Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Możecie, możecie, gdybyście tylko chcieli. Czerwoni was posłuchają!
— Nie, wy sami jesteście winni swego losu. Kto ma odwagę grzeszyć, powinien ją mieć także na to, aby ponieść karę.
— Ja jestem niewinny. Nie zabiłem ani jednego Indjanina. To zrobił Knox.
— Nie kłamcie! To bezczelne tchórzostwo zwalać winę na drugiego i to nieprzytomnego. Lepiej żałujcie waszych zbrodni, abyście na tamtym świecie dostąpili przebaczenia!
— Ależ ja nie chcę umierać; ja nie mogę umrzeć. Pomocy, pomocy, pomocy!
Krzyczał tak głośno, że rozlegało się daleko po równinie, a przytem tak szarpał więzami, że mu krew tryskała z ciała. Wielki Wilk powstał i dał znak ręką, że chce mówić. Oczy wszystkich skierowały się na niego. Opowiedział lakonicznym a pełnym uniesienia stylem indjańskiego mówcy, co się stało i przedstawił zdradzieckie postępowanie bladych twarzy, z którymi żyli w pokoju, w słowach tak dobitnych, że wywarły na czerwonych głębokie wrażenie, iż poczęli brzękać i potrząsać bronią. Potem oświadczył, że obaj mordercy zostali skazani na śmierć przy palu męczeńskim i wykonanie wyroku nastąpi natychmiast. Kiedy skończył i usiadł, Hilton podniósł znów głos, aby Old Shatterhanda zmusić do wstawienia się za nim.
— No, dobrze, spróbuję, — odpowiedział myśliwy. — Jeśli nie będę mógł odwrócić od was śmierci, to może przynajmniej zdołam wyjednać tę ulgę, że będzie ona szybsza i łagodniejsza.