Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Prawdopodobnie los nasz jest już znany. — Będziemy musieli walczyć o życie.
— Dobrze! Mojego tanio nie dostaną. Jemmy, boisz się? — Jego gniew na grubasa dawno już minął; w pytaniu zaś czuć było, że więcej myślał o nim, niż o sobie.
— Bać się nie boję, ale jestem zaniepokojony. Strachby nam tylko zaszkodził. —
Poza obozem wbito w ziemię dwa pale; wpobliżu ich stało pięciu wojowników ozdobionych piórami, między nimi zaś Wielki Wilk.
— Kazałem sprowadzić blade twarze, aby były świadkami, — rzekł, — jak czerwoni mężowie zwykli karać swych wrogów. Zaraz bowiem przyprowadzą morderców na śmierć przy palu.
— Wcale nie pragniemy na to patrzeć, — odpowiedział Old Shatterhand.
— Czy jesteście tchórzami, że mierzi was płynąca krew? Jeśli tak, to musielibyśmy z wami poczynać sobie jak z kujotami!
— Pshaw! Jesteśmy chrześcijanami; jeśli zachodzi konieczność, to zabijamy naszych wrogów szybko, ale ich nie męczymy.
— Teraz jesteście u nas i musicie się zastosować do naszych zwyczajów; jeśli nie zechcecie tego uczynić, to obrazicie nas i poniesiecie śmierć!
Old Shatterhand wiedział, że wódz mówi poważnie i że naraziłby się z towarzyszami na wielkie niebezpieczeństwo, gdyby odmówił asystowania przy wykonaniu wyroku; dlatego oświadczył:
— Pozostaniemy tutaj.