Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się na rękach i nogach dalej. Niezadługo ujrzeli strażnika; stał o sześć kroków przed nimi z twarzą zwróconą wbok. Jeszcze jedna minuta, skok, ciche krótkie tupnięcie. Dwaj czerwoni pozostali przy nim, a Wielki Wilk powrócił sam poza wodę, aby teraz wykonać główne zadanie.
Konie, które stały w dwóch grupach pomiędzy obozem a obu placówkami, zachowywały się dotąd zupełnie spokojnie; mimo jednak zapachu szałwi, musiałyby nabrać podejrzenia, gdyby Indjanie przechodzili blisko nich. Dlatego Wielki Wilk kazał swym ludziom również przejść przez wodę. Obyło się wszystko bez najmniejszego szelestu. Na drugim brzegu przylgnęli wszyscy do ziemi, aby, pełzając, odbyć drogę około stu kroków, aż znajdą się naprzeciw obozu. Największa trudność polegała na tem, że wielu ludzi, skupionych na ciasnej przestrzeni, musiało się poruszać bez szmeru. Kiedy tak leżeli obok siebie naprzeciw ludzi i koni, te ostatnie poczęły się jednak niepokoić. Należało teraz działać szybko.
— Naprzód! — rozległ się rozkaz Wilka.
Przeskoczono przez rzekę. Biali leżeli pogrążeni w pierwszym śnie i to tak blisko siebie, że owych trzystu Indjan nie miało nawet miejsca do swobodnego poruszania się. Rzucili się po pięciu, sześciu, a nawet więcej na jednego białego, porywali ich i napół śpiących rzucali stojącym za nimi, aby natychmiast pochwycić drugiego, potem trzeciego i czwartego. Poszło to tak szybko, że śpiący znaleźli się w mocy Indjan, zanim jeszcze uwolnili się z objęć snu. Wręcz odmiennie od zwyczajów czerwonych, którzy każdy napad wieńczą