Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


by kobieta mogła się zniżyć do takiego okrucieństwa; ale w czerwonoskórych zemsta wypleniła wszelkie łagodne uczucia przy tak gromadnych mordach. To też kobiety, przeważnie stare, rozpoczęły swe dzieło i na nowo podniosły się tak przejmujące wycia i jęki obu białych, że nawet dla uszu czerwonych stały się nie do zniesienia. Wielki Wilk nakazał zaprzestać męczarni.
— Ci ludzie nawet na to nie zasłużyli, by po śmierci zostać kobietami, — rzekł. — Oni muszą umrzeć, ale do wiecznych ostępów powinni wejść jako kujoty, które się będzie bez ustanku szczuć i ścigać. Oddajmy ich psom. Powiedziałem! —
Rozpoczęła się narada, której wyniku Old Shatterhand oczekiwał ze zgrozą, przewidując go zgóry. Kilku czerwonych oddaliło się, aby sprowadzić psy. Wódz tymczasem zwrócił się do czterech białych.
— Psy Utahów są wytresowane przeciw białym twarzom i rzucają się na nich, kiedy się je poszczuje; wówczas jednak rozdzierają każdego białego, który znajdzie się wpobliżu. Każę was więc odprowadzić i strzec w namiocie, aż zwierzęta napowrót się przywiąże.
Tak się też stało. Zewnątrz panowała może przez dziesięć minut cisza, przerywana tylko czasem jękami Hiltona. Potem dało się słyszeć głośne, zażarte szczekanie, które przeszło w wycie, chciwe krwi; dwa głosy ludzkie wrzasnęły straszliwie w śmiertelnej trwodze, potem znowu ucichło.
— Słuchajcie! — odezwał się Jemmy. — Słyszę trzask kości; jestem pewien, że tych dwu rzucono psom na pożarcie. —
Kiedy wypuszczono ich z namiotu, aby poprowa-