Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W dalszą drogę ruszono pieszo; wynosiła trzy mile angielskie. Początkowo szli szybko naprzód, kiedy jednak przebyli dwie mile, musieli już dalej posuwać się cicho jak węże. Oddaleni zaledwie o sześćset kroków, nie słyszeli jeszcze najmniejszego szelestu; nie poruszono kamyczka, nie potrącono nawet gałązki. Wtem... Wilk, idący przodem, stanął, ujrzawszy płonące ognisko strażników. W tym właśnie czasie Old Firehand obchodził straże. Wódz widział jeszcze za dnia, że jedną straż postawiono wgórze, drugą wdole obozu. Strażników należało najpierw unieszkodliwić. Wydawszy cicho rozkaz zatrzymania się, wyznaczył tylko dwu ludzi, aby szli za nim. Wkrótce doczołgali się do strażnika, stojącego wgórze obozu; zwrócony tyłem ku czerwonym, patrzył na niknącą postać Old Firehanda. Nagle... dwie dłonie objęły go za szyję, a cztery inne chwyciły za ręce i nogi; nie mógł złapać oddechu i stracił przytomność, a kiedy powrócił do siebie, był związany i w ustach miał knebel. Obok niego siedział Indjanin, przykładając mu do piersi ostrze noża.
Tymczasem ognisko zagaszono, a wódz wezwał do siebie znowu obu wojowników. Szło teraz o strażnika, stojącego poniżej obozu; musiano więc prześlizgnąć się koło obozowiska; dlatego trzej napastnicy przeszli przez potok i po drugiej stronie, gdzie nie było białych, poczołgali się dalej. Należało przypuszczać, że obie placówki ustawiono w równej odległości od obozu, łatwo więc było obliczyć, jaką przestrzeń należy przebyć. Woda fosforyzowała; plusk jej mógł ich zdradzić. Dlatego czerwoni poczołgali się jeszcze jakąś przestrzeń po drugim brzegu, potem przeszli znowu przez wodę i posunęli