Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzić znowu na miejsce sądu, woddali, w środku obozu, widać było czterech czy pięciu czerwonych, którzy mieli odprowadzić psy, trzymane na mocnych rzemieniach. Zwierzęta pewno zwietrzyły ślady białych, — bo jednego z psów trudno było odciągnąć; obejrzał się wtył, a zobaczywszy myśliwych, potężnem szarpnięciem wydarł się i rzucił na nich wśród ogólnego okrzyku przerażenia; pies był tak wielki i silny, że zdawało się niepodobieństwem, by człowiek mógł podjąć z nim walkę, a przecież żaden z Indjan nie chciał strzelać do tego cennego zwierzęcia. Davy przyłożył karabin do oka i wymierzył.
— Stój, nie strzelać! — krzyknął Old Shatterhand. — Czerwoni mogliby nam wziąć za złe zabicie tego wspaniałego psa, a przytem chcę im pokazać, co może pięść białego myśliwca!
Słowa te wymówił szybko; wogóle wszystko odbyło się znacznie prędzej, niż można opowiedzieć lub opisać, gdyż pies przebył całą tę przestrzeń prawdziwie tygrysiemi skokami. Old Shatterhand wyszedł naprzeciw niego, opuściwszy ręce wdół.
— Zginiesz! — zawołał na niego Wielki Wilk.
— Poczekasz trochę! — odparł myśliwy.
Teraz pies stanął przy nim i, rozwarłszy szeroko pysk, uzbrojony w potężne zęby, rzucił się na przeciwnika, warcząc dziko.
Myśliwy wparł źrenice w oczy zwierzęcia, a kiedy pies zebrał się do skoku i już zawisł w powietrzu, rzucił się naprzeciw niego, w mgnieniu oka rozłożywszy ramiona. Nastąpiło gwałtowne zderzenie się psa z człowiekiem. — Old Shatterhand zarzucił ręce na grzbiet zwierzęcia, mierzącego w jego gardło, tak, że pies nie