Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wzdłuż którego Utahowie gnali galopem, aż wzgórze poczęło powoli spadać w wąwóz poprzeczny. Tym wąwozem Wielki Wilk dotarł do kenjonu głównego, w którym znajdowali się biali; wąwóz uchodził do niego w odległości trzech mil angielskish wgórę od obozu. Naprzeciw niego boczny kenjon wcinał się w główny. Tam zwrócił się Wielki Wilk ze swymi ludźmi; widać było, że zna drogę bardzo dokładnie, bo mimo ciemności nie zbłądził ani razu.
Kenjon, przez który teraz jechali, nie miał wody, a wznosił się pod górę. Wkrótce czerwoni dotarli do obszernej równiny skalnej, w którą głęboko wcinała się rozgałęziona sieć kenjonów. Księżyc świecił jasno. W galopie przebyli równinę; wpół godziny potem okolica obniżyła się powoli w rodzaj szerokiego, łagodnego klinu. Na prawo i lewo skały jakby ściany ochronne rosły w miarę jak dno opadało, a na przodzie wynurzały się wierzchołki drzew, pod któremi płonęła armja ognisk. Był to las, prawdziwy las, na równinie, wymiecionej do czysta przez burze i spalonej na kamień przez słońce. Zawdzięczał swe istnienie jedynie tylko owej wklęsłości w ziemi. Górą wyły burze, nie dotykając go, a częste-gęste opady utworzyły coś nakształt jeziora, którego wody rozwilgniły grunt, pleniąc urodzaj korzeni. To był P’a-mow, Las wody, do którego zmierzał Wielki Wilk.
Nawet bez drogowskazu księżyca łatwo było trafić, tak liczne płonęły ognie. Panował tu ożywiony ruch obozu wojennego. Ani namiotu, ani chaty. Liczni czerwoni leżeli przy ogniach na kocach, albo na gołej ziemi; pomiędzy nimi pasły się konie. W miejscu tem miały się