Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobrze! Usiądźcie przy nas! Ponieważ się zgadzacie na nasze żądanie, wyznaczymy wam przeto śmierć zaszczytną.
Usiadł w trawie, obróciwszy się twarzą ku słupom. Inni wodzowie uczynili to samo, a biali musieli pójść za ich przykładem.
Wielki Wilk wydał głośny okrzyk, na który odpowiedziało wycie triumfalne. Był to znak, że straszne widowisko ma się rozpocząć.
Wojownicy utworzyli dookoła słupów półkole, w którego środku siedzieli wodzowie z białymi. Kobiety i dzieci usadowiły się łukiem naprzeciw mężczyzn, zamykając koło.
Teraz przyniesiono Knoxa i Hiltona tak silnie związanych, że nie mogli chodzić. Rzemienie wżarły się im głęboko w ciało. Obu przywiązano do pali w postawie stojącej i to mokremi pasami, które wysychając musiały się kurczyć, a przez to sprawiać ofiarom okrutnej sprawiedliwości najsroższe męczarnie.
Knox miał oczy zamknięte; gorączkował i właśnie teraz przestał bredzić; głowa zwisała mu bezwładnie na piersi; był nieprzytomny i nie wiedział, co się z nim działo; Hilton, jęcząc patrzył wokoło wzrokiem pełnym przerażenia. Kiedy ujrzał myśliwych, zawołał do nich:
— Ratujcie mnie, ratujcie, messurs! Przecież nie jesteście poganami. Czy przyszliście przypatrzeć się strasznej śmierci, jaką poniesiemy, i napawać naszemi mękami?
— Nie, — odpowiedział Old Shatterhand. — Znajdujemy się tu z musu i nie możemy, niestety, nic dla was uczynić.