Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A jaką bronią mamy walczyć?
— Jaką oznaczy ten z nas, który się zgłosi.
— To niesprawiedliwe!
— Nie, to słuszne! Okazaliśmy wam tyle względów, że nie możecie już więcej wymagać.
— Dobrze, ale żądam uczciwych warunków. Mówisz, że zwycięzca ma prawo zabić pokonanego. A co będzie, gdy zabiję którego z twoich wojowników; czy będą mógł potem swobodnie i bezpiecznie opuścić to miejsce?
— Tak. Ale ty nie zwyciężysz! Żaden z was nie zwycięży.
— Rozumiem! Zrobicie między waszymi wojownikami taki wybór i oznaczycie taki rodzaj walki, że będziemy musieli ulec? — Mylisz się! Łatwo może się stać inaczej, niż przypuszczasz. Żądam waszego słowa, że tego z nas, który wyjdzie z walki zwycięzcą, będziecie uważać za przyjaciela.
— Przyrzekam ci!
— Dobrze! Zapytaj swoich wojowników, który się zgłosi!
Wśród Indjan zapanowało niezwykłe ożywienie; snuli się, krzątali, pytając i krzycząc jedni przez drugich. Old Shatterhand odezwał się do towarzyszy:
— Niestety, nie mogłem struny zbytnio naciągać, aby nie pękła. Z danych nam warunków wcale nie jestem zadowolony.
— Musimy być z nich zadowoleni, bo lepszych nie dostaniemy, — rzekł długi Davy.
— Obawiam się o was. Co do mnie, to ciekaw jestem, czy wogóle znajdzie się jaki przeciwnik.
— Z całą pewnością! Sam Wielki Wilk! Ponieważ