Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ny śmiech, ale nie zważał na to. Tamci nie prowadzili dalej rozmowy; nastała głęboka cisza, przerywana czasem tylko trzaskaniem ognia. Sen obejmował powoli zmęczone powieki, które otwarły się dopiero wtedy, kiedy poza namiotem rozbrzmiały głośne okrzyki i podniesiono w drzwiach rogożę. Do środka wszedł jakiś czerwonoskóry:
— Niech białe twarze wstaną i pójdą za mną.
Wstali i wzięli broń. Ogień zagasł, a słońce podniosło się na wschodzie, rzucając jasne promienie na górę, tak, że spływająca z niej woda lśniła, jak płynne złoto, a powierzchnia jeziora błyszczała, jak gładka szyba metalu. Teraz wzrok sięgał dalej niż poprzedniego wieczora. Równina, na której zachodniej stronie leżało jezioro, miała około dwu mil angielskich długości, a była przez połowę tak szeroka i otoczona dookoła lasem. W południowej jej części rozbity był obóz, złożony z około stu namiotów i chat. Na brzegu jeziora pasły się konie; wierzchowce czterech myśliwych stały wpobliżu namiotu.
Między chatami i namiotami snuły się czerwone postacie w pełnym rynsztunku wojennym, naturalnie ze względu na uroczystość śmierci obu morderców. Kiedy czterej biali przechodzili przed nimi, rozstępowali się uprzejmie, mierząc ich wzrokiem, który można było nazwać raczej badawczym i pełnym zaciekawienia, niż nieprzyjaznym,
— Czego chcą te draby? — zapytał Frank. — Gapią się na nas, jakby oglądali konie na targu.
— Badają, jak jesteśmy zbudowani, — odpowiedział Old Shatterhand. — To znak, że słusznie przypuszczałem.