Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, już nie pamiętam. Tylko najstarszego przypominam sobie, bo lubiłem tego hultaja. Nazywał się Bastel, bo Sebastjan wymawiają często w altenburskiem „Bastel“. Zdaje mi się, że nazywano go również Melchjor; to nader popularne imię w Altenburgu.
— Słusznie, bardzo słusznie! To się zgadza, to się dokładnie zgadza! Sebastjan Melchjor Droll! Czy wiecie, co się z nim stało?
— Niestety, nie!
— To popatrzcie na mnie, a przekonacie się, na kogo wyrósł. — To ja!
— Wy... wy? — zapytał mały.
— Tak, ja! Ja byłem owym Bastelem i jeszcze teraz wiem zupełnie dokładnie, kto bawił u nas na czereśniach; to był kuzyn Frank z Moritzburga, który potem został pomocnikiem leśnym.
— Słusznie! — Kuzynie, a więc tu, wśród dziczy spotykamy się my, krewni. Chodź tu, kochany braciszku, muszę cię przycisnąć do serca!
Jeden sięgnął ku drugiemu; uścisk ten, ponieważ obaj siedzieli okrakiem, połączony był z pewnemi trudnościami, które jednak, choć z mozołem, przezwyciężyli. Nie troszcząc się o posępne spojrzenia jeńców z pomalowanemi twarzami, jechali obok siebie ręka w rękę, tyłem zwróceni ku znakomitym myśliwcom, i prawili o minionej młodości. Rozmowa ich długoby jeszcze się przeciągnęła, gdyby pochodu nie przerwano; dotarto mianowicie do wylotu szczeliny, zakończonej większym i szerszym kenjonem.
Słońce zapadło tak już głęboko, że promienie nie sięgały dna parowu, ale dość jeszcze było jasno, a