Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przez jedyną tlko bladą twarz, ale przez taką, której pięść jest cięższa niż dłonie wszystkich innych.
— Uff! Tym mógł być tylko Old Shatterhand!
— To on. Jest wpobliżu, a z nim jeszcze wielu innych: Old Firehand, Winnetou, długi i gruby westman i oddział, który liczy pięć razy po dziesięć głów. Przyszedłem od was, aby przynieść wam ich skalpy.
— Uff! — Sędziwe oblicze Nanap-neawa przybrało wyraz takiego natężenia, że znikła prawie ostatnia jego zmarszczka. — Uff! Niech Wielki Wilk opowiada!
Wielki Wilk usiłował siebie i własne czyny przedstawić w dobrem świetle. Indjanie siedzieli bez ruchu, słuchając z największą uwagą. Wódz zakończył:
— Nanap-neaw da mi pięćdziesięciu wojowników, z którymi napadnę na tych psów. Skalpy ich muszą wisieć u naszych pasów zanim jeszcze zabłyśnie zorza poranna.
Twarz starego znowu poorały zmarszczki.
— Jeszcze przed zorzą poranną? — zapytał. — Czy to są słowa czerwonego wojownika? Blade twarze chcą naszej zagłady i teraz, kiedy Wielki Duch oddaje w nasze ręce najsławniejszych i najznakomitszych z pośród nich, mają umierać szybko i bez bólu, jak dziecko na rękach matki? Czyż nie powinni ponieść męki tem cięższej, im są sławniejsi? Musimy ich pochwycić żywcem, aby poszli pod pal męczeński!
— Howgh! — potwierdzili trzej inni.
— Niechaj Stary Wódz pomyśli, jacy mężowie są pomiędzy nimi! — ostrzegał Wielki Wilk. — W broni siedzą wszystkie złe duchy...
— Dość! — przerwał gniewnie stary. — Wiem, jak silni