Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przy najmniejszej próbie ucieczki — zginiesz. —
Wódz wydał cichym głosem rozkazy i wkrótce wszyscy Utahowie siedzieli już w siodłach i wracali kenjonem, naturalnie z największa ostrożnością, aby nie wywołać szmeru. W ten sposób dostali się do miejsca, gdzie biali skręcili z kenjonu w stronę kotła skalnego. Ruszyli tą samą drogą. — Jazda nocą była jeszcze uciążliwszą, niż za dnia, ale czerwonoskórzy mieli prawdziwie kocie oczy, a konie orjentowały się sprawnie... Jechano wgórę pochyłości do drugiej strony kotła, a potem do wąwozu, dokładnie tą samą drogą, którą jechali biali.
Minęły trzy godziny, kiedy Utahowie dotarli tam, gdzie zaczynały się drzewa. Tutaj Długie Ucho zatrzymał się i rzekł:
— Jesteśmy przy tunelu. Wylot znaduje się o kilka tylko kroków. Otworzymy go, odrzucając kamienie. W ten sposób dostaniemy się do wieży i wyjdziemy na wyspę. Tam jest zawsze kilka kanoe; przepłyniemy na brzeg i znajdziemy się na tyłach nieprzyjaciół. Moi Timbabaczowie staną po waszej stronie, jeśli im każę.
— Dobrze! Połowa Utahów zostanie tutaj, połowa pójdzie za nami do tunelu.
Zsiedli z koni; Długie Ucho podprowadził ich na miejsce, gdzie do skały przytykała kupa kamieni. Kiedy odrzucono je, ukazał się ciemny otwór, mający pięć łokci szerokości, a trzy wysokości. Wodzowie weszli do środka i macając dokoła siebie, znaleźli zapas pochodni, sporządzonych z łoju jeleniego i bawolego. Przy pomocy „punksa“ rozniecono światło i wtargnięto do tunelu. Powietrze było stęchłe, ale nie wilgotne. — Posuwali się