Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sisz zrobić trzy kroki na jeden jego.
— Niestety, mój Boże!
— Idzie o to, jaką przestrzeń macie przebiec i czy wytrzymasz? Jak tam z oddechem?
— Wyśmienicie. Płuca mam jak bąk; mogę brzęczeć i mruczeć cały dzień i nie zbraknie mi oddechu. Biegać mogę; tego musiałem się nauczyć jako królewsko-saski pomocnik leśny.
— Ale z takim długonogim Indjaninem nie możesz się mierzyć!
— Hm! To jeszcze pytanie!
— Przecież nazywa się Skaczący Jeleń; a więc stawy w nogach są jego głównym przymiotem.
— Jak się nazywa, to mi obojętne, jeśli tylko dotrę do celu prędzej, niż on.
— Tego właśnie nie dokażesz. Porównaj twoje i jego nogi!
— Ach, tak, nogi! Myślisz więc, że idzie tylko o nogi?
— Naturalnie! A o cóż ma iść przy takim wyścigu, przy którym wchodzi w grę kwestja życia i śmierci?
— O nogi, tak, słusznie, ale po większej części jednak rozstrzyga głowa.
— Ta przecież nie będzie biegać!
— Właśnie, że będzie. A może mam pozwolić biec samym nogom, a z resztą ciała czekać, aż powrócą? Toby był niebezpieczny eksperyment; gdyby mię nie znalazły, to mógłbym tu siedzieć, ażby mi nowe wyrosły, a to ma się przydarzać tylko rakom. Nie, głowę muszę zabrać, bo ona ma spełnić główne zadanie.
— Nie pojmuję cię) — wtrącił Old Shatterhand, wiel-