Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Była to jazda jakby w podziemiu. Przed sobą I za sobą mieli wąską szczelinę, pod nogami twardą, pokrytą kamieniami skałę i ciemną, niesamowitą wodę, a na prawo i lewo prostopadłe ściany tak wysokie, że nie pozwalały widzieć nieba. Im głębiej się posuwano, tem powietrze stawało się zimniejsze i cięższe, a światło dzienne zasnuwało zmrokiem.
Kenjon był nieskończenie długi. Czasem rozszerzał się nieco, że starczało miejsca dla pięciu lub sześciu jeźdźców, to znowu ściany jego tak się schodziły, iż ludzie doznawali uczucia, że się poduszą. Nawet konie parskały bojaźliwie i wydzierały się szybko naprzód.
Minął kwadrans, i drugi; nagle — mimowoli wszyscy zatrzymali się, — rozległ się huk, jakby z dziesięciu armat.
— Na miły Bóg, co to było? — zapytał inżynier. — Czy to skały się walą?
— Wystrzał ze strzelby, — odpowiedział Old Firehand. — Nadszedł czas. Pozostanie tu jeden człowiek na trzy konie, a reszta naprzód! Zsiadać!
W okamgnieniu stanęło na ziemi przeszło trzydziestu ludzi gotowych iść za nim, a każdy miał strzelbę w ręce. Już po kilku krokach ujrzeli Winnetou, który, zwrócony do nich tyłem, trzymał strzelbę wymierzoną naprzód.
— Broń precz, inaczej przemówi moja czarodziejska strzelba, — rozległ się znienacka potężny głos, niewiadomo zgóry czy też z ziemi.
— Broń precz! — zagrzmiało również w języku Utahów.
Teraz padły krótko po sobie trzy strzały; słychać było że wyszły z jednej i tej samej lufy. Był to z pew-