:
— Nanap-neaw da mi pięćdziesięciu wojowników, z którymi napadnę na tych psów. Skalpy ich muszą wisieć u naszych pasów zanim jeszcze zabłyśnie zorza poranna.
Twarz starego znowu poorały zmarszczki.
— Jeszcze przed zorzą poranną? — zapytał. — Czy to są słowa czerwonego wojownika? Blade twarze chcą naszej zagłady i teraz, kiedy Wielki Duch oddaje w nasze ręce najsławniejszych i najznakomitszych z pośród nich, mają umierać szybko i bez bólu, jak dziecko na rękach matki? Czyż nie powinni ponieść męki tem cięższej, im są sławniejsi? Musimy ich pochwycić żywcem, aby poszli pod pal męczeński!
— Howgh! — potwierdzili trzej inni.
— Niechaj Stary Wódz pomyśli, jacy mężowie są pomiędzy nimi! — ostrzegał Wielki Wilk. — W broni siedzą wszystkie złe duchy...
— Dość! — przerwał gniewnie stary. — Wiem, jak silni i zręczni są ci biali, ale mamy poddostatkiem ludzi, aby ich rozgnieść. Dam ci trzystu wojowników, a przyprowadzisz mi te blade twarze żywcem. Ty sam masz pięćdziesięciu swoich, więc na każdego białego przypadnie siedmiu czerwonych. Musicie podejść ich i związać, zanim się obudzą. Weźcie tylko dosyć rzemieni! Powiedziałem! — Teraz chodź; wybiorę, kto ma wyruszyć z tobą.
Poszli od ogniska do ogniska. Wkrótce zebrało się trzystu ludzi, oraz pięćdziesięciu do pilnowania koni, których nie mogli przecież zabrać ze sobą aż do obozu białych. Wielki Wilk objaśnił wojownikom, o co chodzi, opisał im dokładnie okolicę i przedstawił plan napadu. Dosiedli koni.
Obrali dokładnie tę samą drogę, którą przybył Wielki Wilk, ale tylko do głównego kenjonu. Tam zsiedli z koni i pozostawili je pod opieką owych pięćdziesięciu. Przy takiej przewadze przedsięwzięcie to można było nazwać prawie zupełnie bezpiecznem. Szkopuły leżały jedynie w tem, że konie białych mogły zwietrzyć podkradających się czerwonych i przez niespokojne wierzganie lub głośne parsknięcie zdradzić ich. — Jak na to zaradzić? — Wódz wypowiedział to zdanie tak głośno, że słyszeli je otaczający. Jeden, schyliwszy się i zerwawszy jakąś roślinę, podał ją wodzowi:
— Tu jest pewny środek, aby oszukać ich powonienie.
Wódz poznał roślinę po zapachu. Była to szałwia. W kenjonie, którego dna słońce nie mogło dosięgnąć, rosła ta roślina masowo. Rada była dobra. Czerwoni natarli ręce i odzież szałwią. Nadto zauważył Wielki Wilk, że lekki powiew wiatru szedł zdołu, a więc w korzystnym dla czerwonych kierunku. —
W dalszą drogę ruszono pieszo; wynosiła trzy mile angielskie. Początkowo szli szybko naprzód, kiedy jednak przebyli dwie mile, musieli już dalej posuwać się cicho jak węże. Oddaleni zaledwie o sześćset kroków, nie słyszeli jeszcze najmniejszego szelestu; nie poruszono kamyczka, nie potrącono nawet gałązki. Wtem... Wilk, idący przodem, stanął, ujrzawszy płonące ognisko strażników. W tym właśnie czasie Old Firehand obchodził straże. Wódz widział jeszcze za dnia, że jedną straż postawiono wgórze, drugą wdole obozu. Strażników należało najpierw unieszkodliwić. Wydawszy cicho rozkaz zatrzymania się, wyznaczył tylko dwu ludzi, aby szli za nim. Wkrótce doczołgali się do strażnika, stojącego wgórze obozu; zwrócony tyłem ku czerwonym, patrzył na niknącą postać Old Firehanda. Nagle... dwie dłonie objęły go za szyję, a cztery inne chwyciły za ręce i nogi; nie mógł złapać oddechu i stracił przytomność, a kiedy powrócił do siebie, był związany i w ustach miał knebel. Obok niego siedział Indjanin, przykładając mu do piersi ostrze noża.
Tymczasem ognisko zagaszono, a wódz wezwał do siebie znowu obu wojowników. Szło teraz o strażnika, stojącego poniżej obozu; musiano więc prześlizgnąć się koło obozowiska; dlatego trzej napastnicy przeszli przez potok i po drugiej stronie, gdzie nie było białych, poczołgali się dalej. Należało przypuszczać, że obie placówki ustawiono w równej odległości od obozu, łatwo więc było obliczyć, jaką przestrzeń należy przebyć. Woda fosforyzowała; plusk jej mógł ich zdradzić. Dlatego czerwoni poczołgali się jeszcze jakąś przestrzeń po drugim brzegu, potem przeszli znowu przez wodę i posunęli się na rękach i nogach dalej. Niezadługo ujrzeli strażnika; stał o sześć kroków przed nimi z twarzą zwróconą wbok. Jeszcze jedna minuta, skok, ciche krótkie tupnięcie. Dwaj czerwoni pozostali przy nim, a Wielki Wilk powrócił sam poza wodę, aby teraz wykonać główne zadanie.
Konie, które stały w dwóch grupach pomiędzy obozem a obu placówkami, zachowywały się dotąd zupełnie spokojnie; mimo jednak zapachu szałwi, musiałyby nabrać podejrzenia, gdyby Indjanie przechodzili blisko nich. Dlatego Wielki Wilk kazał swym ludziom również przejść przez wodę. Obyło się wszystko bez najmniejszego szelestu. Na drugim brzegu przylgnęli wszyscy do ziemi, aby, pełzając, odbyć drogę około stu kroków, aż znajdą się naprzeciw obozu. Największa trudność polegała na tem, że wielu ludzi, skupionych na ciasnej przestrzeni, musiało się poruszać bez szmeru. Kiedy tak leżeli obok siebie naprzeciw ludzi i koni, te ostatnie poczęły się jednak niepokoić. Należało teraz działać szybko.
— Naprzód! — rozległ się rozkaz Wilka.
Przeskoczono przez rzekę. Biali leżeli pogrążeni w pierwszym śnie i to tak blisko siebie, że owych trzystu Indjan nie miało nawet miejsca do swobodnego poruszania się. Rzucili się po pięciu, sześciu, a nawet więcej na jednego białego, porywali ich i napół śpiących rzucali stojącym za nimi, aby natychmiast pochwycić drugiego, potem trzeciego i czwartego. Poszło to tak szybko, że śpiący znaleźli się w mocy Indjan, zanim jeszcze uwolnili się z objęć snu. Wręcz odmiennie od zwyczajów czerwonych, którzy każdy napad wieńczą wyciem, Utahowie krzątali się całkiem cicho i dopiero, kiedy biali podnieśli hałas, wydali i oni przeraźliwy okrzyk, który rozległ się daleko po nocy, odbity wielokrotnie od ścian kenjonu.
Powstał tłok ciał, rąk i nóg, że trudno je było w ciemności odróżnić. Tylko Old Firehand, Shatterhand, Winnetou i kilku jeszcze innych zerwało się dosyć wcześnie, aby, oparłszy się plecami o ścianę skały, próbować obrony. Bronili się też nożami i rewolwerami przed przeważającą liczbą nieprzyjaciół, którzy nie chcieli używać swej broni, bo miano białych schwytać żywcem. Jednakże otoczono ich tak ciasno, że wkońcu nie mogli nawet ręką ruszyć. To też pokonano ich wreszcie, a przejmujące do szpiku wycie czerwonoskórych zwiastowało, że napad się udał.
Wielki Wilk nakazał rozpalić ognisko; kiedy płomienie oświeciły miejsce walki, okazało się, że przeszło dwudziestu czerwonych padło rannych, lub zabitych.
— Za to poniosą te psy dziesięćkroć większe męki, — pienił się wódz. — Będziemy im skórę pasami drzeć z ciała. — Zabierzcie zmarłych, konie i broń bladych twarzy. Musimy powracać.
— Kto ma dotknąć czarodziejskiej strzelby białego myśliwca? — zapytał jeden. — Niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto jej dotknie.
— Pozostawimy ją tutaj i wzniesiemy nad nią stos z kamieni, aby żaden czerwony mąż nie położył na niej ręki. Gdzie ona?
Szukano jej z łuczywem w ręku i nie znaleziono; — zniknęła. Kiedy Old Shatterhand poprzednio obudził się w czasie zamieszania i walki, wyrwano mu sztuciec z ręki i odrzucono precz; on jednak odmówił wodzowi odpowiedzi. Yamba-Utahowie widzieli za dnia strzelbę w jego rękach i nie mogli pojąć jej zniknięcia. Jak długo tu pozostawano, mogła czarodziejska strzelba okazać swą niepojętą moc i dlatego Wielki Wilk, który natychmiast poczuł się markotnie, rozkazał:
— Przywiążcie jeńców do koni i precz stąd! Tę czarodziejską strzelbę sporządził zły duch. Nie możemy czekać, aż zacznie na nas kule miotać!
Rozkazu posłuchano natychmiast i od początku walki upłynęło niewiele ponad godzinę, kiedy zabobonni czerwoni ruszyli w drogę. —
Wielki Wilk nie wiedział, że Old Shatterhand postawił jeszcze jedną straż, która czuwała w szczelinie skalnej; był to Droll, którego miano zluzować dopiero po dwu godzinach. Przyłączył się do niego z własnej chęci Hobble-Frank, aby pogawędzić o swoich. Siedząc wśród głębokich ciemności, rozmawiali ze sobą szeptem, nasłuchując od czasu do czasu w kierunku rozpadliny.
Nagle usłyszeli u wylotu szczeliny podejrzany szmer.
— Słuchaj! — szepnął Frank do swego „kuzyna“. — Czy słyszałeś co?
— Tak, słyszałem, — odpowiedział równie cicho ciotka. — Co to było?
— Musiało wstać kilku naszych ludzi.
— Nie, nie to. To musiało być wielu, wielu ludzi. Tupot nóg przynajmniej...
Przerwał przerażony, bo w tej chwili napadnięci obudzili się i podnieśli okrzyk.
— Do stu piorunów! Tam toczy się walka! — zawołał Hobble-Frank. — Zdaje mi się, że zostaliśmy napadnięci!
— Tak, napadnięci! — zgodził Się Droll. — To z pewnością te czerwone łotry, jeśli to potrzebne!
W tej chwili rozległo się przeraźliwe wycie Indjan.
— Boże, ratuj! To rzeczywiście oni! — krzyknął Frank. — Naprzód; na nich! Chodź prędko!
Pochwycił Drolla za ramię, aby go za sobą pociągnąć, ale myśliwy, znany ze swej chytrości, powstrzymał go:
— Pozostań tutaj! Nie tak prędko! Jeśli Indjanie przedsięwzięli napad teraz po nocy, to jest ich tylu, że musimy być bardzo ostrożni. Zobaczmy najpierw, jak sprawa stoi. Musimy położyć się i poczołgać do nich.
Na rękach i nogach posunęli się ku wyjściu; mimo ciemności ujrzeli, że towarzysze są już straceni, bo przewaga nieprzyjaciół była zbyt wielka. Na lewo rozgorzała walka; słychać było huk strzałów Firehanda, Shatterhanda i Winnetou, ale niedługo, bo wkrótce setki Utahów wydały okrzyk zwycięstwa. — Droll zauważył, że nawprost wylotu szczeliny droga była wolna.
— Szybko za mną i poprzez wodę na drugi brzeg! — szepnął do swego kuzyna.
Poczołgał się po ziemi tak prędko i ostrożnie, jak tylko mógł. Frank poszedł za nim; ręką zawadził o jakiś twardy, długi przedmiot: karabin z bębenkiem na kule.
— To sztuciec Old Shatterhanda! — przemknęło mu przez myśl; — zabrał więc strzelbę ze sobą.
Szczęśliwie dostali się nad wodę, potem na drugi brzeg. Tam Droll ujął Hobble-Franka za rękę i pociągnął go wdół w kierunku południowym. Ucieczka się powiodła pod osłoną nocy i wrzasku Indjan. Wkrótce jednak przestrzeń między wodą a skałą tak się zwęziła, że musieli przejść znowu na lewy brzeg. — Na szczęście zaszli już daleko od miejsca, gdzie stała placówka; biegli tak dalej, potykając się, już to o ścianę skalną, już o kamienie, leżące na drodze, aż wreszcie przestały dobiegać ich głosy Indjan; teraz Hobble-Frank zatrzymał towarzysza i rzekł z wyrzutem:
— Stójże już raz, ty pieronie! Dlaczego właściwie umknąłeś i mnie haniebnie pociągnąłeś za sobą? Czy już nie masz w sercu ani krztyny honoru?
— Poczucie honoru? — odpowiedział Droll, któremu z powodu otyłości szybki bieg zatknął oddech w piersiach. — Mam je z pewnością, jeśli to potrzebne, ale kto chce zachować poczucie honoru, ten przedewszystkiem musi ratować skórę. Dlatego też umykałem.
— Ale tego nam właśnie nie wolno!
— Tak? Ciekaw jestem, dlaczego?
— Bo obowiązek każe ratować przyjaciół!
— Tak!? A w jaki sposób chciałbyś ich ratować?
— Powinniśmy się byli rzucić na tych czerwonych, rozsiekać ich i wykłuć.
— Hihihihi! Rozsiekać i wykłuć! — Tylebyśmy dokazali tylko, żeby i nas schwytano.
— Schwytano? Czy sądzisz, że naszych towarzyszy tylko schwytano, a nie zastrzelono, zakłuto i zabito?
— Nie, na pewno ich nie wymordowano. Czy słyszałeś strzały?
— Tak.
— A kto strzelał? Czy może Indjanie?
— Nie; strzały pochodziły z rewolwerów.
— Aha! Indjanie całkiem nieużywali karabinów; mieli więc zamiar schwytać blade twarze żywcem, aby je później tem bardziej zamęczyć. Dlatego uciekłem. Teraz my dwaj jesteśmy uratowani i możemy dla naszych towarzyszy więcej zrobić, niż gdybyśmy dali się schwytać razem z nimi.
— Masz słuszność, kuzynie, masz słuszność! Spadł mi wielki ciężar z serca. Czy mają mówić o sławnym na cały świat Hobble-Franku, że kiedy jego towarzysze znaleźli się w niebezpieczeństwie, on dał drapaka? Na duszę, nie! Raczej rzucę się w najgorętszy wir walki. Odchodzę zupełnie od zmysłów! — Ale co to za Indjanie?
— Naturalnie, że Utahowie. Wielki Wilk nie powrócił do swego obozu, lecz wiedząc, że jeszcze inni czerwoni znajdą się wpobliżu, sprowadził ich drugą drogą. Ponieważ nie wiemy, w jakim kierunku się teraz zwróci, nie możemy tu pozostać; musimy iść dalej, aż znajdziemy jaką odpowiednią kryjówkę.
— A potem?
— Potem? — No, będziemy czekać, aż się dzień zrobi, później zbadamy ślady i będziemy szli za Indjanami tak długo, aż się dowiemy, jak pomóc naszym przyjaciołom. — Chodź!
Ujął Franka, przyczem dotknął sztućca.
— Co? — zapytał. — Masz dwa karabiny?
— Tak. Kiedyśmy pełzali ku wodzie, znalazłem sztuciec Henry’ego Old Shatterhanda.
— Wyśmienicie! Może nam się bardzo przydać. Ale, czy umiesz także z niego strzelać?
— Naturalnie! Przebywałem tak długo z Old Shatterhandem, że poznałem jego strzelbę dość dokładnie. Biada Indjanom i biada całemu Dzikiemu Zachodowi, jeśli któremu z naszych przyjaciół spadnie choćby jeden włos z peruki! Jestem dobrym człowiekiem, mam, jak to mówią, dwie dusze i jedną myśl, — ale jak się wścieknę, to wytnę w pień świat cały, — złożywszy pięść, potrząsnął nią groźnie poza siebie. —
Woda po prawej i ściana po lewej ręce biegły ciągle na południe; dopiero po godzinie kenjon zwrócił się ku wschodowi; w tem miejscu z głównym kenjonem łączył się boczny. Droll stanął i rzekł:
— Stój! Musimy się zastanowić w którą iść stronę.
— Co do tego niema żadnych wątpliwości, — odparł Frank. — Musimy pójść boczną doliną, bo należy przypuszczać, że czerwoni pozostaną w głównym kenjonie. Jeśli się ukryjemy w bocznym jarze, to przejdą koło nas i rano będziemy mogli uczepić się ich śladów. Czy tak?
— Hm! Myśl niezła, zwłaszcza, że księżyc stoi nad bocznym parowem i oświeca nam drogę.
— Tak, Luna leje mi balsam na serce i scałowuje szumiące potoki łez z serca wyschłego od wściekłości. Chodźmy za jej słodkiemi promieniami. Może blask ten zaprowadzi nas na jakie miejsce, gdzie będziemy się mogli ukryć skrzętnie, co jest rzeczą najważniejszą.
Przeskoczywszy przez potok, wcisnęli się w kenjon boczny; prowadził on teraz w kierunku dokładnie zachodnim. Postępowali może pół godziny, gdy nagle zostali mile zaskoczeni. Po prawej ich ręce ściana skalna niepostrzeżenie się urwała, tworząc ostry kąt z inną, idącą od północy. Przed nimi leżał las, prawdziwy las, jakiegoby się tu nikt nie domyślał. Nad skąpem podszyciem wznosiły się wierzchołki drzew tak gęsto sklepione, że światło księżyca tylko w nielicznych miejscach mogło się przez nie przedrzeć. Był to „Las wody“, gdzie Utahowie rozbili obóz.
Zapadlina, którą las wypełniał, ciągnęła się dokładnie z północy na południe, równolegle do głównego kenjonu, oddalonego niewiele więcej nad pół godziny drogi. Między nim a lasem prowadziły dwie boczne doliny, północna, z której skorzystał Wielki Wilk, i południowa, przez którą przyszli Droll i Frank. Obie te doliny tworzyły z głównym kenjonem i lasem prostokąt, w którego powierzchni wody wyżłobiły sobie prostopadłe łożyska, głębokie na kilkaset stóp.
— Las, bór, z autentycznemi krzakami i drzewami! — odezwał się Frank. — Szczęśliwiej nie mogliśmy trafić, znajdziemy tu kryjówkę, jak w księdze głównej. Czy prawda?
— Nie, — odpowiedział ciotka. — Ten las wydaje mi się podejrzanym, a może nawet niebezpiecznym. Nie dowierzam mu. Kto może lepiej wiedzieć, że tu jest las, my, czy te czerwone draby? — A wszak domyślą się, że dla nas najlepsza kryjówka, to las. Czy ci już nie powiedziałem, że i inni Indjanie muszą być wpobliżu?
— Tak, bo Wielki Wilk od nich otrzymał pomoc.
— Gdzie więc ci ludzie się kryją? W pustyni i nagim kenjonie, czy w dogodnym dla nich lesie? Jestem przekonany, że mamy wszelkie powody po temu, by postępować bardzo ostrożnie. Przejdźmy szybko; przykucniemy pod krzakami i będziemy nasłuchiwać, czy się co nie rusza. Naprzód!
Przeskoczyli przez jasne, oświetlone księżycem, miejsce, a gdy dostali się do drzew, przykucnęli, nasłuchując. Nie słyszeli nic; nie poruszył się nawet listek; jednakże Droll, wciągnąwszy powietrze w nozdrza, zapytał cicho:
— Franku! Pociągnij nosem! Tu czuć dym. Prawda?
— Tak! Ale ledwie, ledwie. To tylko pół pojęcia: ćwierci śladu dymu.
— Bo pochodzi zdaleka. Podkradnijmy się bliżej i zbadajmy!
Wzięli się za ręce i ruszyli naprzód, powoli i cicho. Pod dachem z liści było ciemno jak w piwnicy, musieli więc zdać się raczej na zmysł dotyku. W miarę, jak szli, tem mocniejsza stawała się woń dymu. Skradali się jednak dalej, aż ujrzeli blask ognia. Teraz słychać było również, jakby dalekie głosy ludzi. Las rozszerzał się na prawo. Poszli więc w tym kierunku i wkrótce ujrzeli znacznie więcej ognisk.
— Jakiś walny obóz, — szepnął Droll. — To pewnie wojownicy Utahów. Będzie ich kilkuset.
— Nie szkodzi! Musimy podejść bliżej. Chcę się dowiedzieć, co się stanie z Old Shatterhandem i innymi. Muszę...
Przerwał, bo nagle rozległo się przed nimi wycie radości.
— Ach! Prowadzą jeńców, — odezwał się ciotka. — Musimy się bezwarunkowo dowiedzieć, jak zamierzają z nimi postąpić.
Dotychczas szli w pozycji prostej, teraz zaś musieli się czołgać. Po krótkiej chwili dotarli do ściany skalnej, tworzącej wschodnią granicę lasu. Wzdłuż niej poczołgali się dalej, tuż obok siebie. Ogniska mieli po lewej ręce. Wkrótce ujrzeli małe jezioro, na którego zachodnim brzegu płonęło ognisko wodzów. Blisko niego napotkali wysokie drzewo, którego niższych konarów łatwo można było dosięgnąć rękami. W tej chwili dorzucono do głównego ogniska świeżych gałęzi; płomienie buchnęły wysoko, oświetlając pojmane blade twarze, które właśnie przyprowadzono.
— Musimy bardzo pilnie uważać, — powiedział Droll. — Czy umiesz się wspinać, kuzynie?
— Jak wiewiórka!
— A więc jazda na drzewo! Zgóry będziemy mieli znacznie swobodniejszy i piękniejszy widok, niż tu wdole.
Wkrótce siedzieli dobrze ukryci wśród liści. —
Jeńcy musieli iść, a więc nie mieli nóg skrępowanych. Poprowadzono ich do ogniska, gdzie usiedli znowu wodzowie, wśród których naturalnie znajdował się Wielki Wilk. Wyciągnął orle pióra, tkwiące dotąd za pasem i wetknął je w czuprynę. Zwyciężył, mógł więc znowu nosić swą oznakę. Oczy jego spoczęły z wyrazem zgłodniałej pantery na białych, jednakże nie mówił jeszcze nic, bo najstarszy wódz miał prawo pierwszy głos zabrać.
Wzrok Nanap-neawa, owego starca, prześlizgnął się z jednego jeńca na drugiego, aż wreszcie zatrzymał się na Winnetou.
— Kim jesteś? — zapytał. — Czy masz jakie imię? Jak się nazywa ten wściekły pies, którego zwiesz twym ojcem?
Naturalnie spodziewał się, że dumny Apacz wogóle mu nie odpowie; ale Winnetou odparł spokojnie:
— Kto mnie nie zna, jest ślepym kretem, ryjącym w ziemi. Jestem Winnetou, wódz Apaczów.
— Nie jesteś wodzem, ani wojownikiem, lecz ścierwem zdechłego szczura! — szydził z niego stary. — Te wszystkie blade twarze poniosą zaszczytną śmierć przy palu męczeńskim; ciebie zaś wrzucimy do wody, aby cię pożarły żaby i raki.
— Nanap-neaw jest starym człowiekiem. Widział wiele słońc i zim i zdobył wielkie doświadczenie; ale mimo to nie wie, jak się zdaje, że Winnetou nie pozwala z siebie bezkarnie szydzić. Wódz Apaczów gotów jest znieść wszystkie męki, ale obrażać się nie pozwoli żadnemu Utahowi.
— Cóż mi uczynisz? — zaśmiał się stary. — Członki masz skrępowane.
— Niech Nanap-neaw pomyśli, że wolnemu i uzbrojonemu mężowi łatwo jest być grubijaninem wobec skrępowanego jeńca. Ale to się nie godzi z czcią. Dumny wojownik gardzi obelgami, a jeśli Nanap-neaw nie posłucha tego, to sam poniesie skutki.
— Jakie skutki? Czy nos twój wąchał kiedy śmierdzącego szakala, o którym nawet sęp nie chce nic wiedzieć? Takim szakalem jesteś ty. Smród, który...
Z gardzieli wszystkich Utahów, stojących wpobliżu, wyrwał się okrzyk przerażenia. Winnetou potężnym susem skoczył ku staremu, przewrócił go wtył, wymierzył mu piętą kilka ciosów w pierś i głowę i powrócił na swoje miejsce.
Po ogólnym krzyku nastąpiła chwila tak głębokiej ciszy, że daleko słychać było głos Apacza:
— Winnetou ostrzegał. Nanap-neaw nie posłuchał. Nanap-neaw nie obrazi już nigdy żadnego Apacza.
Wodzowie skoczyli, aby zająć się starym. Leżał z pękniętą czaszką i zapadłą klatką piersiową. Nie żył. Czerwoni wojownicy z dłońmi na rękojeści nożów rzucali chciwe krwi spojrzenia na Winnetou. Zdawało się, że czyn Apacza podnieci Utahów do wściekłości i gniewu; ale stało się inaczej. W grozie zachowali milczenie, zwłaszcza, że Wielki Wilk podniósł rękę, mówiąc:
— Precz! Apacz zabił Starego Wodza, aby umrzeć szybko i bez męki. Sądził, że zgładzicie go natychmiast. Ale się przerachował. Umrze śmiercią, jakiej jeszcze żaden człowiek nie poniósł. Naradzimy się nad tem. Teraz usuńcie zwłoki Starego Wodza i zawińcie je w koc, aby oczy białych psów nie cieszyły się widokiem trupa. Wszyscy oni zostaną zabici na jego grobie! Howgh! —
Jeńców odprowadzono na małą, otwartą polanę w lesie, gdzie płonęło jedno tylko ognisko. Związano im nogi i ułożono na ziemi. Dookoła stanęło pod drzewami sześciu uzbrojonych wojowników, aby strzec tego miejsca. Ucieczka wydawała się niepodobieństwem. —
Drzewo, na którem siedzieli Droll i Frank, stało w odległości może stu kroków od ogniska wodzów, tak, że mogli swobodnie zrozumieć znaczną część wypowiedzianych wyrazów. Teraz szło o odnalezienie miejsca, na które miano przenieść jeńców.
Właśnie w tej chwili, kiedy schodzili z drzewa, przyniesiono zdobytą broń oraz inne przedmioty i złożono przy wodzach. Przy ognisku płonącem na brzegu, siedzieli tylko dowódcy; musiała zajść więc jakaś przyczyna, która resztę wojowników pociągnęła na inne miejsce. I rzeczywiście; słychać było osobliwe dźwięki skargi — zawodził jakiś głos solowy, potem zawtórował mu chór; tak szło dalej bez przerwy, to słabiej, to znowu głośniej.
— Czy wiesz, co to jest? — zapytał DrolI swego kuzyna z Moritzburga.
— Pewnie pieśń pogrzebowa nad Starym Wodzem?
— Tak.
— Może to mieć dla nas wielkie znaczenie, bo przy tych narzekaniach trudno nas będzie drabom posłyszeć. Musimy bezwarunkowo odnaleźć naszych przyjaciół. Jeśli strzegą ich niedaleko ogniska wodzów, gdzie leży broń, to wygraliśmy. Prawdziwe szczęście, że tu pod drzewami jest ciemno. Ognie wcale nam nie przeszkodzą, przeciwnie, nawet pomogą, bo łatwo będziemy mogli rozpoznać postacie czerwonych i zejść im z drogi.
— To prawda. A więc na ziemię i dalej naprzódj! Ja pełzam pierwszy.
— Dlaczego ty?
— Bo dłużej jestem na Zachodzie i lepiej rozumiem się na podkradaniu, niż ty.
— Ach! Nie mów tak! Tylko nie wmawiaj sobie niebieskich migdałów. Ponieważ jednak jesteś moim kuzynem, pozostawię ci pierwszeństwo. Jeśliby cię kto chciał zprzodu zakłuć na śmierć, to powiedz tylko słowo, abym ci ztyłu mógł przyjść z pomocą.
Prześlizgnęli się obok wodzów w odległości pięćdziesięciu kroków i zbliżyli niepostrzeżenie do ogniska, przy którem leżeli jeńcy. Kilkakrotnie zdawało się im, że tuż obok przemknął jakiś czerwony; raz nawet Frank musiał błyskawicznie rzucić się wbok, aby uniknąć dotknięcia przebiegającego Indjanina. Później jednak bieganina ustała. Ci, którzy podjęli się śpiewu nad zmarłym, siedzieli przy trupie, inni zaś rozłożyli się na ziemi, aby pokrzepić się choćby jednogodzinnym spoczynkiem.
Tak dostali się poza straże, otaczające plac z jeńcami. Droll leżał za jednem drzewem, Frank za drugiem, tuż obok. Płomienie przygasły i rzucały skąpe światło; zaledwie można było rozpoznać jeńców. Droll poczołgał się kilka kroków na prawo, potem na lewo, ale nigdzie nie ujrzał strażników. Kiedy powrócił do Franka, szepnął:
— Chwila wydaje mi się stosowna. Czy widzisz Old Shatterhanda?
— Tak; leży przecież pierwszy stąd.
— Poczołgaj się ku niemu i połóż przy nim tak sztywno, jakbyś był skrępowany!
— A ty?
— Ja udam się do Old Firehanda i Winnetou, którzy leżą po drugiej stronie. —
Właśnie płomień przygasał. Jeden ze strażników podszedł do ogniska, aby nałożyć świeżego drzewa; zanim je ogień ogarnął, Droll i Frank skorzystali z ciemności, aby znaleźć się na swych miejscach.
Frank położył się obok Old Shatterhanda, wyciągnął nogi, jakby był skrępowany, podsunął myśliwemu sztuciec Henry’ego, a potem przycisnął ręce, aby strażnicy myśleli, że ma przywiązane do ciała.
— Franku, to ty? — szepnął Shatterhand. — Gdzie Droll?
— Leży po drugiej stronie przy Old Firehandzie i Winnetou.
— Dzięki Bogu, że znaleźliście nasze ślady!
— Czy wiedzieliście, że przyjdziemy?
— Naturalnie! Kiedy te draby rozpaliły ogień, widziałem, że niema was między pojmanymi. Czerwoni szukali mojej strzelby i bałem się, że was znajdą; powrócili jednak baz was, a mój sztuciec zniknął; to wyjaśniło mi wszystko.
— Tak, bez nas byłoby źle z wami.
— Niezupełnie. Popatrz tu!
Frank spojrzał ku niemu i zobaczył, że westman pokazuje mu wolną prawą rękę.
— Tę rękę mam już wolną, a druga będzie swobodna za kwadrans. Mam w małej, ukrytej kieszeni scyzoryk, któryby powędrował od jednego do drugiego tak, że w krótkim czasie mielibyśmy wszyscy rozcięte rzemienie. Potem, zerwawszy się szybko, skoczylibyśmy po broń, która leży tuż obok wodzów. Lepiej jednaj żeście nas znaleźli. Czy poszliście za czerwonymi?
— O nie! Wyrwaliśmy pięknie wdół kenjonu, aż do bocznej doliny, w którą mogliśmy się wcisnąć. Mieliśmy zamiar przy świetle dziennem odnaleźć ślady czerwonych, aby zobaczyć, jak mamy wam się przysłużyć.
— Więc to nie wasza zasługa, że znaleźliście las?
— Nie; odkrycie tego lasu nie jest właściwie naszą zasługą; ponieważ jednak przypadek postawił go na naszej drodze, więc chyba nie weźmiecie nam za złe, że ośmielamy się złożyć wizytę noworoczną.
— Umiem to ocenić, Franku. Przyciągnij jednak twój karabin do siebie, bo mogliby go łatwo zobaczyć, i daj mi nóż, abym mógł uwolnić sąsiada; potem ten poda go dalej.
— A później, kiedy więzy zostaną zerwane, pobiegniemy po broń i konie!
— Nie; pozostaniemy. Aby móc pobiec po broń, a potem do koni, trzebaby było odbyć to tak szybko, że powstałoby pewnie przytem zgubne dla nas zamieszanie. Nikt nie mógłby w tak krótkim czasie znaleźć swej strzelby, noża, ani reszty własności. Czerwoni rzuciliby się na nas, zanim moglibyśmy dopaść koni. A kto wie, czy są one jeszcze osiodłane. — Nie, musimy się natychmiast ukryć za tarczami; myślę wodzów.
— To rzeczywiście wspaniała myśl!
— Postaramy się dostać w swe ręce dowódców, a wtedy będziemy pewni, że nic się nam nie stanie. Teraz cicho. Ogień znowu przygasa i strażnicy pewnie nie spostrzegą, jeśli poruszymy rękami.
Rozciąwszy swe więzy, uczynił to samo sąsiadowi, a ten podał nóż dalej. Bowie Drolla także już krążył. Potem z ust do ust poszła wskazówka Old Shatterhanda, że wszyscy mają pobiec do wodzów, skoro tylko zagasi ognisko.
— Zagasi ognisko? — mruczał Frank. — Jak tego dokażecie?
— Zobaczysz! Musi zagasnąć, inaczej dosięgną nas kule strażników.
Teraz leżeli wszyscy wpogotowiu. Old Shatterhand zaczekał, aż jeden z czerwonych powstał, aby dorzucić drzewa do ognia, wskutek czego płomienie na krótki czas zostały przytłumione. Wtedy zerwał się rzucił na niego, uderzył go pięścią w głowę i strącił w ogień. Potoczywszy nim trzy czy cztery razy w jedną i drugą stronę, zagasił ognisko. Stało się to tak szybko, że ciemność zapadła, zanim strażnicy zrozumieli, co zaszło; to też za późno wydali okrzyk ostrzegawczy, bo jeńcy rzucili się już przez las w stronę jeziora.
Wielki Wilk udał się właśnie do swych wojowników i jedynie trzej pozostali wodzowie siedzieli przy ogniu. Usłyszeli wprawdzie okrzyk strażników, ale równocześnie ujrzeli, że zbliżają się ku nim uwolnieni, — i — w parę chwil potem leżeli już sami rozbrojeni i skrępowani. Biali chwycili bez wyboru za karabiny. Kiedy strażnicy ukazali się pod ostatniemi drzewami, ujrzeli swych dowódców na ziemi; nad nimi klęczało kilku białych z wyciągniętymi nożami. Za tą grupą stali inni z wymierzonemi ku nim strzelbami. Czerwoni cofnęli się przerażeni i wydali ryk wściekłości, który ściągnął szybko resztę wojowników; stanęli pod osłoną drzew; płomienie ogniska jasno oświetlały białych, ale nie można było wątpić, że przy pierwszym strzale groźnie podniesione noże zagłębią się w piersiach wodzów.
Old Shatterhand, który pochwycił najstarszego z dowódców, zapytał go rozkazująco, jak się nazywa.
— Moje imię jest Kunpui,[5] — odparł Indjanin. — Uwolnijcie mię, a będę z wami mówił!
— Będziesz wolny, ale dopiero wtedy, gdy zgodzicie się na nasze żądania.
— Czego żądacie? Wolności?
— Nie, gdyż tę już mamy; żądamy...
Przerwano mu. Kiedy powalono wodzów i związano ich, wypuścił na chwilę sztuciec z ręki i teraz właśnie go podniósł. Naprzeciw niego, wpośród wrogów, stanął — przezornie ukryty za drzewem — Wielki Wilk; kiedy wzrok jego padł na strzelbę, krzyknął przerażony:
— Czarodziejska strzelba, czarodziejska strzelba! Znowu tutaj; duchy przyniosły ją przez powietrze!
— Czarodziejska strzelba, czarodziejska strzelba! — zawtórowały głosy przerażonych Utahów.
Old Shatterhand zwrócił się do Ognistego Serca:
— Żądamy, byście pozwolili nam odejść bez przeszkody. Z brzaskiem dnia odjedziemy i zabierzemy was jako zakładników. Potem, skoro się przekonamy, że nie grozi nam już żadne niebezpieczeństwo z waszej strony, puścimy was wolno.
— To hańba, to wielka hańba! — jęczał Ogniste Serce.
— Czy zyskacie co, odrzucając moje żądania? Pomyślcie o mojej czarodziejskiej strzelbie!
To ostatnie ostrzeżenie wywarło widocznie niezwykły skutek, bo Ogniste Serce zapytał:
— Dokąd mamy wam towarzyszyć? W jakie okolice pojedziecie?
Z ostrożności mógłbym cię okłamać, — odpowiedział Old Shatterhand, — ale ja gardzę fałszem. Udajemy się do Book-mountains nad Srebrne Jezioro. Skoro wypróbujemy waszą uczciwość, zatrzymamy was tylko przez jeden dzień. Teraz daję wam kwadrans do namysłu. Jeśli się będziecie wzbraniać, to po upływie oznaczonego czasu przemówią nasze strzelby. Powiedziałem!
Ogniste Serce spuścił głowę. Nagle uwaga jego skierowała się ku drzewom, skąd usłyszał półgłosem:
— Mai iwe!
Słowa te znaczą: „Popatrz tutaj“. Każdemu innemu, mogło się zdawać, że zostały wypowiedziane przypadkiem i że dla białych nie mają żadnego znaczenia; lecz Shatterhand, Firehand i Winnetou zerknęli niepostrzeżenie, a to, co ujrzeli, było zjawiskiem niezwykłem. Stali tam dwaj czerwoni, trzymając koc za dwa górne końce, jakby prostopadłą zasłonę, którą poruszali w pewnych odstępach do góry i nadół. Poza nimi widać było blask ognia. Ci dwaj Indjanie rozmawiali z Ognistem Sercem.
Indjanie bowiem umieją porozumiewać się różnemi znakami. W nocy posługują się w tym celu płonącemi strzałami, któremi zapalają wiązeczki trawy, rzucane w powietrze; za dnia rozpalają ogień i rozciągają przed nim skórę albo koc, aby zebrać dym. Ilekroć usuną tę zasłonę, lub też poruszą nią, wznosi się wgórę kłąb dymu, który tworzy owe znaki. Jest to pewnego rodzaju telegraf, zupełnie podobny do naszego, gdyż pauzy między pojedynczemi kłębami dymu mają określone znaczenie, podobnie jak nasze kreski i kropki. Nie należy jednak sądzić, iż szczep trzyma się zawsze tych samych znaków; owszem zmienia je bardzo często, aby utrudnić obcym i wrogom odczytywanie sygnalizacji.
Kiedy czerwoni zaczęli poruszać kocem, Winnetou odszedł kilka kroków wbok, tak, że stanął dokładnie poza Ognistem Sercem, dla którego te znaki były przeznaczone. Telegrafowanie trwało pewnie z pięć minut, podczas których Ogniste Serce nie odwrócił oczu od miejsca, gdzie tamci dwaj stali. Potem, kiedy rozeszli się, spostrzegł dopiero, że Winnetou stał za nim; zaniepokojony obrócił się szybko, aby sprawdzić, gdzie Apacz spogląda. Ten jednak udał, że zajęła go wyłącznie błyszcząca w świetle księżyca powierzchnia jeziora. Ogniste Serce uspokoił się. Winnetou przystąpił powoli do Old Shatterhanda i Old Firehanda.
— Czerwoni rozmawiali ze swym wodzem. Czy mój brat widział ich słowa i zrozumiał je? — zapytał ostatni, gdy odeszli na stronę.
— Widziałem, ale nie zrozumiałem wszystkiego. Mimo to znaczenie ich jest mi jasne. Obaj czerwoni są to młodzi wodzowie Sampiczów, których wojownicy ściągnęli tu również. Wezwali oni Ogniste Serce, aby spokojnie jechał z nami. Ponieważ udajemy się nad Srebrne Jezioro, więc droga nasza pójdzie stąd przez Grand-river do Teywipah[6]. Tam obozuje wielu wojowników Utahów szczepu Taszów, Kapotów i Wihminuczów, zebranych na wyprawę przeciw Nawajom; oczekują Utahów, znajdujących się tutaj. Musimy się na nich natknąć, a ci, jak sądzą, zwyciężą nas i uwolnią zakładników. Teraz wyślą posłów, aby ich o tem zawiadomić. Żebyśmy zaś w żadnym wypadku nie mogli ujść, skoro tylko ruszymy, opuszczą Utahowie ten obóz i pójdą za nami, abyśmy wpadli między dwie gromady.
— Do wszystkich djabłów! Ten plan jest wcale niezły. Co mówi na to mój czerwony brat?
— Zgadzam się, że jest bardzo sprytnie pomyślany, ale ma jeden wielki błąd.
— Jaki?
— Ten, że ja go poznałem. Znamy go teraz i wiemy, co należy czynić.
— Ale przez Dolinę Jeleni musimy przechodzić, jeśli nie chcemy nadłożyć drogi!
— Nie będziemy okrążać, a mimo to nie wpadniemy w ręce Utahów. Zapytaj mojego brata Old Shatterhanda. Byłem z nim w Dolinie Jeleni; ścigały nas dwie gromady Utahów-Elków, lecz umknęliśmy im, ponieważ odkryliśmy ścieżkę, po której przed nami pewnie nikt nie szedł.
— Dobrze, Jedźmy więc tą drogą. A zakładników wypuścimy nie pierwej, aż zostawimy poza sobą tę niebezpieczną dolinę. —
Ponieważ kwadrans już ubiegł, Old Shatterhand zapytał Ogniste Serce:
— Czas oznaczony już minął. Co wódz Utahów postanowił?
— Zanim odpowiem, — odparł zapytany, — muszę przedtem wiedzieć dokładnie, jak daleko zamierzacie wlec zakładników.
— Mają nam towarzyszyć do doliny Jeleni. Jeśli do tego miejsca nic się nam nie stanie, to uznamy, że dotrzymaliście słowa i uwolnimy was.
— Czy stwierdzicie to fajką pokoju?
— Dobrze; będziesz mówił i palił w imieniu reszty.
— Weź więc twój kalumet i zapal go!
— Nie, ty weźmiesz swój.
— Dlaczego? Czy twoja fajka nie jest równie dobra, jak moja? A może twoja wydaje tylko chmury nieprawdy?
— Mój kalumet mówi zawsze prawdę, fajka zaś Wielkiego Wilka nas okłamała. — Nie, będziemy palić tylko z twojego kalumetu. Jeśli tego nie chcesz, to nie masz wobec nas uczciwych zamiarów. Rozstrzygaj prędko!
— Rozwiąż mię, abym mógł zapalić fajkę.
— To zbyteczne. Jesteś zakładnikiem i musisz pozostać w więzach, aż do Doliny Jeleni, gdzie cię uwolnimy. Ja sam nałożę twój kalumet i potrzymam ci go przy ustach.
Ogniste Serce wolał nie odpowiadać. Old Shatterhand zdjął mu fajkę z szyi, nabił ją, zapalił, wypuścił dym wgórę, wdół, w cztery strony świata i oświadczył krótko, że dotrzyma umowy z Ognistem Sercem, jeśli Utahowie wyrzekną się wszelkich kroków nieprzyjacielskich. Potem postawiono Ogniste Serce na nogi i obrócono w cztery strony; pociągnął sześć razy z fajki i złożył przyrzeczenie za siebie i swoich. —

Przyprowadzono konie białych i zakładników. Tymczasem nastał dzień. Biali uważali za wskazane przyśpieszyć odmarsz; przywiązano więc wodzów do koni; każdego z nich wzięło w środek dwu białych i oddział wyruszył w stronę bocznego kenjonu, przez który Hobble-Frank i ciotka Droll zakradli się do obozu. Czerwoni zachowywali się spokojnie i tylko posępne spojrzenia, któremi ścigali blade twarze, wskazywały, jakie uczucia względem nich żywią. —





III
BITWA INDJAN.

Szczęśliwy wynik przeprawy najwięcej dumy przysporzył Drollowi i Hobble-Frankowi. Kiedy opuścili obóz, odezwał się Droll, chichocząc swym osobliwym, zwieśnym głosem:
— Hihihihi, to dopiero uciecha dla mojej duszy! No, ale też Indjanie się pienią, że muszą nas wolno puścić. Czy prawda, kuzynie?
— Naturalnie! — zgodził się Frank. — Ale bez nas tamci leżeliby jeszcze w kajdanach i więzach, niczem Prometeusz, który całemi latami może zajadać jedynie wątróbkę z orłów.
— No, wiesz, Franku, mnie się zdaje, że oni i takby się wydostali.
— Ale z wielkim trudem. Wprawdzie nie ponosi mnie duma, lecz to w każdym razie wzniosłe uczucie. Kiedy później osiądę w rodzinnych pieleszach i będę w dobrym sosie, napiszę memorandy o tem, czego dokazali wszyscy sławni mężowie. —
Tymczasem oddział dostał się do kenjonu bocznego, który skręcał nie na lewo ku głównemu, lecz na prawo, równolegle do niego. Winnetou znał tę drogę wyśmienicie i jechał, jak zwykle, na czele; za nim myśliwi, potem rafterzy, prowadząc między sobą jeńców; za nimi szła lektyka Ellen Butler, obok jechał jaj ojciec. Pochód zamykało kilku rafterów.
Wąski kenjon piął się dość stromo wgórę; może po godzinie drogi wyszedł na drugą, otwartą równinę skalną, którą, jak się zdawało, otaczała ciemna masa Rocky-mountains. Popędzono konie. Szybką jazdę przerwała okoliczność bardzo radosna dla jeźdźców. Ujrzane mianowicie stado antylop widlastych i udało się dwie z nich okrążyć i zabić. W ten sposób zdobyto dostateczną ilość prowiantu na cały dzień.
Góry zbliżały się coraz bardziej. Około południa, kiedy promienie słońca poczęły dokuczać, dotarto do wąskiej pochyłości na skraju skalnej równiny.
— To początek kenjonu, prowadzącego nad rzekę, — objaśnił Winnetou, wjeżdżając na pochyłość.
Zdawało się, że jaki olbrzym wyciął dłutem w twardym kamieniu głęboki, coraz głębszy tor. Ściany na prawo i lewo, początkowo zaledwie dostrzegalne, potem wysokości człowieka, sięgały coraz wyżej, aż wreszcie zdawały się zlewać wgórze. Wgłębi było ciemno i chłodno. Ze ścian sączyła się woda, zbierając na dnie tak, że spragnione konie mogły się napić. Kenjon ten nie miał żadnego zakrętu. Wycięty był w skale tak prosto, że, zanim jeszcze dosięgło się końca, widać już było jego kraniec.
Kiedy tam jeźdźcy dotarli, nieomal osłupił ich widok doliny Grand-river. Miała szerokości może pół mili angielskiej; środkiem płynęła rzeka, wywabiając po obu stronach bujne pasma trawy, zamknięte prostopadłemi ścianami kenjonu. Dolina biegła z północy na południe, prosto jak wytknięta strzałem, a obie ściany skalne nie zdradzały najmniejszej rysy czy występu. A jednak nawprost jeźdźców na prawym brzegu rzeki z dość szerokiej szczeliny wypływał obfity potok.
— Musimy iść tą wodą wgórę; prowadzi ona do Doliny Jeleni — rzekł Winnetou.
— Ale jak się tam dostaniemy? — zapytał Butler, któremu szło o córkę. — Rzeka wprawdzie nie wydaje się rwąca, lecz zato głęboka.
— Powyżej ujścia potoku jest bród tak płytki, że o tej porze roku woda nie dosięgnie lektyki. Brzeg zaś jest szerszy, więc wygodniejszy. Niech moi bracia pójdą za mną.
Przejechano przez trawę wpoprzek ku brodowi. Winnetou wparł konia w wodę; reszta poszła za nim; wpobliżu drugiego brzegu zatrzymał się nagle i wskazując na brzeg, wydał stłumiony okrzyk:
— Uff! Po tamtej stronie jechali ludzie.
Old Firehand i Old Shatterhand, posunąwszy się kilka kroków dalej, ujrzeli również trop wielu jeźdźców; trawa jeszcze się niezupełnie podniosła. Trzej myśliwi wyszli na brzeg, zsiedli z koni i zbadali odciski.
— To były blade twarze, — oświadczył Winnetou.
— Tak, — potwierdził Old Shatterhand. — Indjanie byliby jechali jeden za drugim, nie pozostawiając tak szerokiego i wpadającego w oczy śladu. Mojem zdaniem oddział liczył trzydzieści do czterdziestu osób.
— Hm! — mruknął Old Firehand. — Zdaje mi się, że mamy przed sobą rudego kornela z jego oddziałem.
— Do pioruna! Możliwe! Według moich obliczeń mogą już tu być te draby, a to zgadza się także z tem, czego dowiedziałem się od Knoxa i Hiltona. Ale dokąd oni zdążają? Tam po drugiej stronie skręcili na prawo, a więc nie poszli dalej wdół Grand-river, lecz wgórę wzdłuż potoku ku Dolinie Jeleni. Jadą więc Utahom wprost w ręce. Los swój sami sobie zgotowali i my nie możemy go odmienić.
— Oho! — zawołał Old Firehand. — W takim razie utracimy plany, które skradł kornel. Jeśli nie dostaniemy tych rysunków, to nie dowiemy się nigdy, gdzie leżą skarby Srebrnego Jeziora.
— Pomyśl, o ile nas wyprzedzili!
Old Firehand schylił się, aby jeszcze raz zbadać ślady, poczem rzekł rozczarowanym głosem:
— Niestety! Byli tu przed pięciu godzinami i znajdą się w rękach czerwonych, zanim jeszcze odbędziemy połowę drogi. Co się jednak stało z posłańcami, których Yamba Utahowie mieli wysłać do tej doliny? Ruszyli naturalnie przed nami, a jeszcze nie widzieliśmy ich śladów.
— Ci ludzie z pewnością nie pojechali konno, lecz pobiegli pieszo, — wyjaśnił Winnetou. — Dla pieszych droga jest znacznie krótszą, bo w mokassynach można przejść przez takie miejsca, na których konie i jeźdźcy połamaliby karki. Niech moi bracia myślą nie o kornelu, lecz o tem, że musimy te ślady pozacierać.
— Dlaczego pozacierać?
— Wiemy, że Yamba-Utahowie idą za nami. Muszą ślady kornela, które prowadzą wprost ku Dolinie Jeleni, uważać za nasze; wtedy pójdą za niemi, nie przypuszczając, że zeszliśmy na bok i umknęliśmy im. Dlatego nie powinni widzieć ani się domyślać, że już przed nami byli tu jeźdźcy. Niech moi biali bracia zatrą ślady, jak daleko można je dojrzeć; kiedy potem Yamba-Utahowie nadejdą, trawa już się podniesie i będzie stratowana tylko tam, którędy my pojedziemy.
Plan był znakomity. Myśliwi wrócili po śladach kornela może ze sto kroków, skropili trawę wodą i podnieśli ją, idąc powoli zpowrotem i ciągnąc za sobą po ziemi koce. Reszty miało dopełnić słońce; ktoby teraz nadszedł, sądziłby, że ma przed sobą tylko trop Old Firehanda i jego towarzyszy.
Jeńcy patrzyli na to w milczeniu. Wogóle od czasu wymarszu żaden z nich nie odezwał się słowem. To, co teraz ujrzeli, wydawało im się podejrzanem; poczęli się domyślać, że ich podstępne plany zostały odkryte i zwiesili głowy. —
Teraz ruszono szerokim tropem trampów. Potok wił się w wielu zakrętach powoli wgórę. Dolina, coraz szersza, porastała w krzaki i drzewa. Wreszcie rozgałęziła się w liczne boczne doliny, z których wypływały drobne strumyki, zasilające potok u samego źródła. Winnetou skierował się za największym z tych strumyków; dolina jego miała szerokości pewnie z milę angielską, a potem nagle przechodziła w wąwóz, poza którym znowu się rozszerzała, radując oczy zieloną, soczystą murawą.
— Tu jest znakomite miejsce na wypoczynek i posilenie się — rzekł Winnetou. — Nasze konie zmęczone są i głodne, a i nam potrzeba krótkiego wytchnienia. Niech moi bracia zsiądą i upieką antylopy.
— Zaskoczą nas Utahowie! — zauważył Firehand.
— Za dnia się nie zbliżą, a jeśli kogoś postawimy przy wąwozie, to zobaczy ich zdaleka i ostrzeże nas.
Zdanie Apacza przeważyło. Postawiono straż; jeńców przywiązano do drzew, konie puszczono na paszę i wkrótce zapłonęły dwa ogniska, nad któremi piekła się dziczyzna. Niezadługo można ją było spożyć. Indjanie otrzymali również porcję mięsa i popili z kubka, który miał lord przy sobie.
Lord, w znakomitym humorze, wyciągnął książeczkę, aby zliczyć pozycje rachunków, jakie winien był Billowi i Uncle’owi za poszczególne przygody.
— Założymy się? — zapytał Billa.
— O co?
— Że winienem wam już więcej, niż tysiąc dolarów.
— Nie zakładam się.
— Wielka szkoda! Ten zakład z pewnościąbym wygrał!
— Tom podwójnie rad! Zresztą, sir, będziecie musieli dziś jeszcze więcej pozycyj wypisać, gdyż wkrótce zacznie się na nowo.
Zebrano się znowu do odmarszu. Drogę tamowały odłamy skalne różnego kształtu i wielkości, spiętrzone wysoko jeden na drugim, jakgdyby tu kiedyś przed wiekami zawalił się olbrzymi tunel naturalny. — Wśród tego rumowiska trudno było znaleźć ślad wyraźny. Tylko tu i owdzie kamień, ruszony z miejsca lub zarysowany kopytem końskiem, świadczył, że jechano tędy. Winnetou, wskazując naprzód, odezwał się:
— Za dwie godziny rumowisko to zejdzie w wielką, zieloną Dolinę Jeleni. My jednak skręcimy na lewo. Niech Old Shatterhand i Old Firehand zsiądą z koni, aby natychmiast niszczyć nasze ślady, bo Yamba-Utahowie zauważą, żeśmy wbok zeszli.
Zwrócił się na lewo, między gruzy; wezwani posłuchali jego wskazówek i dopiero kiedy dość daleko oddział się oddalił, dosiedli znowu koni. Apacz złożył dowody, że ma wprost niezrównaną pamięć miejscową. Zdawało się, że w tej gmatwaninie, w której znalazł się raz tylko przed laty, zna każdy kamień, każdą skałę, wzniesienie, czy załom.
Droga szła stromo wgórę. Wydostawszy się na obszerną, pustą wyżynę, ruszono galopem. Słońce zniknęło już za górami Rocky, kiedy dojechano do krańca równiny. Tu Apacz zatrzymał się.
— O pięćset kroków stąd — rzekł — skała opada wdół prosto, jak kropla wody w głębinę; z tamtej strony tak samo; w pośrodku zaś leży Dolina Jeleni z dobrą wodą i obszernym lasem. Prowadzi do niej tylko jedna znana droga. Old Shatterhand jednak i ja odkryliśmy przypadkiem jeszcze jeden dostęp. — Pokażę go wam.
Stanął nad brzegiem przepaści. Leżały tam złomy skalne, ułożone obok siebie jakby mur ochronny, dla zabezpieczenia przed upadkiem w tę straszliwą głębię. Winnetou zniknął między dwoma odłamami; reszta poszła za nim gęsiego.
I rzecz szczególna! Prowadziła tamtędy droga. Na prawo rozwierała się przepaść, na dno której zejść zamierzali; droga prowadziła na lewo między bloki skalne i to tak stromo, że jeźdźcy woleli zsiąść z koni i prowadzić je za sobą. Ogromny, długi na milę i szeroki kolos skalny wykazywał pęknięcie, które, robiąc różne zagięcia, szło zgóry nadół. Mimo, że droga była tak stromą, konie spaść nie mogły, bo tworzył ją nie gładki kamień, ale gęste rumowisko. Im głębiej schodzono, tem głębsza okrywała ich ciemność. Old Firehand posadził Ellen Butler na swym wierzchowcu i szedł obok, podpierając ją i przytrzymując. Zdawało się, że schodzą już całe godziny, gdy nagle pochyłość się skończyła, grunt wyrównał, a rozpadlina rozszerzyła. Winnetou stanął.
— Jesteśmy prawie w dolinie. Tutaj pozostaniemy, aż ciemności pozwolą nam przejść obok Utahów. Zabierzcie konie wtył, gdzie znajdą wodę, i załóżcie jeńcom kneble, żeby nie mogli krzyczeć!
Apacz wysunął się naprzód, aby zbadać położenie; powróciwszy, oświadczył:
— Na prawo od nas w kierunku północnym obozują Utahowie. Wdole jest ciemno. Sądzę, że nie stoją tam straże; zapewne postawiono tylko dwu lub trzech ludzi przy wyjściu z doliny; tych łatwo unieszkodliwić i moglibyśmy opuścić dolinę bez wielkiego niebezpieczeństwa, gdyby nie rudy kornel. Musimy się dowiedzieć, jak stoi jego sprawa. Dlatego, skoro ciemność się zwiększy, poczołgam się z Old Firehandem i Shatterhandem ku ogniskom, aby podsłuchać Utahów. —
Po dwu godzinach trójka poczołgała się ostrożnie w stronę lasu. Ogniska Utahów płonęły dość daleko, a było ich wiele; z liczby należało wnioskować, że obozują tu niezliczone gromady czerwonych. Śmiałkowie posuwali się prawym brzegiem doliny; Winnetou na przodzie. Znajdowali się już narówni z przedniemi ogniskami. Na lewo, zdała od innych, płonął ogień jasny i wysoki. Przy nim spoczywało pięć głów ozdobionych orlemi piórami.
W tej właśnie chwili podniósł się jeden z wodzów, odrzuciwszy płaszcz wojenny. Jego nagą pierś, podobnie jak twarz i ramiona, grubo pokrywała jasno-żółta barwa.
— T’ab-wahgare![7] — szepnął Winnetou. — Ten wódz Kapotów posiada siły niedźwiedzia. Popatrzcie na jego ciało! Jakie grube, mocne muskuły, a jaka szeroka pierś!
Utah skinął na drugiego wodza, który również powstał. Jeszcze wyższy od poprzedniego, niemniejszą wykazywał siłę.
— To Tsu-in-kuts[8] — objaśnił Old Shatterhand. — Nosi to imię dlatego, że razu pewnego czterema strzałami powalił cztery bawoły.
Obaj wodzowie zamienili ze sobą parę słów i oddalili się od ogniska. Może chcieli obejść straże. Omijali inne ognie, trzymając się wpobliżu ściany skalnej.
— Aha! — odezwał się Old Firehand. — Będą przechodzić blisko nas. Jak myślisz, Shatterhandzie? Czy nie weźmiemy ich?
— Uff! Wesoły figiel! Z miejsca na ziemię. Ty pierwszego, ja drugiego!
Obaj Utahowie zbliżyli się, jeden za drugim. Nagle za nimi wynurzyły się dwie postacie — dwa potężne uderzenia pięścią i ugodzeni runęli na ziemię.
— Dobrze! Teraz prędko do kryjówki!
Każdy wziął swego na barki. Winnetou miał pozostać. Myśliwi zdali towarzyszom nowych jeńców, kazali ich związać i zakneblować, a potem powrócili do Winnetou. Stał jeszcze na tem samem miejscu. Teraz należało wykryć, gdzie znajdował się rudy kornel. W tym celu musieli przejść przez całą dolinę. Ruszyli więc dalej wzdłuż ściany skalnej, pozostawiając ogniska na lewo. — Wszystko, co się działo po tej stronie, widzieli dokładnie; przed nimi jednak było ciemno. Gdzie wzrok nie wystarczał, zdawali się na dotyk. Winnetou czołgał się, jak zwykle, przodem; naraz, przerażony, krzyknął prawie głośno:
— Uff, człowiek przede mną!
— Trzymaj go! Nie pozwól mu krzyczeć! — szepnął Firehand szybko.
— On nie może krzyczeć; nie żyje!
— Zadusiłeś?
— Był już martwy; wisi na palu.
— Boże! Ma palu męczeńskim?!
— Tak. Brak mu skalpu; ciało pokryte ranami; już ostygł. Ręce mam mokre od krwi.
— A więc biali zabici; tu jest miejsce kaźni. — Szukajmy dalej!
Macając dookoła siebie, znaleźli około dwadzieścia okropnie pokaleczonych ciał, przywiązanych do drzew i słupów.
— Straszne! — jęknął Old Shatterhand. — Myślałem, że będziemy mogli tych ludzi uratować przynajmniej od takich męczarni! Zwykle czerwoni czekają z kaźnią do następnego dnia, a tu się pokwapili.
— A plan, rysunki! — odezwał się Firehand. — Stracone!
— Jeszcze nie. Mamy przecież wodzów w niewoli. Może będziemy mogli wymienić ich za te rysunki.
— Jeśli ich do tej pory nie zniszczyli!
— Zniszczyli? Z pewnością nie! Czerwoni poznali już wagę takich papierów. Niema obawy. Zresztą domyślam się, z jakiego powodu tak szybko zamordowano trampów. — Chcieli oczyścić zapewne miejsce dla świeżych białych. Doniesiono im o naszem przybyciu, więc czekają nas.
— Dobrze mój brat sądzi. Wysłani z zawiadomieniem czerwoni są już tutaj; Yamba-Utahów niema jednak jeszcze, — przytaknął Winnetou, — gdyż upłynęły pewnie godziny, zanim odważyli się minąć miejsce naszego postoju i wejść w wąwóz. Może przyjdą dopiero jutro rano, bo ostatek drogi jest tak uciążliwy, że w nocy nie... Uff! nadchodzą!
Powyżej miejsca, gdzie stali, odezwał się głośny, radosny okrzyk, na który odpowiedziano natychmiast zdołu. To przybyli Yamba-Utahowie mimo ciemnej nocy i złej drogi. Indjanie wybiegli z obozu porwawszy z ognisk płonące szczapy. Las się rozjaśnił i zapanowało ożywienie, groźne dla trzech śmiałków.
— Musimy uciekać, — odezwał się Old Firehand. — Ale dokąd? Przed nami i za nami wszędzie czerwoni.
— Na drzewa, — odpowiedział Old Shatterhand. — Wśród gęstych gałęzi możemy zaczekać, aż ruch ustanie.
— A więc wgórę! Ach, Winnetou już tam siedzi!
Tak, Apacz nie pytał długo, ale czem prędzej ukrył się wśród liści. Myśliwi, idąc za jego przykładem, wspięli się na najbliższe drzewa.
Przy blasku ognisk i pochodni ujrzeli nadchodzących Yambów. Indjanie, dowiedziawszy się o śmierci przeszło dwudziestu białych, sądzili, że to poszukiwani przez nich, i chcieli przyjrzeć się trupom. Kiedy zbliżono się z pochodniami, aby ich pokazać przy niepewnem, migotliwem świetle, ukazał się ukrytym na drzewach widok krwawej grozy. Yambowie rozpoznali, że trupy, niestety, są im obce i wyładowali swą wściekłość w sposób trudny do opisania. Na szczęście scena ta nie trwała długo, a zakończyła się w sposób nieoczekiwany.
U spadzistego krańca doliny rozległ się przeciągły krzyk, krzyk, którego nie zapomni, kto go raz posłyszy. Krzyk przedśmiertny.
— Uff! — zawołał z przerażeniem jeden ze stojących pod drzewem wodzów. — Co to było? Tam wdole znajdują się Żółte Słońce i Cztery Bawoły.
Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk, a potem kilka strzałów.
— Nawajowie, Nawajowie! — krzyknął wódz. — Winnetou, Shatterhand i Firehand zwabili ich tutaj, aby się zemścić. Hej, wojownicy! Rzucić się na tych psów! Zniszczyć ich! Pozostawcie konie i walczcie pieszo z pod drzew.
Przez chwilę wszystko biegało w największem zamieszaniu; chwytano za broń i dorzucano drzewa do ognia, aby oświetlić należycie pole walki. Krzyczano. Strzały padały bliżej i bliżej, od drzewa do drzewa przemykały ciemne postacie. — Utahowie odpowiadali tu i owdzie, zrazu pojedynczo, potem grupami. Nie było właściwie ogólnego terenu walki, jeśli mianem tem ochrzcić całą dolinę, lecz walczono zosobna dokoła każdego ogniska. —
Tak, to byli Nawajowie; chcieli napaść niespodzianie na Utahów, nie umieli jednak usunąć bez hałasu straży, stojących u wyjścia doliny. Krzyk mordowanych wywołał alarm i teraz zawiązała się walka wręcz otwarta; rozstrzygnąć jej nie mógł nagły napad, zwycięstwo miała wywalczyć odwaga i przewaga.
Wkrótce okazało się, że przewagę mieli Utahowie; znali okolicę lepiej, niż ich wrogowie, to też, chociaż napastnicy trzymali się dzielnie, wypierano ich krok za krokiem. Walczono zdala i zbliska, bronią palną, nożami i tomahawkami. Dla siedzących w ukryciu świadków walka dzikich z dzikimi na śmierć i życie była widokiem odurzającym. Tu pasowało się dwóch wśród ogłuszającego wycia; tam rąbała gromada w piekielnem milczeniu. Zwycięzca zdzierał z zabitego skalp, aby za chwilę stracić swój własny. —
Z trzech pozostałych przy ognisku wodzów, dwaj wzięli udział w walce aby przykładem odwagi zagrzać swoich do męstwa. Trzeci oparł się wpobliżu ogniska o drzewo i, zwracając baczną uwagę na przebieg walki, rzucał na prawo i lewo rozkazy, rycząc głośno. Był to naczelny wódz; w rękach swych trzymał wszystkie nici obrony. Nawet kiedy Nawajów wyparto, on pozostał na miejscu, rzekłbyś, kamienny.
Walka oddalała się coraz bardziej. Teraz dla trzech mimowolnych świadków nadszedł czas cofnięcia się w bezpieczne miejsce, droga bowiem do kryjówki była wolna; zeszli z drzew. Wódz Utahów stał jeszcze na tem samem miejscu. Zdala dochodziła wrzawa walki.
— Teraz zpowrotem! — odezwał się Winnetou. — Później rozpalą ognie na znak radości i będzie dla nas za późno. Zabierzemy ze sobą wodza. Ja pójdę...
Przerwał, zdumiony, bo z ciemności wyskoczył szybko jak piorun mały, szczupły, kulawy człowieczek, podniósł wgórę strzelbę i potężnem uderzeniem kolby powalił wodza na ziemię. Potem chwycił go za kark i pociągnął szybko w ciemności. Z jego ust wybiegły niezbyt głośne, ale zrozumiałe słowa:
— Co mogą Old Shatterhand i Old Firehand, to przeważnie potrafimy także i my, Sasi.
— Hobble-Frank! — wyrzekł Old Firehand. — Ten hultaj oszalał. Musimy pójść czem prędzej za nim, aby nie zrobił jakiego głupstwa.
Pośpieszyli za małym. Już prawie dotarli do kryjówki, gdy nagle padł przed nimi strzał i zaraz potem rozległ się śmiech Moritzburczyka:
— Głupcze! Uważaj, gdzie celujesz! Jeśli mnie chcesz trafić, to nie mierz do księżyca! Masz swoją porcję, a teraz dobranoc!
Odezwał się trzask ciężkiego uderzenia, — nastała cisza. Trójka natknęła się na Franka.
— Nabok! — zawołał. — Tu strzelają i kłują!
— Stój! — ostrzegł Shatterhand. — To my!
— Podziękujcie Bogu, że otworzyliście usta! Gdybym nie poznał waszego głosu, to, na moją duszę, byłbym was krótko i węzłowato zastrzelił.
— Dlaczego opuściłeś kryjówkę?
— Tylko z troski o was. Zaledwie odeszliście, rozległ się krzyk, jakby Cymbrowie wpadli między Teutonów; potem zaczęła się strzelanina, a ja zląkłem się i zaniepokoiłem o was. Dlatego chwyciłem za strzelbę i wymknąłem się niepostrzeżenie dzięki tym egipskim ciemnościom. Na lewo strzelano, wy udaliście się na prawo. Tu stał przy drzewie wódz, jak śledź marynowany; to rozgniewało mnie i dałem mu klapsa po południku tak, że padł na ziemię w kierunku równikowym. Chciałem go naturalnie szybko usunąć w bezpieczne miejsce, więc pociągnąłem za sobą; ale, że był trochę ociężały, siadłem na chwilę na jego corpus juris, aby sumiennie wypocząć. Wtem podpełzł jakiś czerwony „wolny strzelec“ i zmierzył do mnie z flinty; odbiłem ją wbok, kula poszła po mlecznej drodze, a ja rozciągnąłem go kolbą obok wodza. Co się stanie z tym hultajem? Ja sam mu nie poradzę.
— Pomożemy ci. Teraz szybko do kryjówki! Strzelanina ustała i Utahowie zaraz powrócą.
Obu nieprzytomnych Indjan wniesiono do kryjówki, gdzie ich związano i skneblowano jak poprzednich.
Utahowie w istocie powrócili i to jako zwycięzcy. Rozpaliwszy dwakroć więcej ognisk, przetrząsali las, szukając zabitych i rannych. Nawajowie zabrali swoich. Nad każdym znalezionym trupem zawodzono skargi i wydawano wycie wściekłości. Ciała zebrano na jedno miejsce, aby je pochować z należytemi zaszczytami. Brakło tylko trzech wodzów. Po tem odkryciu las rozbrzmiał znowu od ryku rozgniewanych czerwonych. Dwaj pozostali dowódcy zwołali wybitnych wojowników na naradę.
To naprowadziło Winnetou na myśl podkradnięcia się jeszcze raz do obozu Utahów, aby usłyszeć, co postanowią; dokonał tego bez trudności. Czerwoni przekonani, że są zupełnie sami, uważali wszelką ostrożność za zbyteczną. Odparci Nawajowie, ich zdaniem, nie powrócą już, a gdyby się nawet odważyli, to u wyjścia z doliny stały straże. Postanowiono jeszcze tej nocy pogrzebać zmarłych. Teraz należało przedewszystkiem uwolnić pojmanych wodzów. To było nawet bardziej wskazane, niż czekać do rana na przybycie Winnetou i jego białych towarzyszy, bo ci, udając się nad Srebrne Jezioro, musieli bezwarunkowo wpaść w ręce Utahów. Dlatego uradzono poczynić wszelkie potrzebne przygotowania, aby z brzaskiem dnia ruszyć w pościg za nimi.
Winnetou cofnął się powoli i ostrożnie. Wpobliżu kryjówki ujrzał kilka koni; zwierzęta te spłoszyły się w czasie walki i odłączyły od reszty. Apaczowi wpadło na myśl, że przecież muszą transportować nowych jeńców, to znaczy trzech wodzów i wojownika. Wpobliżu nie było nikogo. Konie nie lękały się, ponieważ był Indjaninem; wziął więc jednego za uzdę i poprowadził ku kryjówce, aby oddać Old Firehandowi. W ten sam sposób przyprowadził trzy pozostałe. —
W kryjówce czas nikomu się nie dłużył, bo miano dość tematu do opowiadania i słuchania. Zasnęli dopiero po północy, ale już z brzaskiem dnia byli wszyscy na nogach, gdyż odmarszowi Indjan towarzyszył znaczny hałas. Wkrótce w dolinie nie stało ani jednego Utaha i biali mogli opuścić kryjówkę. —
Obejrzano trupy pomordowanych białych. Skonali wśród wielkich męczarni. Westmani wiele już widzieli i wiele przeżyli; nie mogli się jednak oprzeć uczuciu przerażenia, widząc podziurawione ciała i straszliwie zniekształcone członki zmarłych. Trampi zebrali owoce własną ręką posiane. Najakuratniej obeszli się czerwoni z kornelem: wisiał przy palu głową nadół; donaga, podobnie, jak jego towarzysze, obdarty z odzieży. Czerwoni rozchwytali ją, nie pozostawiając najmniejszego drobiazgu. Skradziony rysunek zniknął; gdyby go nie było można wydostać od Utahów, to pozostawała jeszcze wątła nadzieja, że obaj Niedźwiedzie uchylą tajemnicy Srebrnego Jeziora. —

Zmarłych pogrzebano i pod wodzą Winnetou ruszono manowcami ku Srebrnemu Jezioru. —





IV
NAD SREBRNEM JEZIOREM.

W kilka dni później oczom białych, zbliżających się już do celu uciążliwej podróży, przedstawił się potężny widok. Jechali powoli wznoszącym się kenjonem, po którego bokach jeżyły się potężne i wysokie masy skalne. Kolosalne piramidy z piaskowca, pięły się różnobarwnemi pokładami w niebo. Widok ten okazały był jednak martwy; brakło mu życia, ruchu. Między skałami ani kropelki wody, na głębokiem dnie ani źdźbła trawy, na stromych ścianach ani cienia zielonej gałązki czy liścia, którego barwa radowałaby oczy. Suchy obecnie kenjon tworzył niegdyś łożysko rzeki, która wartkie fale wylewała szerokim strumieniem do Colorado. Stąd też na dnie jego leżały grube pokłady okrągłych i wygładzonych kamieni, a przestrzeń między niemi wypełniał piasek. Utrudniało to ogromnie drogę, bo kamienie usuwały się za każdym krokiem z pod kopyt koni i nużyły zwierzęta.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou jechali przodem. Pierwszy z widoczną uwagą przyglądał się otoczeniu. Nagle zatrzymał konia w miejscu, gdzie dwa potężne słupy skalne, opierające się wgórze o siebie, tworzyły wolną przestrzeń, szeroką może na dziesięć stóp, która zdawała się zwężać w głąb; przyjrzawszy się bacznie, rzekł:
— Tutaj z pewnością wyszedłem wówczas, kiedy znalazłem żyłę. Zobaczmy jednak pierwej; może się mylę.
Chciał zsiąść z konia dla przekonania się, ale Apacz zwrócił się ku otworowi i odezwał:
— Niech moi bracia pójdą za mną, bo tu zaczyna się ścieżka, którą możemy sobie znacznie skrócić drogę.
— Znasz tę szczelinę? — zapytał Firehand zaskoczony.
— Tak. Z początku się zwęża, potem rozszerza bardzo i to nie w wąski parów, ale w równą płaszczyznę skalną, która powoli wznosi się wgórę.
— To się zgadza, to się zgadza! A więc jestem w dobrem miejscu. Ta płaszczyzna ciągnie się kilkaset stóp wgórę. A co jest dalej? Czy wiesz?
— Górna krawędź tej tafli spada po drugiej stronie stromo w głąb, w wielki, okrągły kocioł, z którego prowadzi w licznych zakrętach wąska ścieżka w szeroką, piękną dolinę Srebrnego Jeziora.
— I to także się zgadza. Czy znalazłeś może w tym kotle co ciekawego?
— Nie. Tam niema nic; ani wody, ani trawy, ani zwierzęcia. Żaden owad, żadna mrówka nie czołga się po tych wiecznie suchych kamieniach.
— Więc ja ci dowiodę, że można tam znaleźć coś co jest o wiele cenniejsze od wody i trawy.
— Czy masz na myśli żyłę srebra, którą odkryłeś?
— Tak. Dla tego właśnie kotła podjąłem tę daleką jazdę. Naprzód, skręcamy wbok! —
Wjechali do szczeliny jeden za drugim, gdyż nie było dość miejsca dla dwu koni. Wkrótce jednak ściany poczęły się rozstępować; przed jeźdźcami leżał gładki, wznoszący się powoli trójkąt skalny, tworzący wgórze na tle jasnego nieba ostrą, prostą linję.
Jechano wgórę. Zdawało się, że konie wdzierają się na ogromny dach, jednakże pochyłość nie nastręczała zbyt wielkiej trudności. Upłynęła godzina, zanim oddział dostał się na szczyt i teraz przed oczyma jeźdźców ciągnęła się milami równina skalista w kierunku zachodnim. Na jej przedzie był głęboki kocioł, o którym mówili Old Firehand i Winnetou; na lewo w kierunku południowym szła wgórę ciemna kresa — wąwóz, przez który z kotła można się było dostać do Srebrnego Jeziora.
Old Firehand chciał pokazać towarzyszom, co znalazł w kotlinie; Utahowie jednak nie powinni byli o tem nic wiedzieć. Dlatego odprowadzono ich do wąwozu, pozostawiając kilku rafterów na straży. —
Kocioł miał przynajmniej milę angielską średnicy, a dno jego składało się z kamieni i grubej warstwy piasku, otoczonej przez wodę. Inżynier Butler, rzuciwszy dookoła badawcze spojrzenie, odezwał się:
— Może natrafimy na bogatą bonancę. Jeśli rzeczywiście znajduje się tutaj szlachetny metal, to należy się go spodziewać odrazu w znacznych ilościach. To ogromne zagłębienie zostało wymyte w ciągu całych stuleci. Woda, spływająca z południa przez parów, nie mając ujścia, utworzyła wir, który odrywał kamienie i ścierał je na żwir i piasek. Grunt, na którym stoimy, powstał przez powolne osadzanie się i musi zawierać czysty metal, który wskutek swej ciężkości opadał na spód, a więc leży pod warstwą piasku. Jeśli wykopiemy dół na kilka łokci, to się pokaże, czy podróż nasza osiągnęła swój, cel, czy też była daremną.
— Nie potrzeba kopać. Wystarczy przecież przekonać się, czy brzegi tej wyżyny, niegdyś wypełnionej wodą, zawierają poszukiwany kruszec.
— Oczywista. Jeśli w tych ścianach znajduje się srebro, to jest rzeczą zupełnie pewną, że i dno kotła je zawiera.
— Więc chodźcie! Dam wam dowody.
Ruszył wprost ku znanemu sobie miejscu. —
— Kuzynie, serce mi bije, — przyznał się Hobble-Frank Altenburczykowi. — Jeśli znajdziemy srebro, to napcham kieszenie po brzegi i powrócę do domu, do Saksonji. Tam zbuduję sobie na brzegu słodkiej Elby willę i od rana do nocy będę wystawiał przez okno głowę, aby pokazać ludziom, jak wygląda człowiek, który znalazł pokłady srebra.
— A ja, — odpowiedział Droll, — kupię sobie folwark z dwudziestoma końmi, z osiemdziesiątką krów i nic nie będę robił, tylko twaróg, bo w altenburskiem o to przedewszystkiem idzie. —
Old Firehand przystąpił do ściany skalnej, podmytej i pokruszonej w tem miejscu, wyciągnął luźno leżący kamień, jeden, drugi, kilka. Powstała szpara. Firehand sięgnął do niej ręką.
— Z tego, co tu znalazłem, — rzekł — zabrałem próbkę i kazałem zbadać. Zobaczymy teraz, czy z oceną zgodzi się Butler.
Kiedy rękę cofnął, trzymał w niej coś białego z bronzowym nalotem, coś nakształt drutu. Inżynier, zaledwie wziął to do ręki i rzucił okiem, zawołał głośno:
— Nieba! Toż szczere srebro! I to tkwiło w szparze?
— Tak! Wypełniało całą szczelinę. Zdaje się, że sięga ona głęboko w skałę i obfituje w kruszec.
— Wobec tego mogę ręczyć, że czeka nas bogaty połów. Naturalnie znajdzie się więcej takich rozpadlin i szczelin, zawierających czyste srebro.
Westman zaśmiał się i wydobył drugi jeszcze znacznie większy przedmiot. Był to kawał kruszcu wielkości co najmniej dwu pięści; Butler obejrzał go uważnie i zawołał:
— Badanie chemiczne jest naturalnie o wiele pewniejsze, ale mogę przysiąc, że natknęliśmy się na chlorek srebra, a więc rogokrusz srebra, kerargyrit.
— To się zgadza. Analiza chemiczna wykazała chlorek.
— Iloprocentowy?
— Siedemdziesiąt pięć procent czystego kruszcu.
— Co za odkrycie! Rzeczywiście w Utah znajduje się przeważnie rogokrusz srebra. Gdzie jest ta żyła?
— Dalej stąd, po drugiej stronie kotła. Nakryłem ją grubą warstwą rumowiska.
— Mr. Firehand! Tu leżą miljony, a odkrywca jest krezusem! — zawołał Watson, były nadzorca robotników.
— Tylko odkrywca? Pshaw! Wy wszyscy otrzymacie w tem udział. Ja jestem odkrywcą, Butler inżynierem, a reszta będzie pomagać w wydobywaniu srebra. W tym celu przecież was zabrałem. Warunki, na jakich będziemy pracować, i udział, który każdy z was otrzyma, omówimy jeszcze bliżej.
Słowa te wywołały ogólną radość; zdawało się, że nie będzie jej końca. Większość chciała natychmiast podjąć dalsze badania, jednak Old Shatterhand położył kres temu, ostrzegając:
— Nie tak śpiesznie, messurs! Przedewszystkiem musimy pomyśleć o czem innem. Przecież nie jesteśmy tu sami.
— Ale wyprzedziliśmy czerwonych, — zauważył lord, który wprawdzie nie podnosił żadnych pretensyj do odkrytego kruszcu, lecz podzielał entuzjazm innych.
— Wyprzedziliśmy, to prawda, ale nie o wiele. Nawajowie przybędą nad jezioro zaledwie o kilka godzin później niż my, a za nimi naturalnie Utahowie. Nie mamy więc czasu do stracenia, bo musimy się przygotować na ich przyjęcie.
— To prawda, — potwierdził Old Firehand. — Ale chciałbym jeszcze wiedzieć, czy eksploatacja nie natrafi na trudności; aby nam to wyjaśnić, master Butler będzie potrzebował zaledwie kilku minut.
Inżynier rzucił długie, badawcze spojrzenie na otoczenie, poczem zapytał:
— Jak daleko stąd leży Srebrne Jezioro?
— Za dwie godziny będziemy tam.
— Czy leży wyżej niż to miejsce?
— Znacznie wyżej.
— A więc mielibyśmy potrzebny spadek; trzeba jednak rur, choćby początkowo drewnianych. Czy znajdziemy je tutaj?
— Nawet mnóstwo. Srebrne Jezioro jest otoczone lasem.
— Świetnie! Może nie będziemy musieli całej przestrzeni wykładać rurami. Możemy nieco wyżej stąd założyć zbiornik, a z jeziora aż do tego rezerwuaru woda będzie płynąć na powierzchni; stamtąd jednak sprowadzimy ją rurami, aby otrzymać potrzebne ciśnienie.
— Aha, do płuczkami?
— Tak. Unikając gracy i łopaty przy obróbce kamienia, będziemy go rozsadzać wodą, a gdzie sikawki nie wystarczą, użyjemy prochu. Również i grunt, zawierający kruszec, obrobimy wodą.
— Ale woda musi wszak znaleźć odpływ, gdyż zaleje kocioł i nie będziemy mogli pracować.
— Tak, odpływ! Ten trzeba najpierw przygotować. Myślę, że początkowo wystarczy pompa, lub wiadro blokowe do podnoszenia wody na wyżynę, przez którą dostaliśmy się tutaj. Stamtąd sama już pójdzie wdół, a przez szczelinę do kenjonu. Naturalnie, potrzeba nam maszyn, ale to nie nastręczy żadnych trudności i w ciągu miesiąca może być wszystko gotowe. Jedna tylko rzecz nasuwa mi pewne wątpliwości. — Do kogo należy ta ziemia?
— Do Timbabaczów, lecz wpływ Winnetou skłoni ich do sprzedania jej, co każę urzędownie potwierdzić.
— Więc jestem zadowolony. Najważniejsze jest to, że można wodę z jeziora sprowadzić tutaj, nad czem jeszcze zastanowię się w czasie obecnej jazdy. — Jedźmy dalej!
Małą szczelinę, którą Old Firehand odsłonił, zamknięto zpowrotem, a również zasypano wejście do żyły; całe towarzystwo dosiadło koni, aby kontynuować przerwaną jazdę. —
Jeszcze nie dotarli do Srebrnego Jeziora, kiedy dawne łożysko rzeczne, nagle się rozszerzyło, tworząc równinkę, otoczoną skałami, na której znajdował się niewielki stawek. Tu rosła trawa. Wskutek gorąca, braku wody i złej drogi, konie mocno ucierpiały, to też, nie chcąc już słuchać wędzidła, samowolnie rzuciły się na paszę. Jeźdźcy zsiedli, aby im dogodzić.
Inżynier zwracał pilną uwagę na drogę, którą przebywali; teraz spostrzeżenia swe zakomunikował towarzyszom:
— Dotychczas jestem zadowolony. W wądole poddostatkiem jest miejsca nie tylko dla przeprowadzenia wody, ale także dla transportu wszystkich potrzebnych nam przedmiotów. Muszę przyznać, że przyroda okazała się dla nas bardzo łaskawa i...
Przerwał i począł nawoływać, przerażony:
— Ellen! Gdzie jest Ellen? Nie widzę jej nigdzie! —
Po raz pierwszy od dwu dni dziewczynka ujrzała nie tylko trawę, ale także kilka kwiatków; więc nie dziw, że pobiegła je zerwać. Wilgoć pobliskiego jeziora, przesyciła ziemię aż tutaj i roślinność pokryła wąwóz, prowadzący ku jezioru. Ellen, zrywając kwiatki, szła coraz dalej, aż do zakrętu. Właśnie chciała zawrócić, kiedy z poza załomu drogi wyszło trzech mężczyzn, — trzej uzbrojeni Indjanie. Dziewczę struchlało ze strachu; chciało wołać pomocy, ale nie mogło wydobyć głosu. Indjanie szybko rzucili się na nią. Jeden położył jej rękę na ustach, drugi przytknął nóż do piersi, grożąc łamaną angielszczyzną:
— Cicho, inaczej umrzeć!
Tymczasem trzeci posunął się naprzód, aby zobaczyć, do kogo biała dziewczynka należy, gdyż rozumiało się samo przez się, że nie była tu sama. Po dwu zaledwie minutach powrócił i szepnął do towarzyszy kilka słów, których Ellen nie zrozumiała; potem pochwycono ją, a ona nie odważyła się nawet głosu wydobyć.
Po krótkim czasie wąwóz się skończył niezbyt wysokim stokiem, którego dolny brzeg porastały krzaki, połączone wgórze z lasem. Ellen pociągnięto w zarośla, a potem ku drzewom, gdzie siedziała gromada Indjan. Broń leżała przy nich, ale natychmiast pochwycili za nią i zerwali się, zobaczywszy, że towarzysze nadchodzą z dziewczynką.
Ellen, widząc oczy wszystkich skierowane groźnie na siebie, była pewna, że znalazła się w największem niebezpieczeństwie. Wtem przypomniała sobie totem, który podarował jej na okręcie Mały Niedźwiedź. Ten powiedział, że to pismo ocali ją w każdem niebezpieczeństwie. „Jego cień jest moim cieniem, a jego krew jest moją krwią; on jest moim starszym bratem“, brzmiały słowa totemu. Wyciągnąwszy nitkę, na której totem wisiał, odwiązała go i podała temu z Indjan, którego z powodu strasznego wyglądu uważała za niebezpiecznego.
Czerwony rozwinął skórę, przyjrzał się figurom, wydał okrzyk ździwienia i podał totem najbliższemu. Totem przeszedł z rąk do rąk. Twarze się rozjaśniły, a ten, który mówił już do Ellen, zapytał:
— Uff! kto dać ci?
— Nintropan-homosz, — odpowiedziała.
— Młody wódz?
— Tak!
— Gdzie?
— Na statku.
— Wielkie, ogniste kanoe?
— Tak.
— Na Arkanzas?
— Tak.
— To prawda. Nintropan-homosz być na Arkanzas. Kto ludzie tam? — zapytał, wskazując na wąwóz.
— Winnetou, Old Firehand, Old Shatterhand.
— Uff, Uff! — zawołał, a i inni zawtórowali — uff! — Chciał nadal pytać, lecz zaszeleściło w krzakach i wyszli z nich pod wodzą trzech wymienionych biali, którzy w jednej chwili otoczyli czerwonych. Wywiadowca nie zauważył poprzednio Winnetou, teraz dopiero go poznał.
— Wielki wódz Apaczów! — zawołał. — Ta biała dziewczynka ma totem Małego Niedźwiedzia, jest więc naszą przyjaciółką. Porwaliśmy ją, bo nie wiedzieliśmy, czy mężowie, do których należy, są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami.
Czerwoni mieli na twarzach barwy błękitną i żółtą, co skłoniło Winnetou do zapytania:
— Wy jesteście wojownikami Timbabaczów?
— Tak.
— Kto was prowadzi?
— Czia-nicas. — Imię to znaczy: „Długie Ucho“; widocznie ten człowiek wsławił się bystrym słuchem.
— Gdzie on? — pytał Winnetou.
— Nad jeziorem.
— Ilu wojowników znajduje się tutaj?
— Stu.
— Czy zebrały się również inne szczepy?
— Nie. Przyjdzie jednakże jeszcze dwustu wojowników Nawajów; pociągniemy z nimi na północ, aby zabrać skalpy Utahom.
— Miejcie się na baczności, aby oni waszych nie zabrali. Czy postawiliście straże?
— Poco? Nie spodziewamy się żadnego wroga.
— Przyjdzie ich więcej, niżbyście chcieli. Czy Wielki Niedźwiedź jest nad jeziorem?
— Tak, a również i Mały Niedźwiedź.
— Prowadźcie nas do nich!
Właśnie nadeszło z wąwozu kilku rafterów z końmi i jeńcami, bo reszta białych poszła pieszo za Ellen. Teraz dosiedli koni, a Timbabaczowie stanęli na przodzie jako przewodnicy. Oddział dotarł na szczyt góry. Potem grunt opadł po drugiej stronie, a wkrótce ujrzano błyszczącą powierzchnię wody — Srebrne Jezioro!
Wysokie jak wieże baszty skalne, błyszczące wszelakiemi barwami, zamykały dookoła dolinę, której długość wynosiła dwie godziny drogi, a szerokość połowę tego. Poza temi bastjonami wznosiły się inne i coraz inne olbrzymy górskie, których szczyty sterczały jedne nad drugiemi. Ale te góry i skały nie były nagie. W rozpadlinach rosły drzewa i krzaki, a im niżej, tem bardziej gęstniał las, który schodził aż w pobliże jeziora; między nim a jeziorem widać było tylko wąski pas trawy.
W pośrodku jeziora leżała zielona wyspa z osobliwą budowlą z cegieł, która zdawała się pochodzić z tych odległych czasów, kiedy to dzisiejsi Indjanie nie wyparli jeszcze pierwotnych mieszkańców Ameryki. Na trawie stały liczne chaty, wpobliżu których przywiązanych było do brzegu kilka kanoe. Wyspa, okrągła, mogła mieć sto kroków średnicy. Starą budowlę pokrywały kwitnące pnącze, a reszta przestrzeni była uprawna jak ogródek i zarośnięta krzewami.
Wierzchołki lasu odbijały się w wodzie jeziora, szczyty gór rzucały cień na jego fale. Mimo to jezioro nie było ani zielone, ani błękitne; raczej błyszczało barwą srebrno-szarą, a ponieważ żaden wietrzyk nie marszczył powierzchni jego wody, przybysze mogli sądzić, że mają przed sobą kotlinę, wypełnioną żywem srebrem.
W chatach i obok nich leżeli Indjanie, mianowicie owych stu Timbabaczów. Pojawienie się białych wywołało wśród nich lekki niepokój, który jednak ustąpił, skoro tylko na czele oddziału ujrzeli swych towarzyszy. Zanim jeszcze biali doszli do owego miejsca, wyszły z chaty na wyspie dwie męskie postacie. Apacz przyłożył dłoń do ust i zawołał:
— Nintropan-hauey! Tu jest Winnetou!
Odpowiedziano mu głośnym okrzykiem; potem obie postacie wsiadły do łódki, przywiązanej u brzegu wyspy, aby popłynąć na drugą stronę. Byli to obaj Niedźwiedzie, ojciec i syn. Wielki Niedźwiedź, wysiadłszy, wyciągnął rękę do Winnetou:
— Wielki wódz Apaczów bywa wszędzie, a gdzie tylko przyjdzie, rozwesela serca wszystkich. — Pozdrawiam także Old Shatterhanda, którego znam, i Old Firehanda, który był ze mną na okręcie!
Kiedy ujrzał ciotkę Droll, po twarzy jego przebiegł uśmiech; przypomniał sobie ostatnie spotkanie z tym śmiesznym człowiekiem i odezwał się, podając mu rękę:
— Mój biały brat jest dzielnym mężem; zabił panterę; witam go!
Tak szedł od jednego do drugiego, podając każdemu rękę. Syn jego zbliżył się do Ellen, która wysiadła z lektyki; skłoniwszy się jej, przemówił łamaną angielszczyzną:
— Mały Niedźwiedź nie spodziewał się, by mógł jeszcze kiedy widzieć białą miss. Co jest celem jej podróży?
— Udajemy się do Srebrnego Jeziora, — brzmiała odpowiedź.
Po obliczu jego przebiegł rumieniec radości, chociaż nie mógł ukryć zdumienia.
— To mała miss pozostanie tu przez pewien czas? — zapytał.
— Nawet na długo, — odpowiedziała.
— Więc proszę, bym mógł zawsze być przy niej. Miss pozna wszystkie drzewa, rośliny i kwiaty. Będziemy łowić ryby i polować, ale ja muszę być zawsze wpobliżu niej, bo tu są dzikie zwierzęta i wrodzy ludzie. Czy miss pozwoli na to?
— Bardzo chętnie! Cieszę się bardzo, że jesteś tutaj.
Wyciągnęła ku niemu rękę, a on — istotnie — zbliżył ją do ust, jak prawdziwy gentleman!
Konie przybyłych odprowadzili Timbabaczowie w las, gdzie stały już ich własne. Wódz czerwonych siedział dotychczas dumnie w chacie i dopiero teraz wyszedł z niej powoli, dość niechętny z tego powodu, że nie troszczono się o niego. Był to człowiek o posępnej twarzy, z długiemi nogami i rękami, które czyniły go podobnym do orangutanga. Stanął zdala i patrzył ponad przybyszów na góry, jakby nie miał z nimi nic wspólnego. Ale się pomylił, bo Droll natychmiast podszedł do niego:
— Dlaczego Długie Ucho się nie zbliża? Czy nie zechce powitać sławnych wojowników bladych twarzy?
Wódz mruknął coś niezrozumiale w swej ojczystej mowie, ale źle się z tem wybrał, bo Droll uderzył go po ramieniu jak starego, dobrego znajomego i zawołał:
— Mów po angielsku, stary hultajul Ja twego języka nie znam.
Czerwony mruknął znowu kilka niezrozumiałych wyrazów, to też Droll obstawał:
— Nie udawaj! Wiem, że mówisz zupełnie dobrze po angielsku.
— N o! — zaprzeczył wódz.
— Nie? Czy znasz mnie?
— N o!
— Czy nie widziałeś mnie jeszcze nigdy?
— N o!
— Hm! Namyśl się! Musisz mnie chyba pamiętać?
— N o!
— Widzieliśmy się poniżej w forcie Defience!
— N o!
— Było nas tam trzech białych i jedenastu czerwonoskórych. Graliśmy trochę w karty, a trochę popijaliśmy. Czerwoni jednak łyknęli więcej, niż biali i wkońcu nie wiedzieli już, jak się nazywają i gdzie są. Potem przespali całe popołudnie i całą noc. No, przypominasz sobie teraz, stary?
— N o!
— Nie? Dobrze! My biali, położyliśmy się także w szopie obok Indjan, bo nie było innego legowiska. Kiedy otarliśmy powieki, czerwoni już odjechali. Czy wiesz, dokąd?
— N o!
— Z nimi zniknął także mój karabin i torba na kule. Kazałem na lufie wyryć C. D. to znaczy „ciotka Droll“. Dziwnym sposobem litery te znajdują się na lufie twej strzelby. Czy wiesz może, jak się tam dostały?
— N o!
— A torba była haftowana perłami i również oznaczona literami C. D. Nosiłem ją przy pasie, tak samo, jak ty twoją. Ale, ku wielkiej radości widzę, że ma ona te same litery. Nie wiesz, w jaki sposób moje litery znalazły się na twojej torbie?
— N o!
— Tem lepiej za to ja wiem, jak moja strzelba znalazła się w twoich rękach, a moja torba na kule u twego pasa. — Zaraz cię od nich uwolnię.
W okamgnieniu wyrwał czerwonemu karabin z ręki, woreczek z za pasa i odwrócił się od niego. Ale czerwonoskóry rzucił się błyskawicznie ku niemu, wołając dość dobrą angielszczyzną:
— Oddaj je!
— N o! — odpowiedział teraz Droll.
— To moja strzelba!
— N o!
— Ten woreczek również!
— N o!
— Jesteś złodziejem!
— N o!
— Oddaj je, albo cię zmuszę do tego!
— N o!
Czerwony wyciągnął nóż. Droll jednak roześmiał się wesoło:
— Ty jesteś Długie Ucho; znam cię jak zły grosz. Jeszcze dłuższe jednak niż uszy, są twoje ręce i palce! Powiedz uczciwie prawdę, a będziesz mógł zatrzymać te przedmioty. A więc mów szczerze: Znasz mnie?
Yes! — odpowiedział czerwony wbrew wszelkim oczekiwaniom.
— Byłeś ze mną w forcie Defience?
Yes!
— Upiłeś się?
Yes!
— A potem zniknąłeś z moją strzelbą i woreczkiem?
Yes!
— Dobrze! Możesz je więc zatrzymać; masz tutaj. A tu jest moja ręka. Zostańmy przyjaciółmi, ale musisz mówić po angielsku i nie wolno ci kraść. Zrozumiałeś?
Pochwyciwszy czerwonego za rękę, potrząsnął nią i zwrócił mu zabrane przedmioty. Ten wziął je i, nie zmieniając wyrazu twarzy, rzekł najprzyjaźniejszym tonem:
— Mój biały brat jest moim przyjacielem. On wie, co jest słuszne i dobre, bo chociaż znalazł te rzeczy u mnie, oddał mi je zpowrotem. On jest przyjacielem czerwonych mężów i ja go miłuję!
— Tak, przyjacielu, ja cię też miłuję. Wkrótce się o tem przekonasz, bo gdybyśmy nie byli przyszli, to z wielkiem prawdopodobieństwem utracilibyście skalpy na rzecz Utahów.
— O, ci nie przyjdą; pobili ich Nawajowie i my wkrótce ruszymy za nimi, aby także zdobyć dużo czupryn Utahów.
— Mylisz się!
— Przecież widzimy wodzów i wojowników Utahów jako waszych jeńców, a więc widocznie zostali zwyciężeni!
— Tych schwytaliśmy na nasz własny rachunek. Nawajowie jednakże zostali haniebnie pobici i uciekli; Utahowie ścigają ich i może jeszcze dziś pojawią się nad Srebrnem Jeziorem.
— Uff! — zawołał Długie Ucho, otwierając szeroko usta.
— Czy to możliwe? — pytał Wielki Niedźwiedź. — Czy ta biała ciotka mówi prawdę?
— Tak, — potwierdził Old Firehand. — Opowiemy wam wszystko, ale najpierw musimy się upewnić, że wrogowie nas nie zaskoczą. Należy się ich spodziewać lada chwila. Niech pięćdziesięciu wojowników Timbabaczów pojedzie natychmiast wdół do kenjonu; Frank, Droll, Davy, Jemmy, Bill i Uncle, pojadą z nimi! W miejscu, gdzie kenjon zaczyna się zwężać, usadowicie się poza skałami. Dość tam wyskoków i zagłębień, za któremi znajdziecie osłonę. Utahowie będą mocno napierać na Nawajów, aby razem z nimi dostać się do jeziora. Macie przyjaciołom użyczyć pomocy i skoro tylko ujrzycie wrogów, pchnąć do nas posłańca. Napójcie jednak przedtem konie i sami przepłóczcie gardła, bo tam wdole ani kropli wody. Wielki Niedźwiedź da wam mięsa.
Mięsa było dosyć; schło rozwieszone na rzemieniach między drzewami. Wody do picia dostarczały potoki, spływające z gór do jeziora. Wkrótce owych pięćdziesięciu ludzi z sześciu białymi stanęło wpogotowiu do wymarszu; prowadził ich Mały Niedźwiedź. —
Dolina Srebrnego Jeziora ciągnęła się z północy na południe, od wschodu i zachodu zupełnie niedostępna; od północy można się było do niej dostać tylko przez kenjon i wąwóz, którym przyszli biali, podczas gdy ku południu wody jeziora wylewały się w szczelinę, stanowiącą jego ujście. Stąd nie można się było spodziewać wroga; raczej mieli nadejść zaprzyjaźnieni Nawajowie.
Ktoby badał otoczenie Srebrnego Jeziora, musiałby dojść do tego przekonania, że jezioro to miało dawniej odpływ nie na południe, lecz na północ do kenjonu. Teraz jednak między jeziorem a kenjonem leżało dość szerokie wzniesienie, podobne do grobli. Samorzutnie powstać nie mogło, a więc zostało sztucznie wzniesione. Ręce jednak, które tę pracę wykonały, rozpadły się już dawno w proch, bo na grobli rosły drzewa, których wiek sięgał co najmniej stu pięćdziesięciu lat. W jakim celu zbudowano tę groblę? Czy żył jeszcze choć jeden człowiek, któryby mógł odpowiedzieć na to pytanie? —
Oddział, wysłany przez Old Firehanda, przejechał przez groblę do kenjonu. Po trzech kwadransach przejście się rozszerzyło; ponieważ ściany skalne miały liczne szczeliny nie tylko wgórze, ale i wdole, więc zdawało się, że stoją na słupach, tworzących krużganki, w których można się było ukryć.
— Tu się zatrzymamy, — rzekł Mały Niedźwiedź, jadący przodem z białymi. — Możemy się ukryć w otworach i jamach.
— A konie odprowadzimy zpowrotem na pewną odległość, — dodał Droll, — aby ich nie było stąd widać, bo łatwo może dojść do walki.
Wskazówki te wykonano, poczem biali i czerwoni ukryli się w zagłębieniach po obu stronach kenjonu; po niedługiem wyczekiwaniu usłyszeli tętent znużonego konia, a wkrótce potem ukazał się jeden jeździec, Nawaj, którego wierzchowiec zaledwie mógł biec jeszcze. Człowiek ten był widocznie ranny, bo odzież miał okrwawioną. Mimo to rękami i nogami ustawicznie pobudzał konia do nowych wysiłków.
Młody Niedźwiedź opuścił kryjówkę i wyszedł na drogę. Skoro Nawaj go zobaczył, wstrzymał konia i zawołał:
— Uff! Mój młody brat! Czy oczekiwani wojownicy Nawajów już nadeszli?
— Jeszcze nie.
— Więc jesteśmy zgubieni! Wielki Duch opuścił nas i przeniósł się do tych psów, Utahów. Napadliśmy na nich w Dolinie Jeleni, ale zostaliśmy odparci. Umknęliśmy, a Utahowie ruszyli za nami i dziś rano natknęli się na nowy, wielki oddział; teraz są czterykroć silniejsi niż my i gonią nas co koń wyskoczy.
— Uff! Więc rozbito was?
— Prawie. O dziesięć strzałów stąd toczy się walka. Mnie wysłano, abym sprowadził pomoc z nad jeziora, bo myśleliśmy, że oczekiwani wojownicy już nadeszli. Teraz jednak jesteśmy zgubieni.
— Jeszcze nie. Zejdź z konia i wypocznij tutaj. Pomoc zaraz nadejdzie.
Należało ciężko udręczonym Nawajom nieść co prędzej pomoc. Pchnąwszy więc posłańca nad Srebrne Jezioro, Nawaja zaś pozostawiwszy przy koniach, ruszono szybko w stronę placu boju. —
Tak; Nawajowie byli w ciężkiej opresji. Konie im wystrzelano. Za ich ciałami znaleźli jedyną osłonę, bo ściany kenjonu były tak gładkie, że nie dawały schronienia. Widocznie zbrakło im pocisków, gdyż strzelali jedynie wtedy, gdy byli pewni celu; kilku najodważniejszych biegało dokoła, zbierając strzały Utahów. Tych było takie mnóstwo, że chociaż stali w kilku szeregach jedni za drugimi, wypełnili całą szerokość kenjonu; walczyli pieszo, pozostawiwszy konie wtyle, aby ich nie wybito.
Wycie na chwilę zamilkło, ujrzano bowiem nadchodzącą pomoc. Biali, kiedy ich kule mogły już Utahów dosięgnąć, stanęli zupełnie odsłonięci na środku kenjonu, przyłożyli karabiny i wypalili. Wycie Utahów było dowodem, że kule nie chybiły. Jeszcze sześć strzałów i ponowne wycie, poczem Timbabaczowie pochylili się ku ziemi i poczołgali naprzód, aby również przyjść do głosu.
Humply-Bill był zdania, że biali nie powinni naraz strzelać, bo w czasie ładowania broni następowała za długa przerwa. Postanowiono więc, że dwu będzie ładować, a dwu strzelać. Wkrótce okazało się, czego może dokazać sześciu dzielnych strzelców z dobremi karabinami; każdy bowiem strzał powalał jednego wroga. Utahowie cofnęli się, a pozostali tylko ci, którzy posiadali strzelby; kule ich jednak nie dosięgały nieprzyjaciół, a bliżej podejść nie śmieli. Wtedy Hobble-Frank zawołał do Małego Niedźwiedzia:
— My w sześciu zatrzymamy ich. Nawajowie niech się cofną poza nas. Powiedz im to!
Syn wodza posłuchał wezwania; czerwoni zerwali się i pobiegli wtył, aby się usadowić poza białymi. Dopiero teraz widać było, jak bardzo Nawajowie ucierpieli: liczyli jeszcze najwyżej sześćdziesięciu ludzi, lecz więcej niż połowa z nich nie miała koni. Szczęściem mogli się cofnąć bez przeszkody, bo i Timbabaczowie pozostali, trzymając Utahów w szachu.
Teraz wybawcy Nawajów rozpoczęli powolny odwrót, a Utahowie ruszyli za nimi, oszczędzając strzał i podtrzymując walkę tylko bronią palną. Tak krok za krokiem dotarli w pobliże miejsca, gdzie się poprzednio ukrywali. Biali radzili schronić się szybko do jam i zagłębień. — Nastąpił nagły odwrót i ci, na których dotąd tak silnie napierano, znikli. Znaleźli się w miejscu bezpiecznem, bo mieli osłonę przed wszelkiego rodzaju strzałami, podczas gdy Utahowie nie mogli się ukryć. Gdyby teraz nadeszła spodziewana pomoc, to spokojnie możnaby było oczekiwać wyniku dalszej walki. —
A pomoc była już w drodze. Old Firehand opowiedział krótko Wielkiemu Niedźwiedziowi, co zaszło. Wódz zaniepokojony odrzekł:
— Ostrzegałem Nawajów i radziłem im zaczekać, aż zbiorą się wszyscy wojownicy, lecz byli przekonani, że Utahowie także się jeszcze nie połączyli, i chcieli znieść każdy oddział zosobna. To też spotkał ich los, który gotowali swym wrogom. Nawet gdyby im się udało umknąć w góry, to liczba ścigających będzie się ciągle zwiększać i łatwo może się zdarzyć, że tu nad jeziorem stanie do tysiąca Utahów.
— A co wtedy będzie z tobą? Czy Utahowie będą cię uważać za nieprzyjaciela?
— Tak.
— To grozi ci największe niebezpieczeństwo!
— Nie.
— Czy dlatego, że masz tu Timbabaczów i oczekujesz jeszcze innych Nawajów?
— Nie; polegam jedynie na samym sobie.
— Nie rozumiem cię.
— Nie obawiam się nawet tysiąca Utahów. Podniosę tylko rękę, a będą zgubieni; w ciągu jednej krótkiej chwili będą wszyscy zabici.
— Hm! Wszyscy?
— Czy nie wierzysz? Tak, ty tego nie możesz pojąć. Wy, blade twarze, jesteście bardzo mądrymi ludźmi, ale żaden z was nie wpadłby na myśl taką.
W głosie jego brzmiało tyle dumy, że Old Firehand wzruszył ramionami. Oczy Old Shatterhanda obiegły jezioro i góry dokoła; po twarzy przemknął mu lekki uśmiech:
— Ty jednak również nie jesteś człowiekiem, który wpadł na ową myśl.
— Nie. Kto ci to powiedział?
— Ja sam. My biali nie możemy wpaść na taką myśl, bo jesteśmy chrześcijanami i brzydzimy się masowym mordem; jesteśmy jednak dość przenikliwi, aby wam wejrzeć w dusze.
— Zdaje ci się, że wiesz, dlaczego nie obawiam się tysiąca wrogów?
— Tak.
— Powiedz!
— Dobrze! A więc możesz zgładzić tysiąc Utahów w kilku chwilach?
— Tak.
— Kiedy staną już w kenjonie?
— Tak.
— Tego nie możesz dokazać ani nożem, ani strzelbą, lecz tylko przy pomocy żywiołów. Przy pomocy powietrza, a więc burzy? Nie! Ogniem? Także nie. Zatem tylko przy pomocy wody!
— Myśli twe są mądre i dobre, ale nic ponadto nie wyłowisz!
— Zobaczymy! Gdzie masz taki ogrom wody, abyś mógł zabić tylu ludzi? W jeziorze. Czy ci ludzie pójdą do jeziora? Nie! A więc jezioro musi pójść do nich; musi nagle wylać swe fale do kenjonu. Czy to możliwe? Przecież leży między niemi wysoka i silna grobla! No, ta grobla nie wznosi się tu od wieków; została zbudowana i to tak, że można ją nagle otworzyć i wyschły kenjon w okamgnieniu zamienić w koryto rwącego strumienia. Czy zgadłem?
Mimo spokoju, jaki Indjanin zachowuje w każdem położeniu, Wielki Niedźwiedź zerwał się i zawołał:
— Uff!... Czy jesteś wszechwiedzącym?
— Nie, tylko zastanawiam się.
— Zgadłeś; rzeczywiście zgadłeś! Ale jak dostąpiłem tej tajemnicy?
— Drogą spadku.
— A jak otwiera się groblę?
— Jeśli mi pozwolisz ją zbadać, to bardzo prędko odpowiem na twoje pytanie.
— Nie, nie mogę ci na to pozwolić. Czy możesz jednak zgadnąć, w jakim celu zbudowano ją?
— Z dwóch powodów. Po pierwsze dla obrony. Zdobywcy okolic południowych przychodzili z północy, a ten kenjon był ulubioną drogą zaborców. Zbudowano więc groblę, aby im drogę zamknąć i móc nagle wodę wypuścić.
— A drugi powód?
— Skarb.
— Skarb?! — zapytał wódz, cofając się. — Co wiesz o nim?
— Nic, ale domyślam się wiele. Widzę jezioro, jego brzegi, otoczenie, i zastanawiam się: zanim powstała grobla, nie było tu jeziora, tylko głęboka dolina, przez którą płynęły do kenjonu potoki. Mieszkał tu naród bogaty; długi czas walczył z napierającymi zdobywcami; wreszcie wodzowie zrozumieli, że muszą ustąpić, uciekać, może tylko na pewien czas. Zakopali więc kosztowności i święte naczynia w dolinie i zbudowali tę groblę, tak, że powstało wielkie jezioro, którego fale miały być niezwyciężonym, niemym strażnikiem skarbu.
— Milcz, milcz! — zawołał wielki Niedźwiedź przerażony. — Nie mówmy o skarbie, lecz tylko o tamie. Tak, mogę ją otworzyć i mogę zatopić tysiąc, a nawet więcej Utahów, jeśli się znajdą w kenjonie. Czy mam to uczynić, gdy przyjdą?
— Na miłość boską, nie! Przecież istnieją inne sposoby pokonania ich.
— Jakie? Czy może broń?
— Tak, a potem mamy wszak zakładników. Są to najznakomitsi wodzowie Utahów i Indjanie, aby ich ratować, zgodzą się na każdy warunek.
— Musimy ich umieścić w bezpiecznem miejscu.
— Czy masz odpowiednie?
— Tak; niech najpierw się najedzą i napiją.
Nakarmiwszy jeńców, przewieziono ich na wyspę.Old Firehand, Shatterhand i Winnetou udali się tam również, bo zaciekawiało ich wnętrze budowli.
Górna jej część składała się tylko z parteru, przedzielonego murem na dwie części. W jednej było palenisko, druga zaś stanowiła izbę mieszkalną. Była nadzwyczaj ubogo urządzona: mata do zawieszania i prymitywne łoże, to wszystko.
— Tu mają jeńcy pozostać? — spytał Old Firehand.
— Nie, bo nie bylibyśmy ich dość pewni. Znajdzie się tu jeszcze znacznie lepsze miejsce.
Odsunął łoże na bok; składało się z rusztowania i rozciągniętych na niem mat z sitowia i koców. Pod łóżkiem odsłonił się czworokątny otwór, w którym pień drzewa, użyty jako drabina, prowadził wdół. Wódz i Old Shatterhand zeszli do lochu, a reszta miała spuszczać jeńców po jednemu.
Przez otwór dostawało się tylko niewiele światła do tej ciemnicy. Większa niż izba mieszkalna, rozszerzona była w kierunku ogrodu. Przeciwległą ścianę zamykał mur z cegieł; ani drzwi, ani jakiegokolwiek otworu. Kiedy westman zapukał w cienki mur, zabrzmiało pusto; za nim więc, pod izbą z ogródkiem, leżała druga piwnica, choć nie prowadziło do niej żadne wejście!
Utahów spuszczono wdół i położono obok siebie. Old Shatterhand obawiał się, że zbraknie im powietrza, lecz Wielki Niedźwiedź wyjaśnił:
— Będą mogli dostatecznie oddychać. Od powały idą przez mur otwory, bo zbudowany jest z pustej cegły; starzy mieszkańcy tych okolic wiedzieli dobrze, co robią.
Old Shatterhand, jakby mimowoli, stąpnął bardzo silnie: podłoga piwnicy zadźwięczała również pusto. Czyżby tam wdole na dnie wyspy leżały ukryte skarby? — Na dalsze poszukiwania nie miał czasu, bo spuszczono już ostatniego z jeńców i wódz wracał na górę. Old Shatterhand musiał iść za nim. Kiedy przypłynęli do brzegu, ukazał się na spienionym koniu posłaniec, którego pchnięto po pomoc. Wszyscy więc chwycili za broń i pośpieszyli do koni. — Ellen musiała naturalnie pozostać, a z nią dla ochrony ojciec. Wielki Niedźwiedź poradził mu, aby popłynął z córką na wyspę, bo tam będzie bezpieczniej. Oprócz tego wysłano jeszcze silną straż do wąwozu, przez który biali przybyli nad jezioro; wystarczała zupełnie do osłonięcia tyłów. —
Pozostali naglili konie znacznie ostrzej, niż pierwszy oddział; ruszono galopem po kamieniach i w przeciągu kwadransa odbyto drogę. Przed nimi słychać było strzały. Zeskoczyli więc, i, pozostawiwszy konie również wtyle, rozdzielili się na prawo i lewo; niezauważeni przez Utahów, dostali się do rozpadlin skalnych, służących ich przyjaciołom za kryjówkę. —
Utahowie sądzili, że ciągle jeszcze walczą ze szczupłą garstką. Zdawało się im, że już dawno mogli zakończyć rozprawę przez szybki napad i chcieli teraz ten błąd naprawić. Rozległo się wycie, jakby wypuszczono stado dzikich zwierząt, i Utahowie ruszyli naprzód. Przyjęto ich strzałami; po dwóch minutach cofnęli się, pozostawiając mnóstwo zabitych i rannych.
Old Shatterhand stał za słupem skalnym i oddał kilka strzałów, mierzył jednakże tak, aby strzały nie zabijały wrogów, lecz tylko raniły. Teraz ujrzał, że Timbabaczowie wysunęli się naprzód, aby poległych oskalpować; wódz ich znajdował się z nimi.
— Stać! — krzyknął westman gromkim głosem. — Pozostawcie tych ludzi w spokoju!
— Dlaczego? Ich skalpy należą do nas! — odpowiedział Długie Ucho, przyczem wyciągnął nóż i schylił się, aby jednemu z rannych ściągnąć skórę z głowy. W tej samej chwili Old Shatterhand stanął przy nim; przyłożywszy mu rewolwer do skroni, zawołał groźnie:
— Jeśli wymierzysz choć jedno cięcie, zastrzelę cię!
Długie Ucho podniósł się i odezwał tonem przyjacielskiej wymówki:
— Co możesz mieć przeciwko temu? Utahowie byliby nas także oskalpowali!
— Gdybym był z nimi, równieżbym na to nie pozwolił. Nie zniosę tego, przynajmniej wobec żyjących.
— To ci niech zatrzymają swe skalpy, ale zmarłym zabiorę je.
— Jakiem prawem?
— Nie rozumiem cię! — odrzekł czerwony zmieszany. — Zabitego nieprzyjaciela trzeba przecież oskalpować.
— Tu leży ich wielu! Czy zwyciężyłeś wszystkich?
— Nie. Jednego trafiłem.
— Którego?
— Nie wiem.
— Czy zabity?
— I tego nie wiem. Pobiegł dalej.
— Pokaż mi więc takiego zabitego, w którym tkwi kula twego karabinu; wtedy możesz go oskalpować, ale nieprędzej, aż go pokażesz!
Wódz, mrucząc, cofnął się ze swoimi do kryjówki. Wdole, gdzie zgromadzili się odparci Utahowie, powstał krzyk. Ponieważ westman stał dotąd między Timbabaczami, nie mogli go dokładnie widzieć i teraz dopiero poznali. — Rozległy się okrzyki przerażenia-.
— Old Shatterhand! Zaczarowana flinta, czarodziejska strzelba!
Podszedł powoli ku nim i, zbliżywszy się na doniosłość głosu, zawołał:
— Zabierzcie swoich zabitych i rannych! Darujemy ich wam!
Na to wystąpił jeden z dowódców i odpowiedział:
— Będziecie do nas strzelać?
— Nie! — Obrócił się i poszedł do swej kryjówki.
Jakkolwiek czerwoni byli wiarołomni, jednak westmanowi nie przypisywali zdrady. Przytem Indjanin uważa za wielką hańbę opuścić zabitych lub rannych. Utahowie wysłali więc na próbę dwu ze swych ludzi, którzy, zbliżywszy się powoli, podjęli z ziemi jednego z rannych i odnieśli na bok; potem powrócili i zabrali drugiego. Kiedy i teraz nie podjęto przeciw nim żadnych kroków nieprzyjaznych, nabrali ufności i przyszło ich więcej. Old Shatterhand wyszedł z kryjówki i zawołał:
— Pozostańcie! Nie stanie się wam nic złego.
Pozostali, wahając się; on zaś zbliżył się do nich i zapytał:
— Ilu wodzów macie teraz?
— Czterech.
— Który z nich najznakomitszy?
— Kai-Unune[9].
— Powiedzcie mu, że chcę z nim zamienić słów parę! Niechaj odbędzie połowę drogi, a ja drugą połowę; spotkamy się w środku. Broń pozostawimy na miejscu, gdzie teraz stoimy.
Spełniwszy poselstwo, przynieśli odpowiedź:
— Przyjdzie i przyprowadzi trzech innych wodzów.
— Ja wezmę tylko dwóch towarzyszy. Skoro skończycie tutaj, niech przyjdą wodzowie.
Wkrótce zbliżyli się tamci czterej z jednej strony, a z drugiej Old Shatterhand z Firehandem i Winnetou.
Powitali się poważnem skinieniem głowy i usiedli na ziemi naprzeciw siebie. Duma nie pozwalała czerwonym rozpocząć rozmowy. Przez dłuższy czas obie partje patrzyły na siebie wzajemnie, aż wreszcie najstarszy z czerwonoskórych, Huczący Grzmot, straciwszy cierpliwość, postanowił przemówić; podniósł się, a przybrawszy pełną godności postawę, zaczął:
— Kiedy jeszcze ziemia dookoła należała do synów Wielkiego Manitou i nie było u nas żadnej bladej twarzy, wtedy...
— Wtedy mogliście wygłaszać mowy tak długie, jak wam się podobało, — przerwał Old Shatterhand. — Blade twarze jednak lubią mówić krótko.
Kiedy czerwonoskóry wygłasza mowę, to napróżno czekać jej końca; obecna rozmowa zabrałaby może kilka godzin, gdyby Old Shatterhand nie przerwał jej na wstępie. Czerwony rzucił na niego napół zdziwione, a napół gniewne spojrzenie, usiadł i odezwał się:
— Huczący Grzmot jest sławnym wodzem. Liczy znacznie więcej lat, niż Old Shatterhand i nie przywykł, aby mu młodzi mężowie przerywali. Powiedziałem. Howgh!
— Mąż może liczyć wiele lat, a mimo to mieć mniej doświadczenia, niż młody. Chciałeś mówić o tych czasach, kiedy jeszcze nie było tu bladych twarzy, my jednak mamy mówić o dniu dzisiejszym. A ponieważ ja kazałem cię zawołać, więc ja też pierwszy będę mówił. I ja powiedziałem. Howgh!
Była to ostra nauczka, to też tamci zamilkli, a on ciągnął dalej:
— Wymieniłeś moje imię, a więc mnie znasz. Czy znasz także tych dwu wojowników, którzy siedzą obok mnie?
— Tak. To Old Firehand i Winnetou, wódz Apaczów.
— Wiesz więc zapewne, że byliśmy zawsze przyjaciółmi czerwonych mężów. Dlaczego ścigaliście nas?
— Bo jesteście przyjaciółmi naszych wrogów.
— To nieprawda. Wielki Wilk pojmał nas, mimo, że nie uczyniliśmy mu nic złego. Aby ratować życie, musieliśmy się bronić przed Utahami.
— Czy nie zabiliście w „Lesie Wody“ Starego Wodza i nie porwaliście innych dowódców?
— Znowu tylko w tym celu, aby się ratować.
— A teraz czy nie łączycie się z Nawajami i Timbabaczami, którzy są naszymi wrogami?
— To się stało przypadkiem. Szliśmy nad Srebrne Jezioro i spotkaliśmy ich tutaj. Słyszeliśmy, że między wami i nimi ma przyjść do walki, i pośpieszyliśmy, aby sprowadzić między wami pokój.
— My chcemy zemsty, a nie pokoju!
— Zostaliście ciężko obrażeni; to wiemy; ale to niesłusznie z waszej strony, mścić się na niewinnych. Gdyby od was zależało, to bylibyśmy już od rana umarli przy palu męczeńskim, jak tamte blade twarze w Dolinie Jeleni.
— Co wiecie o tem?
— Wszystko. Pogrzebaliśmy ich zwłoki.
— Więc byliście tam?
— Tak. Byliśmy pośrodku was. Słyszeliśmy, co Utahowie mówili, i widzieliśmy, co robili. Stałem z towarzyszami pod drzewem, kiedy Nawajowie przyszli, i widziałem, jak ich odpędziliście.
— To niemożliwe; to nieprawda.
— Ty wiesz, że ja nie kłamię. Zapytaj wodzów Utahów, którzy byli przy tem.
— Jak mamy ich zapytać, kiedy zniknęli? Wielki Duch zabrał ich do siebie.
— Nie. Wielki Duch nie chce nic wiedzieć o takich wiarołomcach i zdrajcach. On wydał ich w nasze ręce.
— Twój język jest fałszywy, bo przemawia w te słowa, aby na nas wymusić pokój.
— Tak, chcę i wymuszę na was pokój, ale mówię prawdę. Kiedyśmy wieczorem byli u was w Dolinie Jeleni, pojmaliśmy trzech wodzów. Udowodnię ci, że mówię prawdę. Co to jest?
Wyciągnął z kieszeni wąski rzemień, wysadzony guzikami, wyciętemi ze skorupy muszli Wenery, i podsunął pod oczy Huczącego Grzmotu.
— Uff! — zawołał stary przerażony. — To wampum[10] Żółtego Słońca!
— A ten? — wyciągnął drugi rzemień
— Wampum wodza Cztery Bawoły!
— A ten trzeci wampum?
Kiedy Old Shatterhand pokazał trzeci rzemień, staremu słowa ugrzęzły w gardle; z gestem przerażenia, wyjąkał w oderwanych zdaniach.
— Żaden wojownik nie odda swego wampum; on święty ponad wszystko; kto ma wampum drugiego, ten go zabił lub pojmał. Czy trzej wodzowie żyją jeszcze?
— Tak. Znajdują się w naszych rękach.
— Co chcecie z nimi uczynić?
— Życie za życie, krew za krew! Zawrzyjcie pokój z Nawajami i Timbabaczami, a wydamy jeńców!
— My również mamy jeńców; wymieńmy ich, wojownika za wojownika.
— Czy uważasz mię za niedorostka, który nie wie, iż wodza wymienia się przynajmniej za trzydziestu wojowników? Zapowiadam ci, że jeśli nie zawrzecie z nami pokoju, to tylko niewielu z was zobaczy rodzinne wigwamy!
Huczący Grzmot utkwił posępne spojrzenie w ziemię. Wtem wstał Old Firehand, przeciągnął swą gigantyczną postać i odezwał się:
— Pshaw! Poco słów, kiedy mamy broń! Niech Huczący Grzmot powie nam szybko, czy chce wojny, czy pokoju. Damy mu, co wybierze: życie lub śmierć!
— Tak prędko nie możemy rozstrzygnąć.
— Dlaczego nie? Czy jesteście mężami, czy skwawami?
— Nie jesteśmy kobietami, lecz wojownikami. — obruszył się. — Mężowi nie przystoi gorąca krew. Odejdziemy i zastanowimy się, co należy czynić. — Kto zechce mówić, wy, czy my, niech da strzał i potem głośno zawoła. Powiedziałem. Howgh! — powstał, skinął lekko głową i oddalił się, a pozostali poszli za jego przykładem.
— Teraz tyle wiemy, co poprzednio! — gniewał się Old Firehand.
— Mój brat mówił zbyt porywczo, — odpowiedział łagodnie i spokojnie Winnetou. — Powinien był pozwolić mówić dalej Old Shatterhandowi. Huczący Grzmot był zamyślony i już poczynał przychodzić do rozsądku.
Widać było, że Old Firehand przyznawał słuszność tym wyrzutom, bo nic nie odpowiedział. Kiedy powrócili do reszty towarzyszy, Długie Ucho przyjął ich zapytaniem:
— Utahów było czterech, a was poszło tylko trzech?
— Wystarczało nas! — odpowiedział niechętnie Old Firehand.
— Ale są tu i inni mężowie! Ja jestem również wodzem i i należę do rady tak samo, jak wy!
— Dosyć było niepotrzebnej gadaniny i bez czwartego.
Długie Ucho umilkł, ale gdyby nie miał twarzy zamazanej farbami, możnaby było poznać, jak go to dotknęło. Wogóle nie dopisywał mu humor: Droll go zblamował, a on nie mógł okazać swego gniewu; potem Old Shatterhand obraził go ciężko wobec jego ludzi, nie pozwalając mu skalpować zabitych wrogów; teraz zaś Old Firehand. Wódz był tchórzem; nie miał dostatecznej odwagi otwarcie wystąpić przeciw nim, ale gniew który tłumił, zapadł mu tem mocnej w serce. —
Wkrótce poczęło się zmierzchać i nastała noc. Wprawdzie nie było obawy, by Utahowie odważyli się na napad, ale mimo to należało przedsięwziąć środki ostrożności. Długie Ucho zgłosił dobrowolnie, że obejmie straże ze swymi ludźmi. —
Linję, idącą wpoprzek kenjonu, tworzyło wraz z wodzem Timbabaczów pięciu ludzi, a Długie Ucho znajdował się na skraju prawego skrzydła. Gniew wrzał w nim ustawicznie; pragnął pokazać białym, że jest tuzem, bez którego nie mogą się obejść. A gdyby tak teraz Utahowie knuli coś, a jemu udało się wyszpiegować? Ta myśl nie dawała mu spokoju; począł czołgać się przed siebie coraz to dalej. Ale nie szło łatwo. Kamienie nie leżały mocno i poruszały się często pod ciężarem jego długich członków. Dlatego musiał całą uwagę zwrócić raczej pod, niż przed siebie. Znowu potoczył się jakiś kamień, — a obok wychyliło się nagle coś ciemnego; dwie silne ręce chwyciły go jak obcęgi za gardło, dwie inne przycisnęły mu ramiona do ciała; stracił przytomność.
Kiedy przyszedł do siebie, leżał pomiędzy dwoma ludźmi, którzy przyłożyli mu ostrza nożów do obnażonej piersi; członki miał skrępowane, w ustach knebel. Przerażony wykonał ruch, który zauważył trzeci człowiek, siedzący u jego głowy. Ten odezwał się cicho:
— Jestem Huczący Grzmot. Jeśli Długie Ucho będzie mądry, nie stanie mu się nic złego. Niechaj da mi znać skinieniem głowy, że słyszał moje słowa, inaczej dostanie nożem!
Dał szybko żądany znak.
— Niech Długie Ucho da znak, czy będzie mówił pocichu, jeśli mu wyjmę knebel? — pytał tamten.
Skinął znowu; Grzmot wyjął mu knebel.
— Jeśli powiesz jedno słowo głośno, — ostrzegał — umrzesz; — jeśli zaś połączysz się ze mną, to otrzymasz część naszego łupu. Odpowiadaj!
Łup! Na dźwięk tego słowa przyszła Timbabaczowi wielka myśl. Podsłuchał był rozmowę Wielkiego i Małego Niedźwiedzia i dotąd jeszcze brzmiało mu w uszach każde słowo. Łup! Tak! tamby był łup, łup, jakiego jeszcze nigdy nie dzielono po walce! W jednej chwili oddał się sprawie Utahów ciałem i duszą.
— Nienawidzę i gardzę tymi białymi — rzekł. — Jeśli mi pomożesz, to zniszczymy ich i obu Niedźwiedzi. Blade twarze mnie obraziły. Muszę wytoczyć ich krew!
— Uff! Będziesz mógł się zemścić! — Niech mój brat powie, czy to prawda, że blade twarze mają w swych rękach naszych wodzów?
— To prawda. Widziałem ich.
— Te psy są chyba w przymierzu z djabłem! Gdzie wodzowie Utahów?
— W domu na wyspie wśród jeziora.
— Kto ich strzeże?
— Jedna tylko blada twarz i jego córka.
— Jeden jedyny człowiek i dziewczyna pilnują tylu dzielnych i sławnych wojowników? Kłamiesz!
— Mówię prawdę. Pomyśl, że jeńcy są skrępowani.
— Tak; wierzę ci! To przecież na wyspie! A ilu wojowników jest na brzegu?
— Zaledwie kilku białych; strzegą drugiego dostępu do Srebrnego Jeziora.
— Uff! Więc droga przez ten kenjon nie jest jedyna? Jest jeszcze druga?
— Tak. Jeśli chcesz, to cię poprowadzę.
— Gdzie ta ścieżka?
— Nieco dalej wdół między dwoma słupami jest szczelina, którą można się dostać do głębokiego kotła; stamtąd prowadzi wąwóz do jeziora.
— Ile czasu potrzeba, aby tą drogą dostać się stąd do Srebrnego Jeziora?
— Trzech godzin.
— To dużo, bardzo dużo!
— Ale nagroda tem większa; w ręce twoje wpadną wszyscy wrogowie, ocalisz wodzów i... — przerwał nagle.
— I... — mów dalej!
— I znajdziesz łup, jakiego nikt jeszcze nie zdobył.
— Łup? U Nawajów? Czy myślisz konie i broń?
— Mówię nie o Nawajach, lecz o obu Niedźwiedziach i Srebrnem Jeziorze, na którego dnie schowano ogromne bogactwa.
— Uff! Kto ci o tem mówił?
— Słyszałem od obu Niedźwiedzi. Wieczorem leżałem w ciemności pod drzewami, gdy wtem Niedźwiedzie nadeszli, stanęli tuż obok i, nie spostrzegając mnie, poczęli rozmawiać o skarbach.
— Jak dostały się one na dno jeziora?
— Ukrył je lud, który mieszkał tutaj przed dawnemi czasy i został ujarzmiony.
— Jak można je wydobyć, skoro są w jeziorze?
— Można! Tam, gdzie teraz jest jezioro, leżała dawniej sucha dolina. Ów naród zbudował wieżę, której szczyt tworzy obecnie wyspę. Od tej wieży prowadził przez dolinę silny tunel, kończący się tam, gdzie teraz zaczyna się kenjon. Potem wzniesiono mocną i szeroką groblę, aby woda nie mogła odpływać na północ; dolina zapełniła się wodą i zamieniła w jezioro, tworząc ze szczytu wieży wyspę. Wylot tunelu zakryto kamieniami.
— I to wszystko prawda?
— Najzupełniejsza. Przekonałem się o tem, bo odwaliłem pokryjomu kamienie i znalazłem ów chodnik. Tam, gdzie on się zaczyna, leżą pochodnie, które są potrzebne do oświetlenia tunelu. Ten prowadzi po dnie jeziora ku wieży, w której na dolnem piętrze leżą skarby. Chodnik służy również do spuszczania wody do kenjonu celem zniszczenia wrogów, którzyby się tam znaleźli. Otwiera się tunel w jednem miejscu, a woda wylewa się do kenjonu i wszystko, co w nim jest, musi utonąć.
— Uff! Gdybyśmy tak mogli potopić blade twarze!
— Nie! Moi Timbabaczowie potonęliby także!
— To prawda! Ale jeśli rzeczywiście wszystko tak jest, jak mówisz, to biali są zgubieni. Pokaże się, czy jesteś uczciwym. Czy poprowadzisz nas teraz do jeziora?
— Tak; jestem gotów. Lecz jaką część łupu otrzymam?
— To postanowię, skoro się przekonam, że powiedziałeś prawdę. Teraz rozwiążę cię i każę dać konia. Przy najmniejszej próbie ucieczki — zginiesz. —
Wódz wydał cichym głosem rozkazy i wkrótce wszyscy Utahowie siedzieli już w siodłach i wracali kenjonem, naturalnie z największa ostrożnością, aby nie wywołać szmeru. W ten sposób dostali się do miejsca, gdzie biali skręcili z kenjonu w stronę kotła skalnego. Ruszyli tą samą drogą. — Jazda nocą była jeszcze uciążliwszą, niż za dnia, ale czerwonoskórzy mieli prawdziwie kocie oczy, a konie orjentowały się sprawnie... Jechano wgórę pochyłości do drugiej strony kotła, a potem do wąwozu, dokładnie tą samą drogą, którą jechali biali.
Minęły trzy godziny, kiedy Utahowie dotarli tam, gdzie zaczynały się drzewa. Tutaj Długie Ucho zatrzymał się i rzekł:
— Jesteśmy przy tunelu. Wylot znajduje się o kilka tylko kroków. Otworzymy go, odrzucając kamienie. W ten sposób dostaniemy się do wieży i wyjdziemy na wyspę. Tam jest zawsze kilka kanoe; przepłyniemy na brzeg i znajdziemy się na tyłach nieprzyjaciół. Moi Timbabaczowie staną po waszej stronie, jeśli im każę.
— Dobrze! Połowa Utahów zostanie tutaj, połowa pójdzie za nami do tunelu.
Zsiedli z koni; Długie Ucho podprowadził ich na miejsce, gdzie do skały przytykała kupa kamieni. Kiedy odrzucono je, ukazał się ciemny otwór, mający pięć łokci szerokości, a trzy wysokości. Wodzowie weszli do środka i macając dokoła siebie, znaleźli zapas pochodni, sporządzonych z łoju jeleniego i bawolego. Przy pomocy „punksa“ rozniecono światło i wtargnięto do tunelu. Powietrze było stęchłe, ale nie wilgotne. — Posuwali się możliwie szybko, czas jednak dłużył się w nieskończoność. Nareszcie dotarli do obszernej sali, gdzie przy ścianach ułożone były liczne pakunki, osłonięte rogożami.
— To pewno najniższe piętro wieży, a więc wyspy, — odezwał się Długie Ucho. — Może w tych paczkach leżą skarby, o których mówiłem. Czy zobaczymy?
— Tak, — skinął Huczący Grzmot. — Ale nie mitrężmy długo, bo musimy się dostać na wyspę. Później będzie czas na skarby.
Kiedy podniesiono pokrywę z jednej paczki, ujrzano w świetle pochodni figurę bożka ze złota. Posążek sam miał wartość rozległych włości. Owinięto go w rogożę, poczem ruszono dalej.
Wgórę prowadziły wąskie stopnie; starczyły jedynie dla dwóch osób, dlatego czerwonoskórzy musieli iść gęsiego. Naprzedzie postępował Długie Ucho z pochodnią w ręce; jeszcze nie doszedł ostatniego stopnia piętra, kiedy pod sobą usłyszał wołanie, na które odpowiedziały liczne okrzyki trwogi. Stanął więc i obejrzał się, a to, co zobaczył, mogło go porazić. Z tunelu, w którym znajdowało się jeszcze wielu, wielu Utahów, wdzierała się przez całą szerokość i wysokość woda. Pochodnie rzucały promienie światła na nieme, szumiące fale, sięgające ludziom już do pasa, a które wznosiły się wgórę z przerażającą szybkością. Ci, którzy znajdowali się jeszcze w tunelu, byli straceni, bo woda zalała ich natychmiast; po chwili zguba zawisła nad tymi, którzy cisnęli się naprzód, strącając wzajem. Odrzucono pochodnie, aby uwolnić ręce do walki. To też żadnemu nie udało się stanąć na stopniach. Woda rosła tak szybko, że w minutę po pierwszym okrzyku, sięgała już czerwonoskórym do pasa; próbowali pływać, walcząc ze śmiercią i wręcz ze sobą, — daremnie!
Zaledwie sześciu znajdowało się tak wysoko, że mogli pomyśleć o ucieczce; wśród nich byli Huczący Grzmot i Wielki Wilk, a mieli jedną jedyną pochodnię, którą trzymał idący przodem Timbabacz. Wąski otwór w powale prowadził na dalsze piętro, skąd szły wgórę takie same stopnie.
— Daj mi światło i puść naprzód! — krzyknął Grzmot do Timbabacza, chwytając za pochodnię, ale Długie Ucho wzbraniał się wypuścić ją z ręki. Krótka niesnaska trwała jednak dość długo na to, aby woda podeszła wgórę; teraz poszła przez otwór na dalsze piętro. Tu było ciaśniej, niż na dole, to też woda wzbierała dziesięćkroć szybciej.
Długie Ucho, jednakże był młodszy i silniejszy od Huczącego Grzmota, wydarł mu się z ramion i silnem uderzeniem powalił go na ziemię. W tej samej chwili rzucili się nań inni Utahowie; broni nie miał żadnej, a tylko jedną rękę wolną. Już Wielki Wilk podniósł pięść, aby go powalić, gdy wtem długie Ucho zawołał:
— Stać, inaczej rzucę pochodnię do wody, a wtedy wszyscy zginiecie!
To poskutkowało; czerwoni zrozumieli, że mogą się tylko wtedy uratować, gdy zachowają światło. Woda sięgała już do pasa. —
— Więc zatrzymaj pochodnię i idź przodem, ty psie! — odpowiedział Huczący Grzmot. — Ale potem zapłacisz mi za to!
Timbabacz stał już na schodach i szedł dalej; znowu przez wąski otwór dostał, się na wyższe piętro. Stary wódz wypowiedział groźbę zupełnie poważnie. Długie Ucho zdawał sobie z tego sprawę; kiedy przecisnął się przez otwór, stanął i spojrzał za siebie. Poza nim ukazała się głowa Huczącego Grzmotu.
— Nazwałeś mię psem i chcesz się zemścić, — zawołał do niego. — Ty sam jesteś psem i zginiesz jak pies. Ruszaj do wody.
Wymierzył mu nogą cios w twarz. Stary runął i zniknął w otworze. W chwilę później wystawił głowę następny Utah, aby również zniknąć! Długie Ucho dyszał z trwogi i wysiłku, ale po twarzy jego przebiegł wyraz dzikiej radości. — Nagle z ciemnego otworu wysunęło się potężne ramię i ręka jak z żelaza chwyciła za nogę Timbabacza, który ze zgrozą poczuł, że się chwieje, a zaraz potem zabłysła w otworze wykrzywiona od wściekłości twarz Wielkiego Wilka.
Rozpacz dodała Długiemu Uchu siły olbrzyma. Za straszliwą siłą rzucił przeciwnikowi w oczy płonącą pochodnię. Wielki Wilk zawył z bólu i chwycił się obu rękami za głowę, a w tej samej chwili dostał drugie, nieubłagane pchnięcie głownią; potoczył się i spadł w bełkocącą pod nim falę, która wcisnęła się już na następne piętro.
Długie Ucho jedyny pozostał przy życiu. Teraz szedł jeszcze kilka pięter wyżej, ale woda ścigała go z tą samą szybkością. Wtem poczuł powietrze daleko czystsze. Wyjście się zcieśniło i zbrakło schodów; ponacinany drąg jednak, oparty o mur, służył za drabinę. Długie Ucho opierał już nogę o nacięcia, gdy usłyszał ponad sobą głos:
— Stój! Pozostań wdole, inaczej zastrzelę cię! Utahowie chcieli nas zgubić; teraz sami zginęli, a ty umrzesz jako ostatni z nich!
Był to głos Wielkiego Niedźwiedzia. Timbabacz poznał go i odpowiedział, dygocząc z trwogi:
— Ja nie jestem Utahem! Nie strzelaj!
— Kim jesteś?
— Twoim przyjacielem, wodzem Timbabaczów.
— Ach Długie Ucho! Zasłużyłeś na śmierć, bo jesteś odstępcą, zdrajcą!
— Nie, nie! Mylisz się!
— Wykradłeś mi tajemnicę i zdradziłeś ją Utahom Teraz musisz utonąć!
— Niczego nie zdradziłem! — zapewniał czerwonoskóry; woda sięgała mu już po kolana.
— Nie kłam!
— Puść mię! Pomyśl, że byłem twoim przyjacielem!
— Nie! Pozostaniesz wdole!
Wtem odezwał się Old Firehand:
— Puść go! Już dość okrucieństwa! On wyzna winę!
— Tak, wyznam, powiem wam wszystko, wszystko! — prosił; woda sięgała mu do pasa.
— Dobrze! Daruję ci życie! — wychodź teraz!
Czerwonoskóry rzucił do wody pochodnię, aby mieć obie ręce swobodne przy wspinaniu się i wyszedł na górę. Tam ujrzał, że stoi w tej samej izbie budynku, wznoszącego się na wyspie, w której było ognisko. Płonęło przed otwartemi drzwiami; przy padającym od niego blasku ujrzał Wielkiego Niedźwiedzia, Old Firehanda i Shatterhanda. Wyczerpany drogą i ciągłem przerażeniem, osunął się na ziemię; prędko jednak się zerwał, aby wypaść z izby.
— Precz, precz! — krzyczał. — Woda dojdzie aż tutaj, zanim będziemy mogli się uratować!
— Pozostań! — odpowiedział Wielki Niedźwiedź. — Nie masz się czego obawiać; woda nie może wewnątrz wyspy podnieść się wyżej, niż nazewnątrz. Jesteś uratowany; teraz opowiedz, jak zszedłeś ze swego stanowiska i jak się tu dostałeś. —
Upłynęła może godzina od wystawienia placówek, kiedy Old Firehand wyszedł obejrzeć straże. Miejsce, gdzie miał stać Długie Ucho, było puste. Od najbliższego Timbabacza, usłyszał, że wódz się oddalił do Utahów i dotąd nie wrócił.
— Jak dawno odszedł?
— Prawie przed godziną.
— Musiało mu się przydarzyć jakieś nieszczęście; pójdę zobaczyć!
Poczołgał się tam, gdzie poprzednio widział nieprzyjacielskie straże; nie było ich. Posunął się dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. To napełniło go obawą; przeszedł szybko znaczną przestrzeń kenjonu, jednak nie napotkał nigdzie wrogów; Utahowie zniknęli. Wypadek ten zosobna nie był ani trudny do zrozumienia, ani straszny, lecz razem z nimi zniknął przecież Długie Ucho!
— Musieli go schwytać, — odezwał się Wielki Niedźwiedź. — Odważył się nazbyt wiele; teraz już po nim.
— A po nas również, — odparł Old Firehand.
Jakto?
— Zastanawia mię, że się oddalili. Musieli mieć jakiś niezwykły powód. Ta okoliczność, że w ręce ich dostał się wódz, nie może być przyczyną nieoczekiwanego odwrotu; musiał zajść jakiś zupełnie inny powód który jednak stoi w związku z wodzem.
— Jakaż to może być przyczyna?
— Hm! Niedowierzam Długiemu Uchu!
— Nie wiem, dlaczego nie mamy mu ufać. Nigdy nie okazał się wobec mnie wrogiem.
— Możliwe; a jednak nie jest to człowiek, na którego zdać się można. Czy zna dokładnie tutejszą okolicę?
— Tak.
— A drogę prowadzącą przez kocioł skalny do jeziora?
— Również; był tam ze mną.
— Więc mam już dosyć. Musimy natychmiast ruszyć nad jezioro.
— Dlaczego?
— Bo prawdopodobnie zdradził tę drogę Utahom. Mogę się mylić, lub nie; wiem jednak, że Utahowie odeszli przed godziną i w ciągu dwóch godzin mogą się zjawić nad jeziorem.
— Twarz Długiego Ucha nie jest dobrą, — dodał Winnetou. — Niech moi bracia wracają prędko nad jezioro, inaczej Utahowie będą tam wcześniej od nas i zabiorą do niewoli Butlera i jego córkę. —
Dosiedli koni i ruszyli kenjonem tak szybko, jak na to pozwalały ciemności. Upłynęła z pewnością godzina, zanim dotarto do doliny. Wejście jej obsadzono białymi, gdyż nie można było darzyć zaufaniem Timbabaczów, kiedy brakło ich wodza.
Butlera nie było już na wyspie. Siedział z córką w budynku; pod nimi leżeli jeńcy, rozmawiając ze sobą. Głosy ich dochodziły przytłumione na górę, a brzmiało to tak niesamowicie, że Ellen ogarnął lęk; prosiła ojca, aby opuścili wyspę i przeprawili się na brzeg. Butler przewiózł ją na drugą stronę. Kiedy nadeszła noc, rozpalił ognisko, ale był na tyle przezorny, że nie usadowił się przy niem, lecz cofnął z Ellen w cień; stąd mogli objąć wzrokiem oświetlony plac, sami nie będąc widziani. Ellen ucieszyła się wielce, gdy teraz nadeszli westmani z Timbabaczami.
Biali rozłożyli się dokoła ogniska, a Timbabaczowie rozpalili dla siebie drugie; rozmawiali o zniknięciu wodza.
Od czasu przybycia nad jezioro, Watson, dawny nadzorca, nie miał jeszcze sposobności do rozmowy z Wielkim Niedźwiedziem. Teraz jednak odezwał się do czerwonoskórego.
— Mój czerwony brat nie mówił jeszcze ze mną. Jestem jedną z owych bladych twarzy, które tu w górach spędziły całą zimę. Wówczas żył jeszcze Ikhaczi-tatli, twój dziadek; pielęgnowaliśmy go aż do jego śmierci.
— Dziękuję ci za to, — odrzekł Wielki Niedźwiedź.
— Tak, pielęgnowaliśmy go, a on nam dał za to podarunek. Powierzył nam mianowicie tajemnicę skarbu Srebrnego Jeziora.
— Wielki Ojciec postąpił bardzo źle, mówiąc o tej tajemnicy. Był stary i słaby, a wdzięczność sprawiła, że zapomniał o przysiędze wiecznego milczenia. O tej tajemnicy, przechodzącej z ojca na syna, nie powinien był mówić.
— Więc sądzisz, że i ja nie mam mówić o tem?
— Nie mogę ci tego zabronić, ale musisz wyrzec się korzystania z tego; wszelkie inne twoje życzenia spełnię z radością.
— Czy to mówisz poważnie? — zapytał szybko Old Firehand. — Więc ja wypowiem prośbę zamiast towarzysza.
— Jeśli będzie w mojej mocy, chętnie ją spełnię!
— Do kogo należy ziemia, na której się znajdujemy?
— Do mnie.
— Czy możesz wykazać swe prawa do niej?
— Tak. U czerwonych mężów ma znaczenie słowo; biali jednak żądają papieru z czarnemi znakami. Kazałem taki papier wygotować i postarałem się o podpisy białych wodzów; jest na nim także pieczęć. W tym właśnie celu byłem w mieście Białego Ojca. Cała ziemia dokoła jeziora jest moją własnością. Mogę z nią czynić, co mi się podoba.
— A do kogo należy kocioł skalny?
— Do Timbabaczów. Biali wodzowie wymierzyli i wyrysowali całą okolicę, a potem Biały Ojciec w Waszyngtonie podpisał, że jest ona własnością Timbabaczów.
— I mogą ją sprzedać, wydzierżawić lub darować zupełnie według swej woli?
— Tak.
— Więc powiem ci, że chcę od nich kupić tę kotlinę.
— Nie mogę im zabronić sprzedać jej, ani tobie kupić.
— Nie o to idzie, tylko czy będzie ci miło, jeśli będziesz miał nas za sąsiadów.
Twarz Niedźwiedzia przybrała chytry wyraz:
— Dlaczego chcecie mieszkać właśnie w takiem miejscu, gdzie niema wody i gdzie nie rośnie ani źdźbło trawy? Biały wszak kupuje tylko taką ziemię, która mu przynosi wielką korzyść! Idzie wam o skałę co?
— To prawda. Lecz ta będzie mieć wartość dopiero wtedy, gdy otrzymamy wodę.
— Weźcie ją z jeziora!
— O to cię chciałem prosić.
— Będziesz jej miał tyle, ile zapragniesz.
— Czy mogę poprowadzić rury?
— Tak.
— Czy sprzedasz mi prawo do tego? Zapłacę za nie.
— Jeśli kupno jest konieczne, to nie mam nic przeciw temu. Ty oznaczysz cenę, lecz ja ci ją zwrócę. Wyświadczyliście mi wielką przysługę; bez was byłbym wpadł w ręce Utahów; wzamian za to pomogę wam wyzyskać skarby kotliny. —
— To mi się podoba, — szepnął Hobble-Frank do swego kuzyna. — Woda już jest; jeśli i złoto popłynie nam tak chętnie, to będziemy mogli wkrótce udawać Krassusów.
— Masz na myśli pewnie Krezusów?
— Nie chwytaj mię za słowa, jak gruby Jemmy! Jeśli chcesz pozostać moim przyjacielem i kuzynem, to... Słuchaj!
Od strony wejścia dało się słyszeć gwizdnięcie. Był to znak umówiony z rafterami, to też biali zerwali się i pośpieszyli ku wejściu do doliny. Od strony wąwozu usłyszano szmer kopyt końskich. Szybko przedsięwzięto zaradcze kroki. Biali ukryli się za drzewami i z naprężeniem oczekiwali, co też nastąpi. Jednakże minął dłuższy czas, a nie usłyszano, ani nie ujrzano nic podejrzanego. To było właśnie zastanawiające; Winnetou poczołgał się, aby ostrożnie zbadać przestrzeń, leżącą przed nimi. Po niespełna kwadransie powrócił.
— Wojownicy Utahów podzielili się; — rzekł — połowa zatrzymała się ze wszystkiemi końmi na lewo od miejsca, gdzie droga wchodzi do kotliny, reszta stoi u początku kenjonu; wygrzebali tam otwór, w którym znikają.
— Otwór? — zapytał wielki Niedźwiedź przerażony. — Więc znają podziemne przejście; tajemnica została zdradzona! wydać ją mógł tylko Długie Ucho! Chodźcie ze mną! Muszę to sprawdzić.
Pośpieszyli przez groblę. Wkrótce ujrzeli jasno oświetlony kenjon. Stos kamieni leżał rozrzucony; przy świetle księżyca widzieli, jak Utahowie wdzierali się do podziemnego chodnika.
— Tak, znają tajemnicę, — odezwał się Niedźwiedź. — Chcą się dostać na wyspę, aby zająć nam tyły i przywłaszczyć sobie skarby. Muszę iść prędko. Old Firehand i Shatterhand niech mi towarzyszą; Winnetou zaś pozostanie tutaj; chcę mu coś pokazać.
Poprowadził Apacza kilka kroków naprzód ku miejscu, gdzie grobla spadała prostopadle do jeziora. Tam leżał ciężki odłam skalny na podłożu mniejszych kamieni, ułożonych w osobliwy sposób. Wielki Niedźwiedź wskazał na jeden z tych kamieni i rzekł:
— Skoro Winnetou ujrzy, że rozpaliłem na wyspie ogień, niech pchnie ten kamień, poczem skała zsunie się do wody. Niech jednak mój czerwony brat szybko uskoczy i nie przerazi się, gdy usłyszy wielki huk. —
Przyszedłszy do ogniska, wyrwał łuczywo i wsiadł do łodzi; podczas gdy starał się utrzymać płomień, Firehand i Shatterhand chwycili za wiosła i skierowali łódź ku wyspie. Tam Wielki Niedźwiedź pobiegł ku budynkowi; na ognisku leżało drzewo, zapalił je.
— Niech moi bracia słuchają! — odezwał się, wskazując ręką w stronę, gdzie pozostał Winnetou.
Z drugiego brzegu usłyszano krótki, głuchy łoskot, jakby coś się stoczyło, potem syk wody wzburzonej od wpadającego w nią odłamu skały, wreszcie straszliwy huk.
— Powiodło się! — zawołał Wielki Niedźwiedź, oddychając głęboko. — Wejście zamknięte, a Utahowie zginą! Chodźcie!
Wrócił znowu do budynku. Palenisko stało, jak teraz westmani spostrzegli, na ruchomem podłożu, które czerwonoskóry odsunął na bok bez wielkiego wysiłku. Ukazał się otwór, przez który Wielki Niedźwiedź począł nasłuchiwać.
— Są wewnątrz; słyszę, jak się zbliżają. A teraz prędko wpuścić wodę!
Skoczył poza budynek; kiedy powrócił, wskazał na jezioro:
— Czy widzicie, jak faluje? Utworzył się wir, gdyż wodę wpuściłem do chodnika.
— Mój Boże! Toż Utahowie muszą nędznie potonąć! — zawołał Old Shatterhand.
— Tak, wszyscy, wszyscy! Żywa noga nie ujdzie!
— Straszne! Czy nie można było tego uniknąć?
— Nie! Nie powinien żaden ujść! — Teraz budowla zburzona i nie można jej już nigdy odbudować; skarby są dla ludzi stracone; żaden śmiertelny nie wydobędzie ich, bo wyspa wypełni się aż po szczyt wodą.
Obu białymi wstrząsnął zimny dreszcz. Woda, podnosząca się z głębi, wypychała wgórę stęchłe powietrze. Oznaczało to śmierć zgórą stu ludzi.
— Ale nasi jeńcy, którzy są tu obok! — przypomniał Old Shatterhand. — Ci przecież także potoną!
— Nie. Mur oprze się. Słuchajcie!
Usłyszano wdole szmer, a potem wysunął się jakiś czerwony z pochodnią w ręce. Był to Długie Ucho. Wielki Niedźwiedź na naleganie Old Firehanda darował mu życie. Zaledwie Timbabacz znalazł się w miejscu bezpiecznem, woda wewnątrz wyspy podniosła się zupełnie do poziomu jeziora.
Długie Ucho usiadł przy ogniu. Wielki Niedźwiedź usadowił się naprzeciw niego, wyciągnął z za pasa rewolwer i rzekł groźnie:
— Teraz niech wódz Timbabaczów opowie, jak dostał się z Utahami do chodnika. Jeśli mię okłamie, wpakuję mu kulę w łeb. Czy znał tajemnicę wyspy?
— Tak! — wyznał zapytany.
— Kto ci ją zdradził?
— Ty sam!
— To nie prawda!
— Prawda! Siedziałem na brzegu pod starym dębem, kiedy przyszedłeś tam z synem. Stanęliście wpobliżu i rozmawialiście o wyspie, o skarbach i o chodniku. Czy przypominasz sobie?
— Tak!
— Z waszych słów dowiedziałem się, że chodnik prowadzi od stosu kamieni. Nazajutrz polowaliście na jelenie, a ja skorzystałem, aby usunąć ową zasłonę. Potem wszedłem do chodnika i ujrzałem pochodnie.
— I dziś poszedłeś do Utahów, aby im zdradzić tajemnicę?!
— Nie! Chciałem ich podpatrzeć, lecz zostałem schwytany. Tylko, aby się ratować, powiedziałem o chodniku.
— Postąpiłeś jak tchórz! Gdyby Old Firehand nie był zauważył, że ciebie brak, zdrada byłaby się udała i nasze dusze znalazłyby się w wiecznych ostępach. Czy widzieliście, co leżało w pakunkach w głębi wyspy?
— Tak. Posążek boga z czystego złota.
— Ludzkie oko już go nie zobaczy; — i twoje również. Jak sądzisz, na co zasłużyłeś?
Timbabacz milczał.
— Na śmierć, na stokrotną śmierć, Ale byłeś moim przyjacielem i towarzyszem, a te blade twarze nie życzą sobie, abym cię zabił. Pozostaniesz więc przy życiu, jeśli uczynisz to, czego żądam od ciebie.
— Czego żądasz?
— Old Firehand chce zamieszkać w kotlinie. Sprzedasz mu ją, a nadto drogę, która stamtąd prowadzi do Srebrnego Jeziora. — Czego żądasz za to?
— Muszę przedtem pomówić z innymi Timbabaczaml
— Powiem ci, jakie żądania możesz postawić. Old Firehand da dwadzieścia strzelb i dwadzieścia funtów prochu, dziesięć koców, pięćdziesiąt noży i trzydzieści funtów tytoniu. To nie za mało. Czy zgadzasz się?
— Zgadzam się i nakłonię innych.
— Będziesz musiał pójść z Old Firehandem i kilku świadkami do najbliższego wodza bladych twarzy, aby potwierdzić kupno. Za to otrzymasz jeszcze osobny podarunek. Widzisz, że troszczę się o twoją korzyść, ale mam nadzieję, ze dołożysz starań, żebym, zapomniał o twojej zdradzie. Teraz zawołaj swoich ludzi, aby przewieźli na brzeg pojmanych wodzów.
Był już najwyższy czas przenieść jeńców w miejsce bezpieczne; wnet bowiem po złożeniu ich przed budynkiem, usłyszano trzeszczenie i bełkotanie wody; wdarła się do ostatniej piwnicy.
Jeńców przewieziono w kanoe na brzeg i powierzono straży Timbabaczów, z którymi jednak wodza nie pozostawiono. Musiał pójść do doliny, gdzie biali stali w ostrem pogotowiu, gdyż druga połowa Utahów usadowiła się naprzeciw nich.
Ludzie ci nie wiedzieli, jak sprawy stoją. Większość tych, którzy mieli iść na wyspę, wcisnęła się już do chodnika, kiedy nagle zgniotła go potężna masa kamieni i ziemi. Zmiażdżyła ona wielu z intruzów, a tak mocno zasypała chodnik, że woda z jeziora nie mogła się przecisnąć nazewnątrz. To było właśnie zamiarem Wielkiego Niedźwiedzia; woda nie powinna była wypłynąć do kenjonu, lecz wedrzeć się do wnętrza wyspy.
Utahowie, którzy nie zostali zasypani, cofnęli się przerażeni i pośpieszyli do drugiego oddziału, aby opowiedzieć, co zaszło. Nie wiedzieli jednak, czy wszyscy w tunelu zginęli, czy też tym, którzy nie zostali zasypani, udało się dotrzeć do wyspy. W tym wypadku musieli uderzyć na białych. Czekano więc z minuty na minutę, ale czas mijał, a nadzieje się odwlekały. — Świtało; Utahowie ciągle jeszcze stali ze swemi końmi na tem samem miejscu. Wtem ujrzeli pod drzewami Old Shatterhanda; zawołał na nich, że pragnie się rozmówić z dowódcą.
— Czy wiesz, że kilku waszych wodzów i wojowników znajduje się w naszych rękach? — zapytał przybyłego.
— Wiem, — odpowiedział dowódca posępnie.
— A czy wiesz, co się stało z waszymi wojownikami, którzy weszli do tunelu?
— Nie.
— Tunel zapadł się, a woda wdarła do niego i wszyscy potonęli. Tylko Długie Ucho uszedł cało. Właśnie nadeszło dwustu oczekiwanych przez nas Nawajów; teraz jesteśmy znacznie silniejsi od was; nie pożądamy waszej krwi, lecz chcemy pokoju. Bądź rozważny i pójdź ze mną! Poprowadzę cię do wodzów. Pomów z nimi, a potem możesz znowu powrócić!
— Wierzę ci i pójdę z tobą!
Zawiadomiwszy o tem swych ludzi, odłożył broń i poszedł za westmanem. Nad jeziorem panował żywy ruch, bo Nawajowie rzeczywiście podeszli; pałali żądzą pomszczenia na Utahach klęski swych braci i trzeba było niezwykłego daru przekonywania, aby ich nakłonić do zawarcia pokoju.
Zakładnicy, których uwolniono z więzów, siedzieli pod strażą, kiedy Old Shatterhand przyprowadził ich towarzysza. Ten usiadł obok; Długie Ucho opowiedział im przebieg katastrofy. Rozmowa trwała długo; wreszcie Długie Ucho doniósł, że postanowili się zgodzić na proponowany pokój. — Odbyła się uroczysta narada, w której wzięli udział wybitni biali i czerwoni; przez kilka godzin wygłaszano mowy, aż wreszcie obiegła wkoło fajka pokoju. Wynikiem tego był „wieczny“ pokój między wszystkiemi szczepami; jeńcy zostali uwolnieni i wszyscy, Utahowie, Nawajowie i Timbabaczowie, zobowiązali się do przyjaźni i udzielenia wszelkiej pomocy bladym twarzom, które chciały zamieszkać i pracować w kotlinie. —
Rysunek, który miał rudy kornel, zniknął lecz teraz i tak byłby stracił wartość. —
Nastąpiło wielkie polowanie, które trwało aż do wieczora i przyniosło znaczny łup. Następnego rana wybiła godzina rozstania się. Utahowie pociągnęli na północ, Nawajowie na południe, Timbabaczowie zaś do swych wigwamów. Długie Ucho przyrzekł odbyć naradę w sprawie sprzedaży kotliny. Powrócił już na trzeci dzień i oświadczył, że zgromadzenie przystało na cenę, ustanowioną przez Niedźwiedzia. Szło jeszcze tylko o to, aby zawrzeć kontrakt u odpowiedniej władzy i kazać go potwierdzić.
To dało powód do rojeń i marzeń, z któremi tylko jeden człowiek nie mógł się pogodzić — lord. Umówił się był z Humply-Billem i Gunstick-uncle’m, że go odprowadzą do Frisco; w obecnych jednak warunkach myśliwi ani myśleli nawet o odjeździe, a lord miał tyle rozsądku, że nie brał im tego za złe. Zresztą pracy w kotlinie nie można było jeszcze rozpocząć, więc lord miał dość czasu, aby powałęsać się z obu towarzyszami po górach w poszukiwaniu przygód. —
Old Firehand pojechał z Wielkim Niedźwiedziem i Długiem Uchem do Filmore-City, gdzie ubito sprawę kupna. Tutaj również zakupiono potrzebne maszyny i narzędzia. Ciotka Droll udał się do biura detektywów Harrisa&Blothera, aby udowodnić wobec notarjusza, że rudy kornel nie żyje, i podjąć przyrzeczoną nagrodę. —
Po dwu prawie miesiącach maszyny znalazły się nad Srebrnem Jeziorem. Inżynier przystąpił do pracy. Położono rury, doprowadzające wodę i wzięto się do odbudowy kotliny. Miejsce obiecywało rzeczywiście bogatą eksploatację i zysk zwiększał się z dnia na dzień; każdego wieczora ważono i szacowano zdobycz, a kiedy wynik był zadowalający, Droll szeptał z zadowoleniem do swego kuzyna:
— Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce będę mógł kupić folwark. Interes nasz jest brylantowy.
A Hobble-Frank odpowiadał stale:
— A moja willa jest już prawie gotowa, przynajmniej w mojej głowie. Będzie to wspaniała budowla na brzegu Elby, a jej imię będzie jeszcze znacznie wspanialsze. Powiedziałem. Howgh! —

KONIEC.


Przypisy

  1. Czerwona ryba.
  2. Wielka Noga.
  3. Skaczący Jeleń.
  4. Las wody.
  5. Ogniste Serce.
  6. Dolina Jeleni.
  7. Żółte Słońce.
  8. Cztery Bawoły.
  9. Huczący Grzmot.
  10. Oznaka pokoju.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.