Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oddział; ruszono galopem po kamieniach i w przeciągu kwadransa odbyto drogę. Przed nimi słychać było strzały. Zeskoczyli więc, i, pozostawiwszy konie również wtyle, rozdzielili się na prawo i lewo; niezauważeni przez Utahów, dostali się do rozpadlin skalnych, służących ich przyjaciołom za kryjówkę. —
Utahowie sądzili, że ciągle jeszcze walczą ze szczupłą garstką. Zdawało się im, że już dawno mogli zakończyć rozprawę przez szybki napad i chcieli teraz ten błąd naprawić. Rozległo się wycie, jakby wypuszczono stado dzikich zwierząt, i Utahowie ruszyli naprzód. Przyjęto ich strzałami; po dwóch minutach cofnęli się, pozostawiając mnóstwo zabitych i rannych.
Old Shatterhand stał za słupem skalnym i oddał kilka strzałów, mierzył jednakże tak, aby strzały nie zabijały wrogów, lecz tylko raniły. Teraz ujrzał, że Timbabaczowie wysunęli się naprzód, aby poległych oskalpować; wódz ich znajdował się z nimi.
— Stać! — krzyknął westman gromkim głosem. — Pozostawcie tych ludzi w spokoju!
— Dlaczego? Ich skalpy należą do nas! — odpowiedział Długie Ucho, przyczem wyciągnął nóż i schylił się, aby jednemu z rannych ściągnąć skórę z głowy. W tej samej chwili Old Shatterhand stanął przy nim; przyłożywszy mu rewolwer do skroni, zawołał groźnie:
— Jeśli wymierzysz choć jedno cięcie, zastrzelę cię!
Długie Ucho podniósł się i odezwał tonem przyjacielskiej wymówki:
— Co możesz mieć przeciwko temu? Utahowie byliby nas także oskalpowali!
— Gdybym był z nimi, równieżbym na to nie po-