Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zebrać gromady wszystkich szczepów Utahów na wyprawę wojenną. —
Wielki Wilk zsiadł z konia przy pierwszem ognisku, skinął na swych ludzi, aby zaczekali, poczem zawołał na jednego z siedzących przy ogniu: „Nanap-neaw“, „Stary Wódz“. Był to naczelnik wszystkich szczepów Utahów. Wezwany poprowadził Wielkiego Wilka ku jezioru, gdzie zdala od innych płonęło wielkie ognisko. Siedziało tam czterech Indjan, wszyscy przystrojeni orlemi piórami. Jeden z nich zwracał zwłaszcza na siebie uwagę. Twarz jego, niepomalowaną, przecinały niezliczone, głębokie bruzdy. Białe jak śnieg włosy spływały mu nisko na kark. Człowiek ten mijał z pewnością osiemdziesiąty krzyżyk, a jednak siedział tak prosto, dumnie i krzepko, jakby miał pięćdziesiąt lat niespełna. Zwrócił baczne spojrzenie na nadchodzącego, nie wypowiadając nawet pozdrowienia; inni również milczeli. Wielki Wilk usiadł i patrzył przed siebie. Tak minęła długa chwila; w końcu z ust starca padły słowa:
— Drzewo zrzuca liście jesienią; jeśli jednak drzewo traci liście przedtem, to nic nie jest warte i należy je ściąć. Przed trzema dniami miało jeszcze ozdobę, gdzie się dziś podziała?
Pytanie to odnosiło się do braku piór orlich na głowie Wielkiego Wilka; słowa zawierały wyrzut druzgocący dla każdego dzielnego wojownika.
— Jutro ozdoba znowu zabłyśnie na mej głowie, a u pasa będą wisieć skalpy dziesięciu, a nawet dwudziestu bladych twarzy! — odparł wódz.
— Czy Wielki Wilk został zwyciężony przez blade twarze, że nie może nosić oznak swego męstwa i godności?