Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


IV
NAD SREBRNEM JEZIOREM.

W kilka dni później oczom białych, zbliżających się już do celu uciążliwej podróży, przedstawił się potężny widok. Jechali powoli wznoszącym się kenjonem, po którego bokach jeżyły się potężne i wysokie masy skalne. Kolosalne piramidy z piaskowca, pięły się różnobarwnemi pokładami w niebo. Widok ten okazały był jednak martwy; brakło mu życia, ruchu. Między skałami ani kropelki wody, na głębokiem dnie ani źdźbła trawy, na stromych ścianach ani cienia zielonej gałązki czy liścia, którego barwa radowałaby oczy. Suchy obecnie kenjon tworzył niegdyś łożysko rzeki, która wartkie fale wylewała szerokim strumieniem do Colorado. Stąd też na dnie jego leżały grube pokłady okrągłych i wygładzonych kamieni, a przestrzeń między niemi wypełniał piasek. Utrudniało to ogromnie drogę, bo kamienie usuwały się za każdym krokiem z pod kopyt koni i nużyły zwierzęta.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou jechali przodem. Pierwszy z widoczną uwagą przyglądał się otoczeniu. Nagle zatrzymał konia w miejscu, gdzie dwa potężne słupy skalne, opierające się wgórze o siebie, tworzyły wolną przestrzeń, szeroką może na dziesięć stóp, która zdawała się zwężać w głąb; przyjrzawszy się bacznie, rzekł:
— Tutaj z pewnością wyszedłem wówczas, kiedy