Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przysłuchując się z uszanowaniem. Indjanin jest oszczędny w mowie, ale na radzie mówi chętnie i gęsto, a bywają czerwoni, którzy osiągnęli wcale znaczną sławę jako mówcy.
Narada zabrała ze dwie godziny, czas bardzo długi dla tych, których los od niej zależał; powszechne, głośne „howgh“ oznajmiło koniec posiedzenia. Sprowadzono białych, którzy musieli wejść w środek koła i wysłuchać postanowienia, co do ich losu. Wielki Wilk, podniósłszy się, oświadczył:
— Blade twarze wiedzą, dlaczego wykopaliśmy topory wojenne. Przysięgliśmy zabić wszystkich białych, którzy wpadną w nasze ręce. Wy jesteście przyjaciółmi czerwonych mężów i dlatego niepodzielicie losu innych bladych, których schwytamy; te pójdą zaraz na pal męczeński, wam zaś wolno walczyć o swe życie.
Tu zrobił pauzę, z której Old Shatterhand skorzystawszy, zapytał:
— Z kim? Czy my czterej przeciw wam wszystkim? Dobrze, zgadzam się! Moja strzelba śmierci wyśle wielu z was do wiecznych ostępów!
Po tych słowach podniósł sztuciec. Wódz nie zdołał ukryć przestrachu; to też z szybkim gestem przeczenia odpowiedział:
— Old Shatterhand myli się; każdy z was dostanie przeciwnika, z którym będzię walczył, a zwycięzca ma prawo zabić pokonanego i otrzyma jego własność.
— Zgadzam się na to! Ale kto ma prawo wybrać nam przeciwnika, my czy wy?
— My. Ja ogłoszę wezwanie, na które wystąpią ochotnicy.